No to będziesz musiała się zmierzyć jeszcze raz z relację ponieważ podczas kopiowania "uciekła" mi cała część bieszczadzka. Sorki ![]()
26 2017-09-20 12:09:57
Odp: Szlakiem dawno zdobytych już szklanic (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
27 2017-09-19 15:14:26
Odp: Szlakiem dawno zdobytych już szklanic (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Dzień 17, 12 września, wtorek Ewakuacja
5:50…. Budzą nas pojedyncze krople deszczu bębniące w dach namiotu. Co jest k***a? Jakaś klątwa? Że Wiktora kuchenka, to wiemy, ale, że nasz namiot??? Na szczęście zwijamy majdan na 5 minut przed totalną zlewą.
Darek mówi, że to znów powtórka sprzed 2 lat, też się stąd zwijali z Krisem w deszczu. Tyle, że oni wtedy uciekali do domu, a my mamy spanie w Smerekowcu, tylko trzeba tam dojść…
Wybieramy opcję Radocyna- Zdynia- Ług, bo tam jest sklep. Gdy mijamy nieistniejącą wieś Lipne w okolicach Zajęczej Góry - coś jedzie. I tak pośrodku niczego, w lesie, w deszczu, udaje się złapać autostop. Zmoknięty grzybiarz z Gorlic z pająkiem dyndającym jako maskotka pod lusterkiem, zabiera nas wprost do Smerekowca pod sklep.
Telefon do Pani Danusi „Dzień dobry, to my, jesteśmy pod sklepem, gdzie mamy iść?” Po drugiej stronie słuchawki pada pytanie: „Gdzie, w Smerekowcu? To syn po was przyjedzie!”
5 min później kwaterujemy się… Kolejna cerkiew na trasie i powrót na ogarnięcie. Na obiad. I tu okazuje się, że niepotrzebnie robiliśmy zakupy, bo Gospodyni przynosi nam „troszkę zupki” (tak z litr) pomidorowej z ryżem i po 5 pierożków (po zjedzonym siódmym i Darka też siedem na talerzu zostaje 14). Ze skwareczkami…
Festiwal NicNieRobienia…. Pranie namoczyliśmy (grubszy brud odpadł), dupska umyliśmy, potrzebne było. A przyjęcie i gościna nie ma sobie równych… Na rano mamy zapowiedziane mleko prosto od krowy do kawy a w całym domu pachnie grzybową…
Taka dygresja – wieczór krowy też chyba mają rykowisko…
Dzień 18, 13 września, środa Kolejne spotkanie na końcu świata…
Od rana czekamy na spotkanie ustawione spontanicznie w trasie… Grześ leci na Ukrainę i decyduje zawinąć o Smerekowiec. Spotkać się z nami, pokrążyć po okolicy, przy okazji wypić flaszkę za spotkanie.
W planie na dziś: okoliczne cerkwie. Grześ dociera autem po 10:00, chwilę później syn gospodarzy proponuje nam podwózkę do Uścia Gorlickiego. Zawsze to z 7 km mniej w bucie, tym bardziej, że dzień ma być relaksacyjny. UHM…
Na początek Uście. Cerkiew pw. św. Paraskewii. Niestety zwiedzanie tylko w weekendy, więc o niej jeszcze będzie.
A dalej – piwo w łapę i z buta do Kwiatonia. Tu po drodze napotykamy bardzo przyjazne miejsce – mianowicie sklep. Co prawda, chwilowo zamknięty, ale można sobie urządzić piknik.
Kwiatoń. Ponoć jedna z najpiękniejszych cerkwi karpackich. Od przewodnika, pana Jana Hyry dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy, m.in. jak dokładnie „czytać” ikonostas, czym się różnią cerkwie w poszczególnych regionach Karpat, jak twórcy ikonostasu Bogdańscy przemycili rysy twarzy swoich najbliższych w wizerunkach Paraskewii, Matki Boskiej i św. Jana… Bogdańscy bardzo często mieszali symbolikę rzymską do cerkwi greckiej i odwrotnie, czego przykładem jest np. w Kwiatoniu ikona ukrzyżowania. W kościele obrządku wschodniego Chrystus ma przybite stopy osobno – a tu razem. Pan Jan to w ogóle skarbnica wiedzy… Chodzą słuchy, że zanim się urodził, już wiedział, że będzie przewodnikiem…
Gdy się żegnamy, pan Jan pyta skąd jesteśmy – z Bielska – Białej. „AAA, to nie wiem, czy Państwo wiecie, nasz dzwon z wieży został odlany w starej ludwisarni braci Schwabe w Białej!” Instytucja już nie istnieje a my jesteśmy bogatsi o nową wiedzę.
Obecnie cerkwi bardzo potrzebna jest instalacja ppoż, koszt 20.000, szukają sponsora/inwestora.
Kolejna na trasie jest cerkiew w Skwirtnem. Lecimy asfaltem przez drewniany most, dużo tu łemkowskich chyży. Cerkiew została zbudowana w 1837 roku. Po akcji „Wisła” zaczęła być użytkowana jako kościół rzymskokatolicki.
We trójkę ciężko złapać stopa… Tutaj autobus szkolny nie chce się zatrzymać. Walimy pod sklep w Smerekowcu, bo żołądek przykleił się do kręgosłupa. Pęto kiełbasy, buła w łapę i sru do Gładyszowa… Po drodze cmentarz wojenny nr 56…
I tu zaczyna powoli być widać, że znowu jesteśmy w górach… I ciekawostka – dwujęzyczne tablice niektórych miejscowości…
Zresztą, co tu się dużo dziwić – przecież w Skwirtnem widzieliśmy nowoczesne nagrobki z napisami w cyrylicy.
A dalej – klimaty gładyszowskie…. Rżenie koni pasących się na połaciach pastwisk, bo tu stadniny hucułów.
Idziemy pod cerkiew z 1938 r, bardzo nietypową jak na te okolice, ponieważ zbudowaną na planie krzyża greckiego. Zaraz obok jest ukryta za domami kaplica prawosławna.
I to tyle na dziś. Jeszcze tylko miły wieczór przy wspomnieniach z gór i nynu… To miał być dzień rekreacyjny. Wyszło prawie 20 km z buta…
Dzień 19, 14 września, czwartek Apogeum zmęczenia
Pobudka… Chyba ze 3 pobudki… Niechciejstwo totalne. Miała być Lackowa, srał ją pies, nie ucieknie… Tu boli, tam boli, tu trzeszczy, tam zgrzypi… Za dużo… Jeszcze gdyby szło tam sensownie podjechać, to owszem, a tu nie idzie stopa na Uście urobić… Urobiliśmy co prawda panią grzybiarkę, ale i tak do busa na Wysową musimy walić jakieś 1,5 km z lacia. Po drodze stacja benzynowa z „knajpą” na zapleczu. Tu dowiadujemy się, że nikt tu nie chodzi na grzyby dla przyjemności a jesień się kończy… Z czego ci ludzie żyją?
