Drugiego dnia mamy atakować najwyższy z najwyższych szczytów Gór Strażowskich, czyli Strážov (1213). O swoich planach grzecznościowo rozmawiam z innymi turystami nocującymi w naszej ubytowni - Penzión NATY. Tłumaczą mi, że źle chcemy. Na Strážov nie idzie się z Mojtina tylko ze Zliechova albo z Čičman. No ale przecież polscy piloci są najlepsi, polscy ułani najmocniejsi, a polscy turyści najdzielniejsi.
Cześć II - my najdzielniejsi!
Podjeżdżamy do Mojtina. Parkujemy przy naszym ulubionym Penzión Barborka i ruszamy. Od razu zostajemy zaatakowani przez miejscowego Słowaka. Wściekł się, zrobił się cały czerwony na twarzy i wykrzykiwał w kółko, że "bydło z Polski nie ma prawa tędy prowadzić"... ale nawet Tobi go zignorował.
Na rozgrzewkę wybieramy podejście pod wyciągami. Dobry trening poranny.
Następnie przechodzimy niebieskim szlakiem przez Javorinę.
Naszym oczom ukazuje się Strážov. Wygląda na kawał góry, a oddziela nas od niego dolina, do której trzeba zejść.
Prowadzę łąkami, szanując wysokość, ale bez zbytniego nadkładania drogi. Nawet forsowanie strumyka płynącego głębokim wąwozem idzie nam sprawnie. Widok wstecz na Javorinę - stamtąd przyszliśmy.
Potem rozpoczynamy strome podejście szlakiem czerwonym przez las liściasty.
Powyżej jeszcze bardziej strome przez las bezlistny.
Następnie jeszcze bardziej strome przez morze czosnku niedżwiedziego.
Sama końcówka dla odmiany łagodna po łące.
Szczytujemy!
Widoki są niezłe, ale bez idealnej przejrzystości.
Stąd przyszliśmy. Javorina jest lekko po lewej, za nią schowany Mojtin. Po prawej Sokolie ze skałkami, gdzie byliśmy poprzedniego dnia.
Widok na południe.
Schodzimy dla odmiany bezszlakowo ale ścieżką - taki skrót, z którego sporo osób korzysta.
Idzie nam szybko, bo spieszy nam się na kiełbaski, które robimy na ognisku w dolinie.
Konsumujemy z cudnym widokiem na Strážov.
Po posiłku mamy do wyboru - albo wracać najkrótszą drogą przez Javorinę, albo zejść na dół do Zliechova na piwo, a potem do Mojtina dość żółtym szlakiem robiąc większe kółko. Decyzja jest wspólna. Ja jako przewodnik tłumaczę, że Javorina wielka góra, a myśmy ją już dokładnie poznali (po dwie drogi wyjścia i zejścia)... natomiast na piwko idziemy po płaskim, potem kawałek asfaltu i myk do Mojtina przez przełączkę. Grupa wybrała piwo.
Tak, wiem, jestem zły przewodnik, bo zachęcam do picia alkoholu i oszukuję. Oszustwo polega na tym, że wysokość tej przełączki z żółtym szlakiem jest dokładnie taka sama jak Javoriny. A idąc do przełączki tracimy najpierw 200 metrów wysokości i robimy kilka km więcej. Czy powinienem to tak przedstawić? Chyba nie, po co ludzi martwić.
Piwo było wyśmienite i wchodziło fantastycznie po tych kiełbaskach. Zresztą uwielbiam lane lekkie tanie piwo w słowackich knajpach wioskowych. Niektórzy mówią na nie "sikacz". Ale dla mnie po męczącym upalnym dniu to napój idealny.
Jako przewodnik i kierowca wypiłem tylko jedno. Potem drugie. Potem trzecie. Potem zostałem przegłosowany przez grupę, że więcej już mi nie wolno pić. Cóż poradzić - odpowiedzialność i służba przede wszystkim.
Pora wracać. Najpierw odcinek asfaltem w dół wąwozem do wioski Košecké Rovné. To jedyna droga dojazdowa do Zliechova, więc Tobi poszedł na smycz.
A potem zaczęło się bardzo strome podejście w promieniach zachodzącego słońca.
No po prostu bajka.
Pędziliśmy ile wlezie, bo z jednej strony słońce, a od tyłu ciemne niebo i słyszymy burzę, która jest coraz bliżej. Za przełęczą mamy widok na górki, które czekają nas następnego dnia - Ostrá Malenica.
Ostatecznie nie padało. Burza nie przeszła grzbietu nad Mojtinem.
To był bardzo udany dzień pod każdym względem.
Więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/1qtVSMTApJafNqXT7
C.D.N.