
DZIEŃ 5 Ålesund (ok. 360 km)
Portowe miasteczko Ålesund to secesyjna perełka na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Kanały i wodne przystanie w środku miasta dodają mu uroku. Dzięki nim przyznano mu miano „Wenecji Północy”.



Zanim się jednak nią stało, przez wieki było osadą, której mieszkańcy żyli w drewnianych domach i zajmowali się głównie rybołówstwem i handlem. Poławiano tu i handlowano głównie dorszem, którego sprzedawano w postaci sztokfiszy (suszonej ryby), po norwesku „tørrfisk”, do wielu odległych krajów Europy.

Źródło: Ze zbiorów muzeum Foto: Nordmøre museums fotosamling
Suszenie dorsza

Źródło: Nordland fylkeskommune - Tørrfisk (Stochshots.no)

Źródło: godfisk.no
W 1904 r. spokojne miasteczko nawiedził ogromny pożar, który strawił go niemal całkowicie. Pozbawił dachu nad głową prawie 10 tys. ludzi. Tragedia odbiła się echem w dalekim świecie. Zaczęła spływać do Ålesund z odległych miejsc pomoc na odbudowę miasta w postaci materiałów budowalnych i środków do życia dla mieszkańców. Miasto zostało w szybkim tempie odbudowane. A ponieważ na przełomie XIX i XX wieku w Europie modny był w sztuce styl secesyjny zwany, w zależności od państwa art nouveau, Jugendstil, modernismo, Sezession, norwescy architekci postanowili zaprojektować na nowo miasteczko właśnie w tym stylu.
Nieco o samym stylu nouveau:
Secesja wywarła silniejszy wpływ na architekturę wnętrz i wzornictwo niż samą architekturę. Zaowocowała sporą liczbą wybitnych realizacji. Częściej stawiała na dekoracje fasad budynków, niż na nowe struktury. Największą popularność nowy styl osiągnął około 1905 roku. Głównymi ośrodkami jego rozkwitu były Austria, Francja, Belgia, Katalonia. Architektoniczne bryły w stylu secesyjnym powstawały przede wszystkim w kilkunastu dużych miastach europejskich, m.in. w Barcelonie, Wiedniu, Paryżu. Architekturę secesyjną wyróżnia przede wszystkim dekoracja i bogata, zróżnicowana ornamentyka. Dla architektury secesyjnej typowe były w dekoracjach witraże, mozaiki, niesymetryczne układy motywów zdobniczych. Charakterystyczna była taż pastelowa kolorystyka: barwy jasne, delikatne, takie jak biel, ecru, popiel czy lila. Najbardziej znanymi architektami którzy reprezentowali ten styl byli m.in. : Antonio Gaudi - projektant Sagrada Familia w Barcelonie czy Otto Koloman Wagner - Majolikahaus w Wiedniu.
Tak więc za sprawą „pożaru” i mody secesja pojawiła się również w Skandynawii.
Po przybyciu wieczorem do Ålesund sprawdzamy prognozy pogody. Niestety nie są obiecujące. Należy się spodziewać w kolejnych dwóch dniach załamania. Trochę nas to martwi, bo przed nami tyle jeszcze pięknych miejsc. Trzymając się jednak powiedzenia, że nadzieja umiera ostatnia…, zasypiam.
Rano nad Ålesund wiszą wprawdzie chmury, ale nie pada. Po śniadaniu ruszamy na miasto.
Miasteczko różni się bardzo od zwiedzanego parę dni temu - Bergen. Jest tu znacznie spokojniej, czuć zapach morza i ryb, słychać krzyk mew. Zdecydowanie mniej imigrantów. Szczególnie piękne jest centrum, gdzie od razu rzucają się w oczy kamienne albo zdobione roślinnymi motywami kamieniczki.






Ornament secesyjny był różnorodny i obfitował w nowe motywy lub interesujące warianty tradycyjnych ornamentów. Wśród często powtarzających się wątków na uwagę zasługują m.in. dekoracje florystyczne, wzorowane na lokalnych roślinach (liście kasztanowca, irysy, dzikie kwiaty), postaci kobiet, abstrakcyjne kompozycje pofałdowanych płaszczyzn. Typową cechą tych wzorów są faliste, płynne linie, chociaż niektórzy tworzyli również motywy geometryczne. Ornament podkreślał konstrukcję i tektonikę budynku, w wielu przypadkach odzwierciedlał funkcję obiektu. Artyści projektowali także elementy architektury wnętrz, klamki, balustrady, portale i inne detale architektoniczne.





W secesyjnej architekturze Ålesund, można dopatrzyć się także wyraźnych wpływów tradycyjnej architektury norweskiej oraz narodowego romantyzmu. Nie mogło być przecież inaczej.
Kamienice w tradycyjnych barwach norweskich.

Ciekawe pokrycie dachu przypominające rybią łuskę.


Drewniane wejście do domu – przypomina wejście na pokład statku.

Ciekawostką jest, że niemal w każdym domu w oknie stoi lampa, najczęściej naftowa zwrócona w kierunku morza. Zgodnie z tradycją światło palącej się lampy nocą miało być drogowskazem dla powracających do domu żeglarzy i rybaków.