Lecimy na Wysową. Na początku cerkiew pw Michała Archanioła z 1779 roku. Cennym zabytkiem w niej jest późnobarokowy ikonostas z dobrze zachowanym kompletem ikon. No i niestety nic więcej nie wiemy…
A dalej na drogę, po napchaniu kichy w Barze u Tomasza, do Blechnarki. Leciutki spacerek z pięknymi widokami na Góry Hańczowskie…
Cerkiew w Blechnarce pw. śś Kosmy i Damiana z 1801 roku to kolejny ewenement. Poddasze cerkwi jest schronieniem kolonii jednego z najrzadszych w Europie nietoperzy – podkowca małego. Ten zagrożony gatunek skazany jest na wyginięcie, stąd wymaga bezustannej ochrony.
Nawrotka do Wysowej. Piwko grybowskie w Domu Zdrojowym ( do którego zjeżdżają właśnie rydze i prawdziwki ze skupu, o którym mówiły chłopy pod stacją benzynową, a dalej kościół NMP Wniebowziętej w Wysowej – już w tę stronę zaczynają się kościoły – taka mała dygresja… A potem szybki stop do Hańczowej, pod prawosławną cerkiew Opieki Matki Bożej z XIX wieku tuż obok granitowy krzyż, postawiony na pamiątkę 1000-lecia chrztu Rusi i tablica dedykowana wysiedlonym w ramach akcji „Wisła”…
Teraz już tylko bus do Uścia, w którym z sakiewki, wzorem Dobromiła, wysypujemy całą miedź na bilet. I „Homola”. Zamawiamy po piwku za 5 zł i lufce za 3,60… Darek bierze kartę, bo byśmy tu coś zjedli za 2 dni jak będziemy wracać. Przeglądam i oczom nie wierzem. Gramatura porcji przerasta możliwości żołądka a ceny zatrzymały się na wczesnym Kwaśniewskim. Da się? Tutaj owszem… 5 minut i łapiemy na stopa tatę i córę z Koniecznej. Kolejne podanie dłoni od tych wspaniałych ludzi z Beskidu Niskiego…
Dzień 20, 15 września, piątek Magura Małastowska i Zeus nr 2
Budzimy się niespiesznie, dziś tylko Magura… I znowu błoto, tak to już jest w Beskidzie BłotNiskim. Za Smerekowcem podążamy rozdeptanym przez krowy szlakiem, jednak po wejściu do lasu jest jeszcze gorzej – szlak jest rozorany końskimi kopytami. Znów ten charakterystyczny mlask… Ten dźwięk będzie mnie prześladował w koszmarach do końca życia… Drogę umilają spozierające z zarośli czerwone kozaki, prawdziwki i rydze. Maślaków przelanych deszczem nawet nie bierzemy.
Przy rozstaju w Nowicy opuszczamy znakowany szlak, po to, by odnaleźć cmentarze nr 59 i 58 z I wojny światowej.
Ten na szczycie Małastowskiej robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza zbiorowe mogiły… Jak wyczytaliśmy w folderze „ostatnia rycerska wojna, gdzie żołnierzy z obu stron barykady chowano na wspólnych cmentarzach”. Można tutaj spotkać nagrobki z nazwiskami czeskimi, słowackimi, bałkańskimi, austriackimi, zbiorowe mogiły żołnierzy służących w armii rosyjskiej…
Po krótkim popasie lecimy na schronisko. Tam wita nas owczarek środkowoazjatycki wielkości połowy konia i oczywiście na sępa. Zeus. Znów. Na sępa dołącza kot i husky Santi…
Po harcach z Santi Zeus wychlał pół taczki wody (tak, tej niebieskiej widocznej w tle) i uciął sobie drzemkę...
Po drzemce Zeus wyjaśnia kotu, który udaje na moich kolanach, że go nie ma, gdzie jego miejsce, goniąc go w las. Piwo grybowskie wyjeżdża do nas windą z parteru schroniska. Przed wyjściem Darek robi zdjęcia wnętrza jadalni i stwierdza, że Zeus głupim bogiem był – kot przegoniony w las wrócił sympatycznie mrucząc na stole wewnątrz a głupiutki pies nie opuszcza nas aż na Przełęcz Małastowską… Na nic nie zdają się przeganiania „do domu Zeus!!!!” Ponoć z turystami zszedł kiedyś do Bartnego. A z inną ekipą wrócił. Na dodatek robi wieś, bo wybiega na środek drogi i przed auta.
Na Małastowskiej odwiedzamy cmentarz nr 60. Z bardzo charakterystyczną mogiłą – macewą.
Zaraz za zakrętem poniżej udaje nam się zatrzymać stopa do Gładyszowa. Pozdrawiamy Siemianowice Śląskie! I tym oto akcentem zamykamy górską część wyjazdu…
Dzień 21, 16 września, sobota Odwrót
Stop idzie łatwo. Dzięki grzybiarzom z N. Sącza sprawnie dostajemy się do Uścia Gorlickiego. Tu w cerkwi nawiązujemy rozmowę z greckokatolickim diakonem, który wyjaśnia nam różnicę pomiędzy obrządkiem liturgicznym wschodnim a zachodnim.
Potem zasłużony, pyszny obiad w „Homoli”, a nie jakiś zdechły pstrąg, którego chyba coś zeżarło i zwróciło
. I to chyba koniec pieśni…
Dwa wraki ludzkie wróciły po 21 dniach, 29 autostopów po drodze, 20 cerkwi, 4 cerkwiska, 6 kościołów, 5 kaplic, w tym 1 prawosławna, 7 cmentarzy z I WŚ, 220 km w tym jakieś 15% stopem, 5132 m podejść, 5272 zejść. Wspaniali Ludzie, bezinteresowna pomoc, zmiana toku myślenia.. Po prostu Beskid Niski.
I teraz ten dług wdzięczności zwrócimy przy następnej okazji najbliższej…
P.S. A skąd tytuł relacji? Po prostu najbardziej pasowały nam słowa piosenki Baniaków: „Przewala się po kątach mej pijanej duszy, odchodzi, wraca, potyka i wstaje, grzmot dawno przebrzmiałej radocyńskiej burzy i śmiech bez pamięci i echa wołanie…”
https://www.youtube.com/watch?v=fWnDZy5kfis
DZIĘKUJEMY ZA UWAGĘ. TO JUŻ NAPRAWDĘ KONIEC!!!
