O rany … po prawie rocznej przerwie od wyjazdu, ale lepiej późno, niż wcale
, a więc cd 
Pragnienie
Chcę być jak Ty prosty.
Z duszą przejrzystą jak dzień.
Z głosem bez nut fałszywych, ze spojrzeniem głębokim niczym morze, ale ukojnym.
Nie ranić, ale poruszać każdą ludzką duszę,
która przychodzi spytać, gdzie Cię można znaleźć.
Kochać , kochać, kochać, oddać się bez granic
i nadaremnie, dzień w dzień i bez odpowiedzi.
Być mostem, a nie przystanią, być drogą,
którą się wędruje, niezapomnianą, być oknem
na rozległe pola twoich oczu i kochać Ciebie.
Chcę być odpoczynkiem, naczyniem pełnym wina Bożego,
dla ludzi przychodzących Cię szukać
z duszą pokrytą kurzem przebytej drogi.
/Valentín Arteaga/
**********
Jakież to trudne !!!
Na drodze z ludzi wychodzi to, co w nich najlepsze, i to, co w nich najgorsze. U niektórych ludzi zaskakuje cię czasem ich hojność, podczas gdy u innych złość i niemiłe odruchy, czy słowa. Czasem pojawiają się bardzo egoistyczne sposoby zachowania, skierowane głownie na zaspokojenie swoich własnych potrzeb. Podczas wędrówki objawia się też to, co w nas najlepsze. Pojawiają się ludzie gotowi służyć innym, troszczący się o pielgrzymów, wyciągający pomocną dłoń do najbardziej zmęczonych. Ludzie służący dobrym słowem, przyjaznym gestem, zwykłym ludzkim uśmiechem, którzy niczego nie wymagają w zamian, którzy okazują wdzięczność. Ludzie, którzy dostosowują swój krok do tych, którzy w większym stopniu potrzebują towarzystwa, pomocy, rozmowy.
Do Santiago de Compostela mamy ok. 100 km
Dużo … ? mało … ?
Trudno powiedzieć …, droga pokaże …
Hiszpania życzy nam ... 

Od teraz będziemy wędrować przez hiszpańską Galicję.
Hiszpańska trasa z serwetki 

Jeśli chodzi o pogodę, Hiszpania kojarzy się niemal każdemu z ciepłą, nawet gorącą aurą, zwłaszcza latem. Otóż północno-zachodnia prowincja Hiszpanii – Galicja - przeczy zupełnie tym wyobrażeniom. Dzięki bliskości Oceanu Atlantyckiego mamy tu odmienny nieco klimat, a mianowicie upały wcale nam jakoś szczególnie nie dokuczały. Owszem były dni, gdy rzeczywiście było gorąco (w południe), co zresztą nie powinno dziwić, natomiast trafiały się też w ciągu naszego pobytu w tej prowincji chłodne (nawet zimne) poranki oraz dni z deszczem, bywało, że ulewnym. A wszystko to w samym środku lata. Jest to jednak całkiem normalna pogoda, charakterystyczna dla występującego w tym regionie klimatu umiarkowanego ciepłego typu morskiego. Ponczo przydało się więc bardzo
. Swoją drogą zalecam kupno bardzo dobrego ponczo na tę trasę
. Moje sprawdziło się w stopniu średnim. Znowu to z Decathlonu okazało się lepsze
. Trochę żałowałam, że nie zabrałam ze sobą nieco cięższego wojskowego poncho, które zdecydowanie lepiej chroniło by mnie przed deszczem, ale liczyłam się przy pakowaniu z każdym gramem.
Pierwszego dnia Hiszpania wita nas całkiem podobną pogodą jaką przywitała nas Portugalia
. Wyruszamy jak zwykle wczesnym rankiem, zaczyna lekko siąpić. Żeby znaleźć się w Hiszpanii musimy najpierw przekroczyć duży stalowy most na rzece Minho. Ponoć wg legendy pod rzeką Minho wyznaczającą granicę hiszpańsko-portugalską znajduje się sekretny tunel, którym jedna z miejscowych księżniczek - Doña Uraca, wymykała się na spotkania ze swoim portugalskim kochankiem.



Od teraz oprócz żółtych strzałek, częściej drogę wskazywać nam będą betonowe słupki i żółte muszelki na niebieskim tle.


Czasami spotkać można również inne oznaczenia.



