Po paru dniach odpoczynku, kiedy dni mijały na beztroskim plażowaniu i romantycznym knajpowaniu, nadszedł znowu czas wycieczki. Tym razem czułem się już bardziej pewnie przy planowaniu i wybrałem trasę typu "spore kółeczko" po tym właściwym, najwyższym grzbiecie Biokova. Z trasy byłem dumny jeszcze zanim ją zrobiliśmy. Wiedziałem, że będzie fajnie.
Ponieważ trasa wyglądała na długą wstaliśmy 3:30. Zabraliśmy ze sobą 7 litrów picia. Podjechaliśmy autem ok 10 km, na południe i trochę w głąb nisko położonej równiny pomiędzy Bašką Vodą a Makarską do wioski Bast leżącej u wlotu tunelu pod Biokovem, który łączy te tereny z autostradą. Dzięki temu zaoszczędziliśmy parę km po nieciekawym płaskim terenie oraz zyskaliśmy na początek 200 metrów wysokości.
Szlak początkowo przechodzi przez wioskę, w końcowych fragmentach prowadząc dosłownie przez werandy i domy miejscowych.
Potem zaczyna stromo wznosić się, początkowo kamienistymi piargami, a potem wchodzi w kamienną stromą ścianę, która kojarzyła nam się z Kościelcem.
Wchodzimy w dziwny teren. Spalony las.
Idziemy nim długo. Pożar miał miejsce zeszłego lata. Ukochana twierdzi, że wygląda to jak liściasty las w zimie, kiedy śnieg leży na ziemi, a drzewa są czarne.
Widok jest z jednej strony przygnębiający, ale z drugiej niesamowity i piękny.
Tego dnia nie było upałów. Na dole było przyjemnie i wiał lekki wiatr. Wraz ze wzrostem wysokości temperatura bardzo szybko spadała, a wiatr wzmagał na sile.
Wyszlśmy na przełęcz i ponieważ szlak omijał kolejne szczyty, to zdecydowaliśmy się iść dalej granią bezszlakowo.
Zdobywamy jakiś nienazwany szczyt 1568. Mamy już 1350 metrów podejścia w pionie za sobą.
Piękne widoki w dół. Po prawej widać Baškę Vodę, po lewej mniejsza nadmorska miejscowość Promajna. Pośrodku droga prowadząca do tunelu pod górami i miejscowość Bast, gdzie zaczynaliśmy.
A tam idziemy. Sv.Ilia 1642.
Warto jeszcze odwrócić głowę w drugą stronę w stronę serca Biokova. Sv.Jure 1762 w chmurze.
A to zbliżenie na Vošac 1411, który niesamowicie góruje nad Makarską. Byliśmy na nim w 2011 roku.
Idziemy na Sv.Ilię podziwiając surowy krajobraz Biokova.
I dochodzimy. Troszkę popsuła się pogoda. Na szczycie jest kościółek, otwarty. Można sobie podzwonić dzwonem.
W książce wpisowej od 12 dni nikt się nie wpisywał. Książka obejmuje okres z ostatnich 10 lat, wszystkich wpisów jest kilkaset. Strasznie mało wg. mnie. Być może na Babiej Górze jednego pięknego dnia jest więcej ludzi, niż tutaj przez 10 lat.
Z góry widać Bukovac, gdzie byliśmy na poprzedniej wycieczce. Wydaje się taki śmiesznie mały.
A to widok na dolinę po drugiej stronie Biokova. Widać drogę, która wychodzi z tunelu i autostradę. Trochę wkurzające, że wszędzie świeci słońce, tylko na nas nie chce. Wisi nad nami lokalna chmurka jak w kreskówce.
Idziemy dalej. Góry się tutaj zwężają, szlak prowadzi granią, po której trzeba się trochę wspinać. Widok wstecz. Śv.Ilia po lewej.
Widok w dół na równinkę, przez którą jechaliśmy rano autem. Pola uprawne po stronie wybrzeża - rzadkość.
A to przed nami, kolejny nieco wyższy szczyt - Šćirovac 1619. Nasz szlak odbija wcześniej z przełęczy w dół, ale ponieważ świeci słońce namawiam Ukochaną, żebyśmy go sobie zaliczyli.
Pogoda się poprawia, chmury się podniosły, pokazał się Sv.Jure.
Ciekawe zbliżenie na krawędź Biokova, której lewym skrajem podchodziliśmy rano. Skrajnie po prawej zalesiony Šibenik 1314, za nim z tyłu Vošac, skrajnie z lewej Sv.Jure. A gdzieś na wprost jest szlak na szczyt Motika 1472. Rano po drodze mijaliśmy ze 3 odbicia na Motikę. To pierwsze musi prowadzić jakoś tą pionową ścianą do góry. Intrygowało mnie to.
Zostało nam już tylko zejście w dół. Cofamy się po śladach na przełęcz i rozpoczynamy zejście. Początek wygląda sielankowo... ot łagodna łączka. Lekki problem jest w tym, że szlak mocno nieprzedeptany, a kamieni, na których można zrobić znaki mało. Łatwo się zgubić, jednak zdaję sobie sprawę, że lepiej tego nie robić, więc trzymamy się szlaku wyczekując zmiany podłoża.
Jest wyczekiwana zmiana. Zrobiło się stromiej, więcej kamieni. Dzięki temu szlak idzie już ścieżką, bo ładnie widać znaki. Jednak idzie się po tym ciężko. Znowu wyczekujemy zmiany podłoża.
Nasze życzenie się spełnia. Teraz jest jeszcze stromiej idzie się po skałach. Skały są ostre, kaleczą dłonie. Idzie się strasznie. Wyczekujemy zmiany podłoża!
Robimy więc dłuższą przerwę wypoczynkową podziwiając widoki.
Kontynuujemy schodzenie. Oczywiście jest inaczej, teraz pojawiły się krzaki. Jest coraz trudniej. Z utęsknieniem wyczekujemy kolejnej zmiany podłoża!!! Gdzie są osiołkowe wygodne serpentyniaste drogi?
Coś się zmienia, w końcu na lepsze. Robi się ładnie i tak różnorodnie.
Rozglądając się dookoła nie mam pojęcia jak dalej może prowadzić szlak, na szczęście znaki są gęsto i zawsze widać kolejny.
A za łączką taki żleb. Też ładny, ale stromy jak cholera.
Ruszyliśmy powoli. Teren ogólnie mówiąc - straszna chujnia do schodzenia.
Jakby mało było problemów, zaczyna dokuczać upał, ale zapas wody spory.
W końcu zeszliśmy. Wycieczka solidna 15 godzin. Zejście naprawdę dało nam popalić. Nawet Tobi odniósł kontuzję. Uszkodził sobie podeszwy tylnych łapek i przez kolejne dni kuśtykał jak kaleka.
Trasa jest godna polecenia, ale gdybym miał ją kiedyś jeszcze robić, to w odwrotnym kierunku. Wychodzenie w takim terenie jest łatwiejsze do zaakceptowania.
Zdjęcie satelitarne.
Mapka.
C.D.N.