Jak ktoś przebrnie przez te 668 zdjęć pod linkiem, to gratuluję wytrwałości i samozaparcia ![]()
28 2017-09-19 15:11:52
Odp: Szlakiem dawno zdobytych już szklanic (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Dzień 9, 4 września, poniedziałek Kibel w Jaśliskach
Rano przymusowy spacer po papierki do Posady Jaśliskiej. Dalej leje jak z cebra. Po drodze mijamy cerkiew greckokatolicką z 1933 pw. Św. Paraskewii w Daliowej. Po akcji „Wisła” została przejęta przez miejscowy PGR i zamieniona na magazyn. Reprezentuje ukraiński styl narodowy, wzniesiona na planie krzyża z pojedynczą kopułą nad skrzyżowaniem naw i dachami dwuspadowymi ponad ramionami „krzyża”.
Przed deszczem uciekamy do sklepu, a raczej z tyłu sklepu, gdzie spotykamy znajomego z Woli Niżnej. „Aaa, pamiętam ten but na taśmie!” Już wszyscy pamiętają ten but, wczorajszy spotkany w „Czeremsze” gość również… Mój znak rozpoznawczy na tym wypadzie?
Leje, więc kręcimy się po okolicy. Zaglądamy do miejscowej piekarni po pyszny chlebuś, pod sklep, gdzie miejscowi „statyści” z „Wina truskawkowego” opowiadają historie o miasteczku. Zaglądamy pod kościół, gdzie parafia katolicka została założona z ówczesnym miastem w 1366 roku. W 1732 postawiono tu kościół murowany, który poświęcono w 1756, nadając mu imię św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej Jaśliskiej z 1634r.
Wieczorem robi się pogoda. Jest szansa? Dostajemy od Pani Marysi talerz zakąsek, sałatek a od Gospodarza leci flaszka… Efekt uboczny jest następujący: Darek rozbija pysk i okulary potknąwszy się o fotel po ciemku i następuje reanimacja w środku nocy. Pierwsze straty w ludziach…
Wieczór spędzony towarzysko z państwem Lorencami i Zeusem wytrwale i dziarsko chwytającym rzucane mu obmuldane zapałki z patyczka…
Dzień 10, 5 września, wtorek Jak w Krakowie na Brackiej…
Znowu leje… Rozpieprzony łeb, okulary, mokro, zimno, decyzja jest jedna – zostajemy dzień dłużej. Co nam pozostaje? Nie ma sensu pchać się w góry z worami, skoro mamy zapas czasowy. Spać jest gdzie, ludzie są wspaniali, każdy o drugiego dba a pod sklepem to już jesteśmy stałymi bywalcami… Słuchamy szeregu historii od pana Stanisława i pani Marysi, dodatkowo historii spod sklepu… Poznaliśmy się już chyba z połową gminy.
Jaśliska są dawnym obronnym miasteczkiem przygranicznym, o czym świadczą pozostałości murów obronnych. Lokowane na prawach miejskich w XIV wieku, w 1506 otrzymały od Aleksandra Jagiellończyka potwierdzenie lokacji i prawo do urządzania dwóch jarmarków i cotygodniowych targów. Król ustanowił również w mieście komorę celną, z której część wpływów przeznaczano na utrzymywanie traktu handlowego na Węgry. Przez całe wieki miasto żyło z handlu, zwłaszcza węgierskim winem, stąd pod całym praktycznie rynkiem znajdują się olbrzymie kamienne piwnice, po których za młodu nasi „znajomi” spod sklepu bawili się w chowanego… Z uwagi na istnienie komory celnej obowiązywał w Jaśliskach zakaz osiedlania „nie Polaków”. W 1657 roku król Jan Kazimierz zatwierdził tu Kongregację Współczującą Chrystusowi, która skupiała męską młodzież i potocznie zwana była „Krzyżakami” od białych krzyży na czerwonych płaszczach. Szybko jednak kongregację rozwiązano, gdyż młodzież zbytnio się rozswawoliła…
To tyle, jeśli chodzi o Jaśliska. Dużo tu starych chyży i atmosfera jest jedyna w swoim rodzaju. A my czekamy na przejaśnienie….
Dzień 11, 6 września, środa Beskid BłotNiski…
Niespieszne pakowanie. Przynajmniej wszystko suche… Pożegnanie z Gospodarzami („Przysiądźmy…”) i Zeusem. Chłopy pod sklepem już nam machają z daleka. I jeszcze pogaduchy, obrabianie dupy nowemu dzielnicowemu, bo „W chuja wali, bo się nie można pod sklepem piwa napić, a jak się leją po zabawie, to go nima gówniarza…”
Lecimy na Lipowiec. Tu tez kiedyś była wieś, założona w 1527, istniał PGR, dziś zostało tyle…
…i kilka krzyży przydrożnych oraz cerkwisko… A potem już zaczyna się absolutne NIC… Stąd tylko 1034 km do Babadag… Teraz buty w łapę i dwa pierwsze brody na Bełczy w Czeremsze. Przy drugim spotykamy samotnego turystę – idzie szlakiem granicznym, śpi w wiatach. Jeszcze tylko manicure, czyli czyścimy paznokcie, nad głowami jastrzębie i czapla siwa. Las roi się od złotych maślaków. I zaczyna się Beskid Błotem Płynący…
O jakiejkolwiek przyczepności podeszwy w tym terenie można zapomnieć. Męczarnia, Golgota… Ciężarek na plecach wcale nie pomaga. Zresztą w kilku miejscach przy akompaniamencie gęsto fruwających na prawo i lewo przekleństw ląduję po prostu w krzakach… Schodzimy z Jałowej Kiczery do Zyndranowej i tu dopiero zaczyna się Armagedon… Błoto po kostki, wszystko na drodze rozjechane ciężkim sprzętem do zrywki, buty nie chcą się z tego gówna oderwać, nie ma na czym stanąć ani nie ma po czym iść. Zassało też kije a las chce koniecznie zabrać plecak. Znów odkleiła się podeszwa i impregnuje się tonami błota…
Nareszcie koniec męki. Chatka w Zyndranowej. Na drzwiach info – dziewczyny bazowe pojechały na Jasiel w odwiedziny do filozofa, jakby co – dzwonić… Zostawiamy bety u sąsiadki i lecimy do sklepu. W sklepie nie ma zbyt wiele poza półkami i kiełbasą w lodówce. Najgorsze – nie ma fajek. Pani, która skoczyła na piwko po grzybobraniu ratuje nas skrętkami. Znów przejaw życzliwości, a zaraz potem następny, bo przyjeżdżają pod sklep dziewczyny z chatki, Brygida i Ania i zabierają nas do chałupy.