Jesteśmy w Tui, do Porriño - miejsca, gdzie przenocujemy, jest ok. 15,5 km, niedużo …
. Wielu pielgrzymów w Tui zaczyna swoją trasę do Santiago, ponieważ dzieli te miasta odległość 100 km. Tyle wystarczy przejść, aby otrzymać certyfikat odbycia pielgrzymki tzw. compostelkę.
Tui to ładne średniowieczne miasteczko z zadbanymi uliczkami i piękną katedrą na wzgórzu, przypominająca bardziej zamek, niż świątynię.

Źródło: wikipedia



Figurki ciemnoskórych świętych – rzadkość w naszych kościołach.

Zwiedzamy katedrę, po czym zaszywamy się w jednej z kawiarenek na pierwszą lampkę hiszpańskiego wina, kawkę i coś słodkiego.
Mżawka ustała, zrobiło się bardzo duszno.


Jeszcze parę rundek wzdłuż malowniczych średniowiecznych uliczek Tui. 


Po tak miłym rozpoczęciu dnia ruszamy dalej. Wychodzimy z miasta.




Wkraczając w leśną drogę, która zaprowadzi nas do miasteczka Orbenlle mijamy most Ponte das Febras (Most Febry) na rzece Loura. Nazwa pochodzi od choroby na którą zapadł w tym miejscu jeden z pielgrzymów San Telmo w 1251 r. wracających z Santiago.

Podziwiamy pierwsze hiszpańskie wioski i krajobrazy. Na horyzoncie pojawiają się niewielkie wzniesienia.

Przydrożne studnie (wanienki) z zimną wodą pozwalają zamoczyć zmęczone stopy, zwilżyć czoło, umyć ręce.

W Orbenlle zatrzymujemy się na obiad. Trafiamy do typowej hiszpańskiej restauracji, która znajduje się w dużym domu (willi) z pięknym ogrodem.


Nie było nic innego w pobliżu, a my byliśmy już bardzo głodni
. Gospodarz częstuje nas tak pysznymi hiszpańskimi smakołykami, że trudno było się im oprzeć.
Na dodatek, nie pozwala odejść od stołu, jeśli wszystko z niego nie zniknie. 
W ogrodzie wśród kwitnących drzew, podziwiając okolicę, pałaszujemy to co nam pan domu serwuje …
. Wszystko było przepyszne ! 
Pimientos de Padrón - to smażone zielone papryczki uprawiane w hiszpańskiej Galicji, przepyszne, podawane najczęściej jako przekąska (tapas). Padrón to miejscowość wokół której uprawia się ich najwięcej. Zostały one sprowadzone w XVI wieku przez hiszpańskich zakonników z Meksyku. Klasyczny i właściwie jedyny w Hiszpanii sposób przygotowania pimientos to obsmażenie ich na oliwie, aż skórka zacznie brązowieć i pokryje się pęcherzykami. Potem posypuje się je grubą morską solą i je całe trzymając za ogonek. W Galicji cieszą się ogromną popularnością.






Po takiej uczcie nie chciało się wstać od stołu
. Poza tym wiedzieliśmy, że teraz czeka nas najbrzydszy, najbardziej monotonny i nudny odcinek trasy – przejście przez strefę przemysłową – Poligono Industrial - prawie 6 km asfaltu w spiekocie słońca (pomimo lekko zachmurzonego nieba można było go dostatecznie odczuć), w hałasie przejeżdżających aut, smrodzie (co kawałek innym), wśród mnóstwa fabryk, zakładów przemysłowych i przetwórczych. Tu wielu z nas się rozdzieliło, szło dwójkami lub samotnie. Ja przeszłam ten odcinek samotnie. Zdjęć z tego kawałka trasy prawie nie mam, ponieważ nie było co fotografować. Każdy skupiał się na tym, żeby szybko mieć go już za sobą. To był moment, żeby poczuć trud drogi, obolałe nogi, ciężar plecaka. Wcześniej bowiem, nie zwracaliśmy na to zbytnio uwagi, skupialiśmy się na tym co nas otaczało. Był to też czas na pobycie z samym sobą. Potrzebny czas.


Niektórzy pielgrzymi pokonują ten odcinek trasy autobusem. My jednak chcieliśmy cały czas iść piechotą.
Pod koniec strefy trzeba jeszcze przejść pod autostradą i wzdłuż torów kolejowych dochodzi się do miasteczka Porriño.

Do Albergue de peregrinos de O Porriño trafiliśmy późnym popołudniem. Jakże przyjemnie było po takim dniu położyć się na wygodnej „pielgrzymiej pryczy”
.
c.d.n.