Kolejny udany spontan.
Dobromił rzucił zaproszenie ogólne - Kościelec (ten w Śląskim).
Dołączyłem się i jeszcze przekonałem wszystkich, żeby iść bezszlakowo grzbietem. Zaoferowałem, że będę torował. Poszliśmy.
Początki były bardzo miłe.
Dzisiaj byliśmy pierwsi co tędy szli, ale wczoraj ktoś już szedł. W nocy napadało sporo śniegu, ale nie było źle. Tobi momentami cały znikał pod puchową kołderką.
Fajna zima.
W końcu śnieg nie jest tylko dekoracją.
Wyżej na grzbiecie zrobiło się trudniej. Więcej śniegu, zawiane.
Wszyscy chcieli torować, ale pozwalałem im co najwyżej tylko trochę. To było moje zadanie.
Aby je móc wykonać używałem środków dopingujących - cytrynówki i malinówki. Miałem moc jak traktor!
Kościelec przed nami. Czuliśmy respekt.
Rozpoczynamy atak szczytowy. Bardzo stromym stokiem porośniętym młodnikiem.
Chłopaki o większym doświadczeniu uważają, że toruję niewłaściwie. Za wolno, nie do końca w kierunku skał. Pozwoliłem im się wykazać.
Dobromił prezentuje technikę przekraczania pnia. Problem w tym, że jak pod niego podszedł, to miał go na wysokości głowy. Tobi nie wierzył, ze to się może udać.
A jednak udało się! Dobromił zadowolony.
Tymczasem Tadek mknie w kierunku skał.
Na same skały wysłaliśmy specjalistę od wspinaczki. Oceniliśmy, że warunki za trudne dla ludzi.
Skały zdobyte!
Teraz jeszcze został tylko mur skalny. Próbujemy go obejść. Mamy tempo 1 metr na minutę. Próbujemy sobie przypomnieć numer do GOPR.
Ale wszystko kończy się dobrze. Kościelec zdobyty!
W stronę Malinowskiej Skały jest już przetarte.
Jednak nam już starczy atrakcji na dzisiaj - schodzimy.
Poszliśmy jeszcze nad Zimnik. Zobaczyć czy są morsy.
Była tylko jedna foczka.
Ale za to jaka sympatyczna!
Aż się chciało dołączyć, jednak to niebezpieczne, bo woda była o jakieś 15 stopni cieplejsza niż powietrze, czyli szło się poparzyć.
No i tyle. Wycieczka w pełni zimowa. Nikt na pewno nie ma niedosytu śniegu 