
DZIEŃ 1 - Oslo – Eidfjord (ok. 330 km)
Podróżowaliśmy wygodnym busem, grupowo od 2 do 13 lipca. Trasa przebiegała w znacznej części przez centralną i południowo – zachodnią części Norwegii.

Ruszyliśmy z Oslo w poniedziałek rano, kierując się w stronę płaskowyżu Hardangervidda. Początkowo krajobraz nie odbiegał zbytnio od naszego, rodzimego. Łagodne wzniesienia, porośnięte soczysto zieloną trawą, w wielu miejscach pięknie wykoszoną, gęste lasy z przewagą brzozy i świerka, a wśród nich zatopione lazurowe jeziorka i wijące się nieskazitelnie czyste rzeki i strumyki. Elementem norweskiego krajobrazu, którego nie sposób nie zauważyć podróżując po tym kraju są wodospady. 10 spośród 30 najwyższych na świecie znajduje się właśnie w Norwegii. Wiele z nich łączy góry i fiordy, inne są częścią rzek i w niezwykły sposób uzupełniają różnorodność tamtejszej natury. Pierwszą atrakcją na naszej trasie, przy której się na moment zatrzymaliśmy był właśnie wodospad.
Wodospad Hønefoss w miejscowości o tej samej nazwie.
Znalazłam w Internecie zdjęcie tego wodospadu podczas wiosennego wezbrania rzeki. Ciekawa jestem z czego zbudowany jest ten budynek po lewej …

Źródło: Internet
Wodospady najpiękniej prezentują się w miesiącach wiosennych i wczesnoletnich (maj, czerwiec), kiedy w górach i na płaskowyżach topnieje śnieg. Większość z nich Norwedzy wykorzystują jako źródło energii. Zaopatrują w nią m.in. lokalne zakłady przemysłowe.Nam udało się zobaczyć kilka najbardziej znanych, o których będę pisać w dalszych częściach relacji.
Mając nos cały czas przyklejony do szyby, ponieważ jadąc obrazy zmieniają się w błyskawicznym tempie, jak w kalejdoskopie, a to jezioro, a to malownicza dolinka, a to ciekawa skała, albo fioletowo-różowe łany łubinu trwałego, rośliny, która o tej porze roku kwitnie w tej części Norwegii bardzo obficie. Tworzy przy szosach, parkingach, na łąkach i śródleśnych polankach prześliczne kolorowe kompozycje.


Mijamy po drodze zatopione w zieleni norweskie domy. Jedyne w swoim rodzaju, nieduże, proste, w przeważającej części drewniane i kolorowe.

Najczęściej używanymi barwami do malowania domów są biała, szara, żółta, czerwona (angielska czerwień) i czarna. Dawniej kolor domu wyznaczał status rodziny, która go zamieszkiwała. Białe domy należały często do bogatych chłopów, podczas gdy czerwone zamieszkiwali biedniejsi. Ci ostatni białą farbą malowali jedynie obramowania okien. Bardzo dużo dachów budynków wiejskich pokryte jest darnią. Jest to zwyczaj pochodzący z czasów wikingów.

Darń była i jest nadal dobrym materiałem izolacyjnym. Oczywiście współczesna technika krycia dachów darnią różni się od tej którą stosowali wikingowie. Darniowe dachy to element typowo skandynawski, bardzo często spotykany w wiejskim krajobrazie, a bywa, że i w miastach. Niezwykle wyglądają takie dachy latem, gdy kwitną na nich polne kwiaty. Niejednokrotnie wykorzystują je gospodarze jako małe pastwiska. Wypasają na nich kozy lub owce
.


