Po sobotnich Gorcach byliśmy jacyś tacy zmęczeni, więc plan na niedziele był taki, żeby się wyspać i rano zobaczyć co dalej. Rano w niedzielę, wymyśliłem, że jedziemy na Ślężę, prawie 500 km w obie strony, niby za daleko na jednodniówkę, ale większość autostradą, więc okazało się, że jak się ustawi tempomat na 160 to jedzie się tylko 2h w jedną stronę 
Zaczynamy w Sobótce, ale zamiast ruszać tak jak wszyscy to pakujemy się od razu w krzaki i zdobywamy bezszlakowo Gozdnicę (317 m). Niby niższa górka niż pagórki w Jaworznie, ale jest kawał stromego podejścia i nawet jakieś skały. Na szczycie nawet informacja, że to szczyt do Korony Masywu Ślęży, więc poważna sprawa. Upał doskwiera, wyjechaliśmy bardzo późno, więc zbliża się południe.

Następnie schodzimy do Domu Turysty Pod Weżycą, gdzie jest pełno atrakcji: rzeźby, murale, lody, piwo, knajpa, park linowy, kupa ludzi i psów.

Piwko z lokalnego browaru okazuje się bardzo dobre - marcowe bursztynowe. Jak widać produkują je wesołe krasnoludki.

Chwila relaksu korzystnie wpłynęła na samopoczucie. Wchodzimy bramą wejściową na szlak.

Tak wygląda podejście głównym grzbietem Masywu Ślęży. Gęsty klimatyczny las, szeroka kamienista droga.

Zdobywamy Wieżycę (414 m).

Z zabytkową wieżą widokową Bismarcka.

A potem idziemy i idziemy na Ślężę. Cały czas klimatycznym lasem.

Im wyżej tym więcej skał. Można pomęczyć pieska.

Docieramy na Ślężę. Szczyt jest mocno zagospodarowany.

Oprócz schroniska i nadajnika jest też duży kamienny kościół.

Można wyjść na wieżę kościoła i zejść do piwnic, za jedyne 5 zł i to w czasie trwania mszy i nawet z pieskiem.

W ten oto sposób Tobi pierwszy raz był na mszy. Dobrze, że nie szczekał 

A z wieży kościoła widać inną wieżę, po drugiej stronie szczytu Ślęży. Za nią pobliskie Góry Sowie. Karkonosze były niewidoczne ze względu na słabą przejrzystość.

Następnie idziemy zdobyć wierzchołek Ślęży. Tobi przodem, za nim Ukochana, a za nimi owczym pędem inni ludzie z małymi dziećmi.

Ślęża (717 m).

Oczywiście idziemy na drugą wieżę. Okazała się być bardzo ciekawa, betonowo-stalowa, dorosły człowiek miał problem zmieścić się na wąskich drabinkach.

Widok z niej w kierunku kościoła.

No nic, pora wracać. Powrót wymyśliłem szlakiem niebieskim przez szczyt Skalne (521 m). Wyglądało to na mapie dość ciekawie, a w praktyce było jeszcze lepiej.

Skał zatrzęsienie, stromizny.

Dzikość. Biedny piesek.

A sam szczyt Skalne bardzo widokowy. W oddali Radunia (580 m), drugi co do wysokości szczyt Masywu Ślęży. Właśnie wyczytałem, że tam NIE WOLNO chodzić bo jest rezerwat i nie ma szlaku.

Tobi szczytuje na Skalnem.

Jeszcze jeden widoczek ze Skalnego. W oddali Szczytna (466 m), pewnie też należy do korony 

Rozpoczynamy bardzo strome zejście ze Skalnego. Nie ma tu szlaku, jedynie ścieżka przyrodnicza, mało używana. Kamienne schodki ułożone zostały dawno temu. Zastanawiam się, czemu nie ma tu głównego szlaku na Ślężę, przecież to najładniejsze rejony tego masywu. Może ktoś uznał, że jest zbyt trudno, a może chciano oszczędzić tłumów turystycznych.

Na dole zdałem sobie sprawę, że jesteśmy praktycznie w najdalszym punkcie wycieczki i to po drugiej stronie grzbietu niż Sobótka, a do obiecanej godziny powrotu zostało zaledwie 40 minut. Ruszyliśmy więc leśnymi drogami, starając się utrzymywać wysokość i robiąc dwa udane skróty.

Poszło dobrze, zaledwie 50 minut po czasie jesteśmy w Sobótce 

Czy ktoś z Was pamięta pierwszy atlas geograficzny z podstawówki? Była tam mapka Masywu Ślęży, z wytłumaczeniem co to jest mapa hipsometryczna. Stożkowy kształt Ślęży był idealny, żeby to przedstawić. Pamiętam, że odszukałem wtedy Ślężę na dużej mapie Polski i postanowiłem kiedyś tam pojechać. Można więc powiedzieć, że zupełnie spontanicznie spełniłem swój pierwszy górski plan, z przed 40 lat.
Ślęża jest bardzo fajna. Na żywo robi dużo lepsze wrażenie, niż można byłoby się spodziewać po obejrzeniu mapy. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam pojadę i pozdobywam inne szczyty do korony 