Najpiękniej miasto prezentuje się ze wzgórza Aksla (189 m), na którym jest punkt widokowy.


Można na nie wjechać samochodem lub wejść po schodkach od strony starego miasta uliczką Storgata. My wybieramy 418 kamiennych schodków
, zachwycając się okolicą od samego podnóża wzniesienia. 

Im wyżej, tym piękniej. 



Ålesund leży na 3 wyspach (Hessa, Aspøy i Nørvøy). Najlepiej oglądać je z góry. Rozciąga się z niej malownicza panorama na okoliczne wyspy i fiordowy krajobraz z górami w tle. Na wzgórzu Aksla znajdują się też bunkry z czasów II wojny światowej.



Po południu zaczęło lekko siąpić. Jednak szkoda było resztę dnia spędzić bezczynnie w hotelu. Postanowiłam z dziewczynami udać się na drugi koniec miasta (jakieś 4 km spaceru) do Parku Oceanu Atlantyckiego (Atlanterhavsparken).
Park leży nad samym brzegiem morza na wyspie Hessa. Jest jednym z większych oceanariów w Europie. Jego powierzchnia liczy 6 tys. m². Rodzice przyprowadzają tu dzieci i razem z nimi spędzają czas w otoczeniu przyrody.



Jest tu kilkanaście akwariów z gatunkami ryb i innych zwierząt żyjących wzdłuż norweskiego wybrzeża oraz w północnej części Oceanu Atlantyckiego. Można tu podziwiać ławice śledzi, łososie, płaszczki, żabnice, wielkie dorsze.
Konger (Conger conger) to taki „węgorz atlantycki”, drapieżny gatunek morskiej ryby węgorzokształtnej z rodziny kongerowatych. Może osiągać długość nawet 3 m.

Nie za bardzo dał się sfocić 
.
Śledzie

Płaszczki dawały się pogłaskać. 

Dorsz

Makrele

Zębacz pasiasty (Wolffish)

I różne inne morskie stwory 

fot. B. Skóbel
Atrakcją, szczególnie dla dzieci, jest jedno z akwariów, w którym o ustalonych godzinach odbywa się wykład i karmienie ryb. Udało się nam na nie załapać. Trudno było oderwać nos os szyby. 


Tylko tak się wydaje, że ryby zjadają nurka …


Kolejną fajną rzeczą jest karmienie pingwinów i fok w basenach na zewnątrz budynku przez pracownika parku. Atrakcja ta przyciąga zawsze spore tłumy, dzieci szczególnie.
Pingwiny Humbolta (Spheniscus humboldti), zwane również peruwiańskimi

Pingwiny Humboldta to obok pingwinów z Galapagos najbardziej zagrożony gatunek z tej rodziny ptaków na Ziemi. Żyją tylko w niewielkim rejonie wód przybrzeżnych Chile i Peru. Obecnie ich populację ocenia się na nie więcej niż 50 000 osobników. Co roku, po cichu, giną tysiące tych pingwinów. Naukowcy podejrzewają, że główną przyczyną gwałtownego zmniejszania się populacji pingwinów są zbyt agresywne metody prowadzenia połowu i realizacja odłowów na skalę przemysłową. Wśród metod połowu szczególnie niebezpieczne jest stosowanie tzw. trałowania dennego. Wraz z rybami, do sieci wpadają również polujące na nie pingwiny. Sieci powodują dotkliwe rany, najczęściej prowadzące do zgonu wypuszczonych z powrotem do morza ptaków. W wielu miejscach na świecie ta metoda połowu jest zakazana (m.in. w rejonie północno-wschodniego Atlantyku a także na obszarze północnego Pacyfiku), jednak nie w Chile i w Peru.

Sama skala przedsięwzięcia, niezależnie od prowadzonych metod, przynosi oczywisty skutek: zmniejszenie szans zdobycia pożywienia przez konkurujące z rybakami pingwiny. Sytuacja ta zmusza ptaki do zapuszczania się w coraz dalej oddalone od gniazd rejony. Pozostawione w gniazdach jaja narażone są na ataki drapieżników, w szczególności szczurów. Badanie przeprowadzone na jednych z najliczniejszych kolonii pingwinów Humboldta pokazały, że szczury odpowiadają za niszczenie nawet do 70% złożonych jaj. Niestety do ich rozprzestrzeniania w znaczącym stopniu przyczynia się człowiek. Przykład pingwinów Humboldta dobrze obrazuje skalę negatywnego oddziaływania człowieka na liczebność populacji organizmów żyjących w oceanach, tak w sposób bezpośredni, jak i pośredni.

Foki pospolite (Phoca vitulina)


W jednym z basenów można obejrzeć bawiące się wydry europejskie (Lutra lutra). 


Przy padającym, momentami już dosyć intensywnie deszczu, spędziłyśmy podglądając zwierzęta, popołudniowy czas. Wróciłyśmy wieczorem, zmoknięte, ale co tam, liczą się wrażenia i dobra zabawa. 
Jeszcze na koniec dnia zdjęcie z uśmiechniętym Trollem z Ålesund i pora wracać do hotelu .

Jednak się rozpadało ... 
c.d.n.