Od zawsze głównym materiałem budowlanym w Norwegii było drewno . Tylko nieliczne budowle wznoszono z kamienia czy cegły. Oczywiście współczesne nowoczesne budynki, zwłaszcza te w dużych miastach, np. w Oslo posiadają już sporo elementów betonowych, jednak Norwegowie, aby zachować tradycję, a także wkomponować je ładnie w przyrodę, stosują w nich drewniane dodatki. Przykładem tradycyjnych drewnianych budowli są stavkyrke, zwane również kościołami słupowymi, masztowymi lub klepkowymi.
Nazwa ta odnosi się do szczególnego rodzaju drewnianych kościołów norweskich, wznoszonych w średniowieczu, od X do XIII w., w czasach gdy wiara chrześcijańska mieszała się z wierzeniami pogańskich wikingów. Przy ich budowie nie używano gwoździ. Kościoły te należą do najstarszych drewnianych zabytków Europy. Kilka z nich wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Ich charakterystyczną cechą jest zastosowanie w konstrukcji słupów nośnych (stąd nazwa). Dach jest stromy, najczęściej pokryty gontem w kształcie przypominającym smoczą łuskę. Zarówno dach, jak i wnętrze posiadają bogate snycerskie rzeźbienia. Motywy dekoracyjne pochodzą z mitologii wikingów i przedstawiają najczęściej smoki, węże, bogów, rośliny. Jeden z takich średniowiecznych drewnianych kościołów udało nam się zobaczyć w miejscowości Torpo. Niestety, tylko na zewnątrz.


Duże wrażenie zrobił na mnie dach z kamiennym gontem oraz mały przykościelny cmentarzyk. Tworzyły go tylko niewielkie płyty nagrobne przy których rosły polne kwiaty. Grób zajmował niewiele miejsca. Elementem dekoracyjnym tych bardzo skromnych nagrobków były kamienne figurki ptaków (symbolu spokoju duszy) lub aniołków.


Jeden ze stavkyrke – kościół Wang, będącym na liście UNESCO znajduje się w Polsce, a dokładnie w Karpaczu i zapewne niektórzy mieli okazję go zwiedzić. O tym jak norweska świątynia stanęła na ziemiach polskich można przeczytać na stronie Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Wang.
Opuszczamy Torpo. Słońce grzeje mocno i jest wręcz gorąco, a przestrzegali, że będzie bardzo zimno, żeby się ciepło ubrać
, więc wielu z nas ma na sobie, albo też przy sobie ciepłe polary, nawet puchowe kurtki
.
Po jakiś 10 km jazdy wjeżdżamy do Haugastøl, niewielkiej miejscowości na przedpolach płaskowyżu Hardangervidda. Wychodzimy z busa. Z widokowego miejsca leżącego na wysokości 1150 m n.p.m. podziwiamy okoliczne wzgórza i jeziora. Czujemy rześkie powietrze, wieje chłodny wiatr. Polar się przydał.
. Chociaż w dolinie zielono na szczytach wzniesień leży jeszcze sporo śniegu. Widoki przepiękne.
.




Ale najpiękniejsze i najdziksze dopiero było przed nami. Niestety żadne zdjęcie, ani opis nie odda tego co zobaczyłam. Płaskowyż Hardangervidda jest największym płaskowyżem w Europie. Jego powierzchnia wynosi 10 tys. km ², z czego na 3400 km ² utworzono największy w kraju park narodowy.
Dla Norwegii charakterystyczne są rozległe płaskowyże zwane fieldami. Tworzyły się one przez wiele milionów lat w wyniku procesów denudacyjnych (zrównujących powierzchnię Ziemi). Na powierzchni zrównania w czasie zlodowaceń rozwinął się lodowiec typu norweskiego (fieldowego). Najprościej mówiąc czasza lodowca utworzyła się na płaskim szczycie góry lub płaskowyżu. Topniejąc, lodowiec tworzył jęzory, które spływały w dół w różnych kierunkach. Spływając rzeźbił głębokie górskie doliny, które następnie zostały zalane wodą. W ten sposób utworzyły się fiordy. Tak więc fiordy są elementem peryglacjalnego krajobrazu.
Lodowiec fieldowy

Źródło: Internet - www.glacjoblogia.wordpress.com
Na płaskowyżu Hardangervidda, pomimo, że wcale nie leży na samej północy kraju, panuje arktyczny klimat. Nie ma tu drzew. Tutejszy krajobraz przypomina jednak daleką północ.