Instalujemy się i niebawem przyjeżdżają też Zbyszek i Łukasz z Wrocławia. To nie wszystko towarzystwo, bo po chałupie krąży jeszcze małe czarne straszydło, które poluje na muchy, pająki i ludzi…
Kuchnia Beskidu Niskiego… Regionalne pulpety ze słoika z makaronem. Normalnie nie dałabym tego psu sąsiada. Tutaj jest pyszne…
Dzień 12, 7 września, czwartek Straciliśmy na dobre rachubę dni…
Zaspaliśmy… Jedyny sensowny plan na dziś – pokręcić się po okolicy. Zaglądamy do Skansenu Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej i uderzamy na Tylawę, bo w plecaku głodno i brakło papierochów… Jakieś 8 km z buta. Kawałek podwozi nas pan budowlaniec z Krempnej. Obiad w barze, zakupy i podchodzimy jeszcze pod kościół, dawną cerkiew greckokatolicką z 1787 r.pw. Narodzenia NMP w Tylawie.
Po schizmie tylawskiej przeszła na własność kościoła prawosławnego. Obok kościoła cokoły krzyży i grób żołnierski…
Perspektywa powrotu z buta tą samą drogą… Jednak po jakichś 200 metrach od skrzyżowania Darek łapie stopa i jest to jeden z najdziwniejszych stopów w naszym życiu – autobus szkolny! Wsiadamy, a dzieciaki na tylnych siedzeniach: „Dzień dobry!!” Przysiadamy jeszcze przed okazjonalnie otwartym sklepem, bo dziadek czekał na wnuczkę. A tam laski się na łąkach opalają… Jest pięknie, cicho, nie dzieje się absolutnie nic…
Wieczorne pogawędki przy piwku ze zmienniczką chatkowych, Magdą, wino Bieszczady i zgodnie z formułą chatki – co na chatce powiedziane, na chatce zostaje… Kładziemy się spać z mocnym postanowieniem ruszenia jutro dupy. Za pomocą nóg dolnych w stronę Baraniego.
Dzień 13, 8 września, piątek Coś drgnęło na mapie…
Żegnamy się z ekipą, z kotem, z psem sąsiada wyżerającego kotu jedzenie z michy i wyruszamy w stronę Przełęczy Dukielskiej. Po wyjściu na granicę szlak znów nie wygląda zbyt kolorowo… Wszechobecne bagno i przedzieranie się przez krzaki… Po drodze znowu grzyby… Obrodziło w tym roku… Na szczęście przy wojskowej wieży obserwacyjnej kończy się błoto i schodzimy na przejście graniczne. Knajpa, sklep, Cash-back, bo zaczyna nam brakować papierków a plastikiem tu płacić to dramat…
Teraz podejście na Brdo. Pierwsza ściana płaczu z odważnikiem 20 kg na plecach. Uszarpaliśmy się trochę. Las, las, las, wiatr i tak do usranego zgonu… Po drodze spotykamy tylko panów konserwujących słupki graniczne. Kolejne podejście na Sviniak znowu daje po tyłku, do tego głód. Bez wora urobilibyśmy to w podskokach… Uzupełniamy kalorie w wiacie na granicy Magurskiego Parku Narodowego, bo nóżki już się plątają… A potem na dorżnięcie – kolejna ściana płaczu. Podejście z Przełęczy Sarbovskiej na Baranie. Zdechnąć idzie już na finiszu. A odważnik za cholerę nie wykazuje chęci współpracy… Las jest piękny, znów wielkie prawdziwki i borowiki, paprocie, buczyna karpacka i pełno tropów drapieżników…
Na ostatnich nogach (a raczej wlokąc nogi za sobą, bo to już nawet nie jest chód) docieramy do celu. Dalej dzisiaj i tak nie dalibyśmy rady. Piękny zachód słońca, przyjazna wiatka na spanie… Na kolację „momenty” – zupa jarzynowa z torebki z konserwą i grzankami. *** Michelin… Tłuc się z worem tyle czasu, żeby wyżryć w zimnej wiacie 0,6 czyściochy. Można? Można… Turystyka etosowa…
Dzień 14, 9 września, sobota Właściwie jeszcze noc….
Jest złowieszczo… Silny wiatr, zimno, wiata się trzęsie… Koło północy coś zaczyna drapać pazurami (a pazury słychać konkretne) w podłogę i wydawać dziwne dźwięki. I tak z dobrą godzinę. W końcu zrezygnowany zwierz ze świadomością, że nie wejdzie do środka, postanawia dać sobie spokój. 02:14 z półsnu wyrywają nas dwa głośne pacnięcia. Pytam :”Darek, to ty?” „Nie…” Światło. Bo chyba mamy gościa… Na środku podłogi leżą dwie paczki papierosów, które wieczorem leżały zdecydowanie gdzie indziej… Z narożnika wiaty wystają jakieś przerażone oczy… Okazuje się, że to popielica przyszła na sępa po fajki… Wystraszona ucieka i resztę nocy mamy już spokój, nie licząc wycia wiatru, który udaje motor, radio, jelenie, samoloty… A za uszami ktoś chrapie. Urocza noc w dziczy…
Poranek. Ale wiecie, jak wygląda poranek po ledwo przespanej nocy? On nie wygląda. Tak jak i my nie wyglądamy. A zza rogu znów przygląda się szyderczo ta szafa gdańska, z którą przydałoby się dziś urobić ponad 20 km. Tymczasem woda na wykończeniu i jesteśmy bidnie na głodno. Burza mózgów. O ile te dwie ostatnie szare komórki można mózgiem nazwać… Zarzynać się z perspektywą najbliższej wody za 20 km czy ewakuacja i lizanie ran? Wybieramy to drugie i zwalamy na Olchowiec.
Tu zaglądamy do drzwi cerkwi. Pierwsza cerkiew powstała tu 1792 r. Jednak w 1934 rozebrano starą cerkiew i wybudowano obecną, w której zachował się jeden z trzech dzwonów z poprzedniej cerkwi. W latach 40. została zaadoptowana na kościół, obecnie ponownie od 1987 wznowiono nabożeństwa greckokatolickie w cerkwi pod wezwaniem Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja.
Interesującym obiektem jest również prowadzący do niej kamienny most, będący unikatem na Łemkowszczyźnie.
A potem wzdłuż potoku Olchowczyk w upale, wśród z politowaniem gapiących się byków i krów do Polan. Tu znów gówno absolutnie pośrodku niczego (dosłownie, bo narobione na środku drogi). W Polanach mijamy cerkiew pw. Św. Jana Złotoustego (inaczej Jan Chryzostom), który zreformował tekst liturgii prawosławnej i greckokatolickiej. Zbudowana w 1914 r. Po akcji „Wisła” zamieniona na magazyn, zbudowana na planie krzyża greckiego, lekko nawiązuje stylistyką do świątyń bizantyjskich.
Krempna. Stolica Beskidu Niskiego. Łapiemy kwaterę przez neta, bo w końcu jest zasięg od kilku dni i postanawiamy się zregenerować przed dalszym tygodniem filmu drogi.
