Świetny pomysł te podpłomyki. Postanowiłam więc, że wyrwę się w sobotę na Gibasy
. Rankiem spotykam się z Jolantą i lowellem w Andrychowie i mkniemy mikrusią z małymi poślizgami
na Kocierską, a potem w kierunku Koconia. „Pod Dębami” zostawiamy autko i próbujemy ustawić się do pierwszej grupowej fotki
. Za trzecim razem się udaje
. Pogoda przy lekko mroźnym poranku zapowiada się piękna, na niebie lazur, ech … !

Ruszamy z Koconia niebieskim szlakiem przez Polanę Gałasie w kierunku Przełęczy Czarne Działy , a potem Joli znanym skrótem na Gibasy, gdzie czeka już na nas nie kto inny, jak tylko sam Stach.
Po drodze piękne widoczki na świat, dwa grzyby, widłaki, mokradła , ale przede wszystkim piękny rudy liściasty dywan, który szeleści nam głośno pod nogami.



Na Gibasy przybywamy przed południem, witamy się ze Stachem i wygłodniali ruszamy rozpalić ognisko na pieczenie kiełbasek
. Zaspokoiwszy potrzeby ciała nie omieszkamy również zapomnieć o naszych duszach podziwiając tego dnia jakże piękne widoczki na Babią Górę i Pilsko
. Siedząc na ławeczce przy ognisku raz po raz otrzymujemy sygnały z Babiej Góry od bacy, który wymachując do nas rękami przysłania nam skutecznie widok na Tatry, wrrr …
.


W pewnym momencie pojawiają się na Gibasach i przyłączają do nas znajomi lowella – Agnieszka i Jurek, 

po czym witamy kolejnego gościa, którego chyba nie muszę nikomu przedstawiać, ponieważ poniższa fotka mówi sama za siebie.


Po niespełna chwili ukazuje się zza chałupy Stacha, kto ?, no jak to kto ? !!!

i Bogna z dziewczynami 

Jakby tego było mało dołączają jeszcze znajomi gennaro
Grażynka, Darek? i Ania

no i w końcu sam gennaro z Iwonką 

W tym licznym i wesołym gronie pakujemy się do chaty Stacha, żeby rozpocząć rytuał ugniatania ciasta na podpłomyki …
Oczywiście głównym ugniataczem jest Jolanta, która tego wieczoru zdołała własnymi „ręcami” ugnieść nam 2 kg mąki z wodą
. To się nazywa „mieć silne ręce”. ! Ja z Iwonką starałyśmy się upiec i nie przypalić tych smacznych placuszków
.

Nie zabrakło „(ws)pomagaczy”
. Admin lowell obrał nam 1,20 kg ziemniaków na pyszne ziemniaczane chipsy domowej roboty
, Bogna przyrządziła sos czosnkowy, a gennaro piekł chipsy na blasze
.

Fantazja nas ponosiła, podpłomyki zaczęły przybierać różne ciekawe formy, a nawet posiadać imienne „grawery” …
.
W takiej wesołej, biesiadnej atmosferze przesiedzieliśmy aż nam się za oknem ciemno zrobiło
. Wszystko co dobre szybko się kończy i trzeba się było po ciemku do domu zbierać. Jedna ekipa podążyła w kierunku Basi, druga zeszła w blasku księżyca i gwiazd do Koconia
.
Było nas razem ze Stachem - 14,
niezły wynik !
. Dziękuję wszystkim za tę fajną sobotę
, miło było poznać nowe osoby
. Joli szczególnie dziękuję za podwiezienie mnie do domu, co w tym dniu okazało się nie lada trudnym zadaniem , gdyż w doliny wieczorem zeszła taka mgła, że praktycznie nie było widać nic … .
.
Cała reszta z tego fajnego dnia na fotkach w moim skromnym albumiku.
Gruppenfoto by Brombella