Jest to najbardziej na południe wysunięty obszar, który zamieszkują zwierzęta i porasta roślinność charakterystyczna dla tundry górskiej. W najwyższych partiach przeważają mchy, porosty i krzewinki. Niżej jest przewaga krzewinek oraz karłowatych krzewów wśród których rośnie brzoza omszona (Betula tortuosa)
Występuje tu wieloletnia zmarzlina (permafrost). Jest to zjawisko polegające na trwałym utrzymywania się części skorupy ziemskiej w temperaturze poniżej 0 stopni, niezależnie od pory roku. Permafrost powstaje w warunkach suchego i jednocześnie zimnego klimatu. Wieloletnia zmarzlina to relikt polodowcowy. Jest pozostałością zlodowacenia, które w plejstocenie obejmowało znaczną część obszarów lądowych półkuli północnej.

W niektórych miejscach, część zmarzliny w cieplejszych miesiącach letnich ulega na krótko i na niedużej głębokości, roztopieniu. W takich miejscach tworzą się wtedy młaki, grzęzawiska, bagna, a nawet małe jeziora. Przeuroczo wyglądają takie jeziorka, gdy przegląda się w nich lazurowe niebo.
.

Jeziora i rzeki na płaskowyżu obfitują w ryby, szczególnie pstrąga potokowego (Salmo trutta). Ryby można łowić, trzeba tylko wykupić sobie kartę wędkarską.

W krajobrazie płaskowyżu Hardangervidda widać także małe i większych rozmiarów głazy narzutowe zwane eratykami oraz nunataki. To również pozostałość po lądolodzie. Są to albo ostre, albo bardziej obłe (ogładzone przez lodowiec) fragmenty skał przywleczone przez lodowiec, lub powstałe w wyniku intensywnego wietrzenia mrozowego.

We wschodniej części tej niezwykłej krainy wznosi się na wysokość 1690 m n.p.m. samotna góra, ogromny granitowy monolit, przypominający kształtem stół. Jego strome ściany sięgają 300 m. Szczyt Hårteigen, bo o nim mowa, jest jak drogowskaz, ponieważ wyraźnie góruje nad pozostałą płaską powierzchnią. Zwany jest „Królem Hardangerviddy” i stał się symbolem samego parku i okolicy. Nie jest to jednak najwyższe wzniesienie na płaskowyżu. Najwyższym jest leżący bardziej na południowy – zachód , w pobliżu Oddy łańcuch górski Sandfloegga 1721 m n.p.m. Niestety, my przez tę część nie przejeżdżaliśmy.

Źródło: Internet- westcoastpeaks.com
Ciekawa jest również historia tej krainy.
Od wieków Hardangervidda był miejscem polowań i połowów. Polowano i nadal poluje się tu na renifery. Przebiegały tędy szlaki handlowe, łączące wschód z zachodem. Ze względu na swój arktyczny klimat wykorzystywali go wielcy polarnicy w czasie przygotowań do swoich wypraw np. Roald Amundsen, Fridtjof Nansen, także nasz rodak – Marek Kamiński. Podczas II wojny światowej ciągnące się kilometrami wzgórza były świetną kryjówką dla partyzantów i uciekinierów.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w takim miejscu nie da się żyć. Z dala od cywilizacji, od dużych miast, nawet wsi. A jednak pośród tego księżycowego krajobrazu stoją całoroczne domki letniskowe Norwegów, zwane hytte do których bardzo chętnie przyjeżdżają, szczególnie podczas letnich urlopów.

Niektóre zamieszkują na stałe, inne tylko w sezonie, a są też i takie, które dostępne są przez cały rok dla każdego. Należą m.in. do DNT (Norweskie Towarzystwo Turystyczne), coś w rodzaju naszego PTTK.