Obowiązkowo idziemy pod cerkiew. Jest w remoncie i pomimo, że wejście otwarte, ikonostas zakryty foliami malarskimi. Jedynie, co możemy zrobić, to wrzucić skan karty pamiątkowej pobranej za dobrowolne miedziaki z nowego kościoła…
Cerkiew pw śś Kosmy i Damiana, na skanie – ikony chramowe, czyli patronackie – po lewej i prawej od zewnątrz (Kosma i Damian), Matka Boska z Dzieciątkiem i Chrystus Nauczający. Na środku tzw. Carskie wrota z uwiecznionymi czterema ewangelistami, nad nimi Ostatnia Wieczerza i rząd ikon najważniejszych świąt.
Cerkiew wzniesiona w 1778/82. Jedna z piękniejszych moim zdaniem na szlaku… Na miejscu wcześniejszej, która stała 275 lat… Mimo spalenia prawie całej wsi podczas I wojny światowej, cerkiew przetrwała nienaruszona. Po remoncie w 1972 roku, przywrócona do kultu użytkowana jako kościół rzymskokatolicki. Przed świątynią stoi kamienna figura św. Mikołaja, patrona Karpat z XIX w. wykonana w Bartnem.
Dzień 15, 10 września, niedziela IV Szlak Architektury Drewnianej
Budzik drze mordę: „Nie spać, zwiedzać!!!!” W końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności… Poranek wcale nie zapowiada ładnej pogody. Jest chłodno i jesiennie. Męczenie kciuka w kierunku Kotani nie napawa optymizmem. W końcu docieramy z buta pod cerkiew.
Pw. śś Kosmy i Damiana, zbudowana 1782 roku, obecnie kościół filialny parafii w Krempnej. Po wyludnieniu wsi po II wojnie światowej, opuszczona, niszczała, dopiero w latach 1962-63 cerkiew rozebrano, zakonserwowano i złożono, dokonując niezbędnych napraw. W 1963 r. wokół cerkwi utworzono lapidarium z 22 zabytkowych kamiennych nagrobków i figur przydrożnych, przeniesionych z Nieznajowej, Żydowskiego i Ciechani. Wśród tych figur dominują odwzorowania postaci Chrystusa na krzyżu, który w kościele obrządku wschodniego stopy ma przybite oddzielnie, ale również zdarzają się figury, gdzie stopy przybite są jednym gwoździem, jak w obrządku rzymskokatolickim. Co ciekawe, wierna kopia tej cerkwi znajduje się w skansenie we Lwowie…
Na Świątkową chcemy się przebić żółtym szlakiem, jednak po jakimś kilometrze szlak zagradzają elektryczne pastuchy, nie ma ścieżki a perspektywa bliskiego spotkania z kopulującym bydłem nie napawa optymizmem. Odwrót. Do Świątkowej Wielkiej mamy podwózkę. Naturalnie geniusz Małecki przytrzaskuje mi rękę drzwiami przy wsiadaniu. K***a i to w kangoo!!!
Świątkowa Wielka. Cerkiew pw św. Michała Archanioła. Obecnie kościół filialny parafii w Desznicy. Pierwotne wzmianki datują ją na 1581 jako świątynię prawosławną, która zmieniła wyznanie po podpisaniu aktu unii brzeskiej. W tym miejscu w 1757 r. wzniesiono świątynię w obecnym kształcie. W 1927 roku zaczęto znów w cerkwi obrządek prawosławny. Do 1986 roku stała pusta po akcji „Wisła”. Jest jedną z nielicznych, która przypomina, że cerkwie malowano, głównie w celu zabezpieczenia i konserwacji drewna i gontu.
Jest też obok cmentarz i gospodarstwo, na którym pasą się daniele… A dalej z buta przez popegeerowskie pastwiska w upale południa. Do cerkwi w Świątkowej Małej.
Datowana pierwotnie na 1581 rok jako świątynia pomocnicza parafii prawosławnej w Grabiu. W obecnej formie wybudowana w 1762 roku. Całkowicie zamknięta w 1931 roku. W latach 50 XX wieku niemal całkowicie zdewastowana a w latach 70. Obiekt został kilkakrotnie rozkradziony – złodzieje wycięli carskie wrota i wynieśli ikony rzędu świąt. Generalny remont świątyni przeprowadzono w 2010 roku.
Wracamy do drogi na Krempną i postanawiamy nie drzeć podeszew te 6 km, ale łapać stopa. 20 minut i kciuk umęczony…
Krempna. Teraz trzeba napchać porządnie kichę, bo jutro już na ciężko z perspektywą 2 dni bez zakupów. I chillout. Czyli opalanie na balkonie przy soplicy jagodowej. Przecież nie każdy musi wypoczywać jak zwykły ceper, czasami trzeba skorzystać z uroków cywilizacji, a nie tylko hotele…
Dzień 16, 11 września, poniedziałek Teleportacja
Jak zwykle spóźniona pobudka. Pakowanie „Łabowca” (tak od wizyty w Łabowcu nazywamy każdy większy rozpiździel) a nasz majdan mniej więcej tak wygląda i zajmuje łóżko, stół i pół podłogi… Ruszamy na stopa i tu chyba dokonuje się kolejny po roztrzaskanym pysku etap zemsty Kościejnego. Dwie i pół godziny obserwując krowy, wykopki i pustą drogę… A jak już coś jedzie to to jest baba i się nie zatrzyma… W końcu lituje się nad nami pewien traper z vitarą i zawozi wprost do Grabu, na skrzyżowanie na Wyszowatkę. Dalej polecimy na Radocynę, ale najpierw trochę lokalnego folkloru…
Dla zainteresowanych – po 1) sklepu w Ożennej już nie ma; 2) można się tu dostać z Jasła, 14:30 autobus był na miejscu, kierunek Grab; 3) w Wyszowatce sklep czynny 8-10 i 15-20.
Koło 15tej zaczynają schodzić się dyżurni… A właściwie jest to kilkunastu chłopa. Chyba się cała Wyszowatka zeszła… Kłócą się tam, zaczepiają, psy się nawet zlazły, bo sklep otworzyli, ino brzęczy szkło… Jednak w stosunku do nas, graba jak pół bochna chleba, dzień dobry, skąd-dokąd państwo idziecie, co tak młody do gości tyłem siedzisz, zachowuj się… Wypijamy 2 piwka i zarzucamy te znienawidzone już wory na plecy. Pada sakramentalne :”A chce wam się to nieść?” „Nie bardzo…”
Ot i pozostałości PGR-u, parę chałup i nagle znów kończy się wszystko… Przy drodze, przy której krzyż samotnie niszczeje… A właściwie 10 złamanych krzyży przy drodze z Wyszowatki do Radocyny….
Są i drzwi do wsi Długie…
Jak mówi napis: „Po bezdrożach wędrujesz, może nawet nieświadom, że w tajniki wkraczasz, bo dolina ta swą historię ma”… To pierwsze słowa na symbolicznych drzwiach do wsi Długie, która swoją historią sięga roku 1541… Była tu cerkiew greckokatolicka pw. św. Dymitra z 1754 roku. Żyło tu 247 osób, 36 gospodarstw a wioska ciągnęła się na długości 3 km… Dziś zostały tylko te drzwi…
W końcu dochodzimy do cmentarza wojennego nr 44 a dalej do cerkwiska wsi Długie. Na wzgórzu nad cerkwiskiem pasterz gwiżdżąc przepiękną, rzewną melodię schodzi w dół z kierdlem a my mijamy niezwykle ważny punkt telekomunikacyjny.
Przekraczamy bród na Wisłoce i teraz już tylko droga do bazy w Radocynie. Jest tu wiatka, na którą liczyliśmy, ale ktoś już ją zajął, więc zmuszeni jesteśmy rozbić namiot, co będzie miało swoje konsekwencje wczesnym rankiem…
Do snu (jakiego k***a snu???!!!) – trzaskanie ognia i recital samotnego jelenia aż po świt….
29 2017-09-19 15:10:46
Temat: Szlakiem dawno zdobytych już szklanic (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
... czyli Biesy i Niski na bani ![]()
Jako, że nie da się dwa razy opisać tego samego, przeklejam tu relację, którą popełniliśmy wspólnie z vidraru na forum GBG.
A propos. Forum nie chciało łyknąc relacji w jednym kawałku, że niby za duża, ale co ja na to mogę
No to jedziemy
Dzień 1, 27 sierpnia, niedziela Bieszczady
Tłukliśmy się 9 godzin w podróży po to żeby walnąć dżepa z pluszowym psem.
Dzień 2, 28 sierpnia, poniedziałek Tarnica
W założeniu miał być tylko Niski na dwa tygodnie, ale udało się urwać dodatkowy tydzień urlopu. Skoro tak, skoro w te rejony już jedziemy, rzucam temat Tarnicy do wspólnego KGP
„Czemu nie, kocham Cię za te głupie pomysły”…
Ok., pobudka zbyt wcześnie. PKS zdzierca do Pszczelin Widełek i zaczyna się dwugodzinna monotonia podejścia lasem, choć z drugiej strony – piękny ten las, bukowo-jodłowy, wysoki, stary, czarodziejski i dziki. Czasami chaszczing. Kawka przy wiacie BPN-u, rozmowa z dwiema paniami, które idą przed nami i nagle się zaczyna, a właściwie kończy się las…
Góry aż po horyzont… A właściwie nie tylko góry dookoła… Po daleką/niedaleką Ukrainę… Morza zeschniętych traw, zrudziałych borowin i oczojebnie błękitnych goryczek… A nad tym wszystkim kłęby chmur przeplatanych ze słońcem… Kolory babiego lata bieszczadzkiego… „Bo jedno jest takie niebo, bieszczadzkie niebo sierpniowe…”
Wchodzimy na Bukowe Berdo. Najpiękniejszy w naszej opinii zakątek wysokich Bieszczad. Berdem Bojkowie nazywali ostry, skalisty grzbiet górski. A skałek tu dostatek. Gra światła i cieni co rusz zmienia kierunek i to Caryna i Wetlińska w świetle a Tarnica – nasz cel – w cieniu, to fantastyczne urzeźbienie pierwszego wierzchołka Berda w świetle, za chwilę tonie w chłodzie i orzeźwia wiatrem. Najlepszym opisem Bukowego Berda niech będą zdjęcia…
Jeszcze tylko spojrzenie w dal na Pikuja i zwalamy przez Krzemień. I niech k***a ziemia lekką będzie tym (z Zakopanego), co budowali te schody do piekła z Krzemienia na Przełęcz Goprowską. I dalej na Tarnicę. Drogę umilają nam dzikie zwierzęta piętra połonin…
To są oczywiście ograniczniki erozji gruntu rozdeptanych przez ceprów ścieżek. Mamy tego świadomość, ale iść się po tym za ch**a nie da w żaden sposób komfortowo. No cóż, nie jesteśmy tu dla przyjemności… Zwłaszcza, że robi się zbyt tłoczno, spotkać można nawet Janusza turystyki górskiej w sandałach i z popisową dziurą na objętość całej pięty w prawej skarpetce.
W połowie podejścia z przełęczy napotkany pan: „380! To jest wasza liczba na dziś! (pan liczy schody) Do przełęczy! Bo stamtąd jest 272!” „Nie do końca jestem pewien, czy chciałem mieć tego świadomość!” – śmieje się Darek.
Cóż, stało się. Gorzej miały pieski, które dotarły na szczyt, bo musiały urobić łapkami więcej niż my w buciorach. I tak oto o 13:20 padła nam u stóp najdalej na wschód wysunięta perełka w koronie – nr 3, nieplanowana Tarnica.
Ludziów jak mrówków, bitwa o zdjęcie pod krzyżem – kto pierwszy. Piwo zwycięzców, pół bułki z konserwą, fajka. Wieje tak, że łeb z płucami urywa, to spierdzielamy – przez Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych.
Kaptur na głowę, wiatr nie odpuszcza, drogą odwrotu. W borowinkach przy szlaku kicają sobie siwerniaki, dają się fotografować z odległości metra od obiektywu i w ogóle się nie boją. A za nami Tarnica w całej swej okazałości w popołudniowym świetle…
I tak pomaleńku z połonin toczymy się do granicy lasu. Wychodzi słonko, kulamy się piękną buczyną karpacką prościutko do łożyska potoku Terebowiec i chwilę później zasłużone po 8 godzinach drogi piwko pod sklepem.
Obiadokolacja pod postacią krupniku z kiełbasą i makaronem w stodole, przy czerwonym winie. Jutro wyjdzie pod postacią żółtego stolca…
Dzień 3, 29 sierpnia, wtorek Przystanek Balnica
Rozpoczyna się pożegnalnym piwkiem pod sklepem w Ustrzykach z poznanymi dwa dni temu w tym samym miejscu Magdą i Mateuszem z Bartoszyc. Przemiła para, szkoda, że nie poznaliśmy się lepiej. Może jeszcze będzie ku temu okazja, mam nadzieję…
Dziś przerzucamy się do Cisnej, na obiad w Siekierezadzie, a potem coraz dalej na zachód.