Ogromny obszar płaskowyżu to raj dla wędrowców z plecakiem i namiotem. Sezon na wędrówki rozpoczyna się tu dopiero w lipcu, ponieważ bardzo długo może zalegać tu na drogach śnieg. Na terenie płaskowyżu jest bardzo dużo dobrze oznaczonych szlaków pieszych. Ech, aż się serce rwało i nogi, żeby wyjść z busa i pognać tak przed siebie, w nieznane.
Tę nieziemską krainę można odkrywać również na rowerze. Jedną z najpopularniejszych tras rowerowych jest Rallarvegen zwana Drogą Kolejową. Kolejowa, ponieważ w 1909 r korzystali z niej robotnicy, którzy budowali najwyżej położoną linię kolejową w Europie łącząco Oslo z Bergen (najwyższa stacja Finse leży na 1222 m n.p.m.). Z tego właśnie miejsca najczęściej wyruszają wycieczki rowerowe po płaskowyżu. Widoki na trasie są nieziemskie. 
Dodam jeszcze, że zima potrafi tu być bardzo surowa, bywa, że zaspy śnieżne sięgają nawet 7. metrów. Śnieg zasypuje drogi i nie ma możliwości przejazdu. Nie oznacza to wcale, że zimą tu nikt nie przyjeżdża. Zimą uprawia się tu głównie narciarstwo biegowe.
Na płaskowyżu żyje największe w Europie stado dzikich reniferów. Niestety na odcinku, który przejechaliśmy, nie udało się ich zobaczyć. Renifera (szkoda, że tylko wypchanego
) mogliśmy oglądać w Hardangervidda Natursenter (Centrum Parku Narodowego Hardangervidda).

W budynku oprócz wypchanych zwierząt, żyjących na płaskowyżu, ciekawie zaprezentowanych na makietach w ich naturalnym środowisku, znajdują się jeszcze interaktywne tablice i stanowiska, oraz akwaria z żywymi pstrągami.
Na płaskowyżu rośnie ponad 500 gatunków roślin, 100 gatunków ptaków np. sowa śnieżna, pardwa i 21 gatunków ssaków w tym lis polarny, rosomak, gronostaj, lemingi.


Świetnym dodatkiem do zwiedzania wystawy była półgodzinna kinowa projekcja filmu panoramicznego 225° o przyrodzie parku. Technika, w jakiej został nagrany film sprawia, że oglądając czuje się jakby się leciało nad parkiem helikopterem
. Super wrażenia
!
Ostatnim punktem programu dnia pierwszego był najsłynniejszy norweski wodospad Vøringsfossen. Woda spływa tu z 182 metrowej skały, tworząc w dole malowniczy wąwóz Måbødalen, który można przejść. Żałuję, że nie było tego w planie
. Przy pięknej pogodzie, a taką mieliśmy, można zobaczyć nad kaskadą tęczę. 



Po tylu mocnych i pięknych doznaniach wzrokowych docieramy późnym popołudniem do naszego miejsca noclegowego - miejscowości Eidfjord. Miasteczko leży na końcu Hardangerfjordu, drugiego pod względem długości fiordu Norwegii i trzeciego najdłuższego na świecie (179 km). Fiord ten nazywany jest „sadem Norwegii”. Na jego stokach uprawia się głównie jabłonie, z których produkuje się cydr.
Zaraz po kolacji udaliśmy się na wycieczkę po okolicy. Po tak długim dniu spędzonym w busie byliśmy spragnieni pieszej wędrówki.
Przeszliśmy prawie 10 km. Zachwyciła mnie przede wszystkim nieskazitelnie czysta przyroda, maleńkie, ale jakże śliczne domki i obejścia oraz na koniec malowniczo „zachodzące” słonce nad fiordem. Nie do końca jednak słońce zaszło, bowiem na tej szerokości geograficznej o tej porze roku mamy do czynienia z tzw. „białymi nocami”. Jasno jest praktycznie do 12 w nocy
, potem lekki zmierzch, a wschód zaczyna się już o 3 nad ranem.


Nad tym jeziorkiem zatrzymaliśmy się dłużej 




Takie ubikacje czy kosze na śmieci przy ścieżkach rowerowych, szlakach, leśnych drogach to normalność. Dlatego wszędzie jest czysto. Można usiąść w dowolnym miejscu bez obawy, że natkniemy się na jakieś nieczystości.





Nie miałam jednak z tego powodu żadnych problemów z zasypianiem. Bogate w wrażenia dni sprawiały, że sen przychodził nadzwyczaj szybko. Fajne są takie dłuższe dni. Ileż to człowiek ma wtedy czasu …
.
c.d.n.