Jedliście kiedyś w Siekierce? Tego się nie da dojeść… Trzeba mieć ze cztery żołądki… Ledwo żywi po doznaniach kulinarnych, z dopakowanymi do granic worami wystawiamy kciuki. Kciuk skutkuje po ok. godzinie. Sympatyczny kolega z Gorlic podwozi nas aż do Maniowa, nawet za daleko niż chcieliśmy. No, ok., to się przejdziemy Balnicą… Ten niewdzięczny skurwiel na plecach ciąży niemiłosiernie. Grawitacja ma zero szacunku dla człowieka. Po drodze udaje nam się odnaleźć cerkwisko w dawnej wsi Balnica. Siadamy na pieńku pośrodku polany (w dawnym centrum wsi) i jakże tu pasują słowa „Deesis” Na Bani… „Porosły drzewa, gdzie umarły chaty, zamknęły się cerkwi widmowe wierzeje, opuścił sioło Chrystus Pantokrator, zgięty wpół krzyż samotnie niszczeje…”
A potem to już z górki – obok ostoi bobrowej na Górnej Osławie, po torach kolejki (nieczynnych), prosto do Przystanku Balnica.
Wojtka nie ma, widzieliśmy jak jechał na dół, ale ma godnego zastępcę, swojego wnuka Natana. Mały, sprytny cwaniaczek, na oko 10 lat, ze smykałką do interesów, bo orżnął nas na piwie o 4 zeta, co Wojtek nam później zwrócił. Ogólnie o Balnicy – jedna jedyna chata na końcowym przystanku Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, przemili gospodarze. Jeśli ktoś nie umie sobie wyobrazić końca świata, powinien tam przenocować. Jeszcze tylko okrzyki sowy na dobranoc i zagaszamy ognisko…
Lokowanie produktu - http://www.balnica.pl/
Dzień 4, 30 sierpnia, środa Spotkanie na Końcu Świata
Pobudka po 6:00 idzie okrutnie niemrawo. Kawa, pół bułki i ruszamy torami kolejki w stronę doliny Solinki, gdzie odwiedzamy cerkwisko…
I znów to uczucie… „Słupy dymu z nagła podparły ciężkie chmury, gdy od nieba dzielił nas tylko ikonostas, umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne, które miały tu pozostać…”
A potem drogą na Żubracze… Trasę umilają nam takie oto literackie przemyślenia…
Okazuje się, że leciał tędy Bieg Rzeźnika. A my wkraczamy na drogę i zaczyna się męczenie kciuka. Do Cisnej podrzuca nas pan ze Straży Leśnej. Wczesny lunch w Siekierce i na raty odwrót znów stopem do Woli Michowej. Bo dziś mamy tu misję… Trzy dni temu dowiedzieliśmy się, że w Woli właśnie nasza kumpela Ola urzęduje jako sprzedawca w sklepie z nalewkami regionalnymi. Trzeba się spotkać koniecznie!
Po drodze zatrzymujemy się przy kościółku pw. Św. Marii Bieszczadzkiej. Właśnie trwa konserwacja, dlatego możemy zajrzeć do środka. Kościół wg projektu inż. Bogdana Jezierskiego z Łupkowa budowali cieśle z Podhala. Nad wejściem głównym znajduje się wieża słupowa o wysokości 14m, która podkreśla karpacki styl budowli. Zaczęto go budować w 2007 roku. W 2010 roku nastąpiło uroczyste przeniesienie ikony Matki Boskiej z macierzystego kościoła w Nowym Łupkowie.
Pani sklepowa opala się i czyta książkę. Powitanie, siedzimy, gadamy do zamknięcia sklepu. Potem Ola odwozi nas na skład drewna w Balnicy. Pożegnanie na końcu świata…
Lokowanie produktu - http://www.śpiewanychleb.pl/
Stąd dwa kroki, 20 minut do chaty Wojtka. Dwaj handlarze Natan i Franek uhandlowały stówkę na sprzedaży książek z kufra zawiezionego na stację kolejki taczkami. Siedzimy przy palenisku i gdy nad Balnicą powoli zaczyna kończyć się dzień, granicą lasu idzie śpiew… i jest to wilczy śpiew, nawoływanie watahy… Słychać je ledwie kilka minut, idą blisko, lasem tuż za torami, wyraźne i bliskie… Niezapomniane…
Dzień 5, 31 sierpnia, czwartek Komańcza
Generalnie znowu wozimy dupy… Ale najpierw śniadanie i kawa o poranku na końcu świata… Rozmowa z Wojtkiem i po 10:00 ruszamy doliną Balnicy na Maniów, gdzie po około 20 minutach łapania dwie panie z Warszawy zgarniają nas na stopa prosto do Komańczy. Szybkie rozpakowanie na kwaterze i ruszamy na kciuka do Rzepedzi, stamtąd do Turzańska (1,5 km klapkingu + 100 ml żołądkowej).
Cerkiew w Turzańsku wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, dlatego pan przewodnik nie pozwala na robienie zdjęć wewnątrz. Cerkiew prawosławna pw. Św Michała Archanioła wzmiankowana już w I połowie XVI wieku, jednak obecny budynek powstał w latach 1801 – 1803. W cerkwi zachowały się elementy oryginalnego wyposażenia: ikonostas z 1895r, polichromia z przełomu XIX i XX wieku. Dzwonnica przy cerkwi jest najwyższa w tego typu budowlach w całych Karpatach – 21 metrów. Ciekawostką są malowidła na ścianach nawiązujące bardzo blisko do gór, natury i fragmentów wiejskiego życia.
Stąd mamy tylko ulotkę… i kilka zdjęć z zewnątrz...
W drodze powrotnej na Komańczę zatrzymujemy żeglarza na śląskich tablicach a pod klasztorem zupełnie przypadkowo wbijamy okazjonalnie do auta kolejnym wybawcom, którzy pytają, czy w Komańczy oprócz klasztoru coś jeszcze można zobaczyć. Pewnie, że można! To my pokażemy! Tylko czy możemy się zabrać? I kto tu jest majster of logistic?
Najpierw prawosławna cerkiew pw. Opatrzności Matki Boskiej z 1802 (oryginał). W 2007 roku w tym miejscu były tylko zgliszcza spalonej cerkwi i samotna dzwonnica otoczona dzikim murem. Dziś cerkiew jest odbudowana, piękna, dostojna, aż się łza w oku kręci… Można? Można…
Zaraz poniżej jest greckokatolicka cerkiew pod tym samym wezwaniem, murowana. A dalej za mostem… trzeba zajrzeć tradycyjnie z tyłu sklepu…
Wieczorem na kwaterze sympatyczne towarzystwo a później przychodzi na sępa rudy chytrusek…
Dzień 6, 1 września, piątek Bieszczadzka Grażyna
Historia lubi się powtarzać… Dwa lata temu Darek z bąblem do Duszatyńskich w klapkach, dziś czeka to mnie, choć jeszcze o tym nie wiem… Podeszwa z niezniszczalnego od 13 lat Meindla nagle zaczyna udawać krokodyla… A przed nami 2 tygodnie Niskiego. Nie doszliśmy nawet do Prełuk. Trudno, na razie buty lądują w plecaku a ja wskakuję w sandałki. Prawdziwa Grażyna. Po drodze turyści ratują nas kropelką i trytytkami, ale tu potrzebna jest niestety fabryka kropelki… Zawsze to coś, dzięki!
Po zejściu ze szlaku na drogę do Duszatyna podrzuca nas samotny turysta. Klapkujemy przez piękny las do rezerwatu Zwiezło, w którym w górnym jeziorku jacyś skończeni debile urządzili sobie akwen pływacki. To prawda – człowiek ze wsi wyjść może, wieś z człowieka nigdy – nie obrażając wsi… Smutne to, bo miejsce jest przepiękne, ale czemu zawsze znajdzie się buractwo, które musi takie zakątki sprofanować?...
Z uwagi na brak butów i wątpliwą jakość powrotu, nie wychodzimy na Chryszczatą, lecz zwalamy w dół. Krótki postój przy „Duszy Jeziorek”, klapking i kolejne męczenie kciuka, które wychodzi nam na dobre, ponieważ nad przełomem Osławy łapiemy sukę samuraia do Komańczy. A tam z tyłu sklepu bezrobotny lokals Piotruś puszcza muzykę z telefonu (już go znamy) i pije na sępa piwo. Tu się nic nie zmienia w tej kwestii od wczoraj. Egzystencjonalny constans…
Nazbieraliśmy grzybów, więc wieczorem jest co robić. Jeszcze trzeba przygotować kolację. Dziś kawał dzikiego mięcha, czyli filet z ziemniaczkami. Grzyby zapaskudziły pół kuchni, sprzątania jest sporo, ale za to jutro w dziczy będzie grzybowa…
Troszkę niepokoją nas prognozy na ICM… Czyżbyś Wiktor wyruszył z kuchenką w teren?
P.S. Odchodząc z tyłu sklepu słyszę: „Ta to chyba jest jakiś komandos… Ta czapka, dziary i ten plecak taki wielki…” Ómarła żem…
Dzień 7, 2 września, sobota
Bieszczadzkiej komunikacji część dalsza… Godzina z tabliczką i ruszamy do Wisłoka Wielkiego dzięki uprzejmości państwa prowadzącego tu agroturystykę „Przedbieszczady”.
Lokowanie produktu - http://www.przedbieszczady.pl/
Drugie pół zamierzonej do przeskoczenia drogi podrzucają nas „ziomale” z Cięciny z winem Bieszczady na tylnym siedzeniu i uśpionym dzieckiem w foteliku. Docieramy do Woli Niżnej. Tradycyjne piwko pod sklepem i Domem Ludowym, ostatnie zakupy lecimy do Woli Wyżnej. Cel na dziś to Jasiel – rozległa polana, na której istnieje formalne i bezpłatne pole namiotowe.
Od razu czuć ten inny klimat, klimat Beskidu Niskiego… Wysokie góry i tłumne szlaki zostały daleko za nami, teraz jest cisza, aż piszczy w uszach i urocza dolina w Rezerwacie Źródliska Jasiołki. Opuszczony PGR, a dalej jest już tylko coraz bardziej pusto a przy drodze pełnej wyrw i wykrotów pojawiają się przydrożne krzyże i bezkresne pejzaże tak inne niż do tej pory…
Tuż przed zmrokiem docieramy na Jasiel. Przywitanie z Markiem Rosiakiem, rezydującym tu w wiacie rokrocznie, wykładowcą filozofii UŁ. Symboliczny poczęstunek – chleb ze smalcem z borowikami. Są tu też chłopaki z koła łowieckiego i robi się mała impreza. Gotujemy grzybiankę, rozbijamy namiocik i dobranoc…
Dzień 8, 3 września, niedziela Mokry Jasiel
Koło 1 w nocy robi się Armagedon… Bębni, wali w namiot, nie da się spać, powoli i bardzo skutecznie podmoczony i zalany przez dziurawe okno w tropiku… O poranku już pływamy. Krótko mówiąc, „panta rhei”… Nie ma szans na wysuszenie, bo pod wiatki też zacina. Trzeba uciekać w dolinę, choć plan był inny, tym bardziej, że nadarza się okazja, bo myśliwi przyjadą po smalec, może nas zwiozą…? Udaje się. Tak więc w piątkę, dwa wory i trzy flinty, Małecki u mnie na kolanach, suzuki vitara i 7 km bezdroży. Kulamy się aż pod sklep w Posadzie Jaśliskiej. Dzięki chłopaki, uratowaliście nam tyłki! Chcemy im postawić flaszkę, ale Robert stwierdza – nie ma mowy, nie ma sprawy, przecież trzeba sobie pomagać… Piękne jest to podejście człowieka do człowieka tutaj. Właśnie tutaj…
Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki i zmarznięci. Namiot, śpiwory, ciuchy… Jedyne rozwiązanie – schronisko w Jaśliskach. Tam się rozwieszamy w agroturystyce „Zaścianek” u państwa Marii i Stanisława Lorenców.
Idziemy na obiad do baru „Czeremcha”. Jesteśmy w miejscu niemalże kultowym. To przecież tutaj Maciek Stuhr wjechał do knajpy po schodach traktorem w filmie „Wino truskawkowe”. Rozpoznajemy ten przystanek, ten ryneczek, niestety kiosku, w którym Luba sprzedawała pornole już nie ma…
W knajpie pyszne żarcie. Fasolka po bretońsku i żeberko. A ceny zatrzymały się tutaj gdzieś w latach 90. Wieczorem piwko, dosuszanie, dojadanie i tyle na dziś…
30 2017-08-26 13:44:32
Odp: 27.08.2017 niedziela (1 odpowiedzi, napisanych Planowane wycieczki)
Chętnie bym dołączył ale... pomiędzy 27 sierpnia właśnie a 17 września będzie można spotkać Baśkę i mnie gdzieś między Ustrzykami Górnymi a Krynicą Zdrój. Może się komuś poszczęści ![]()
31 2017-07-12 15:31:01
Odp: Bazowanie na Jaworzynie i Mędralowa. (6 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Baza Jaworzyna - dzięki zapamiętam
Zapamiętaj, bo warto
Dla posiadaczy ryjbuka -> https://www.facebook.com/bazajaworzyna/
A do źródełka trafiliście?
Jasne. Ktoś musiał niedawno nocować, bo była wydeptana wyraźna ścieżka do źródełka ![]()
32 2017-07-11 10:08:08
Temat: Bazowanie na Jaworzynie i Mędralowa. (6 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Zaciekawieni relacją Pudelka na forum GóryBezGranic czym jest owa "opuszczona" baza namiotowa pod Jaworzyną postanowiliśmy to sprawdzić organoleptycznie.
Ale od początku. Rozkład jazdy na DA Żywiec jak zwykle dał ciała. Bus zamiast do Korbielowa Krzyżowek wywozi nas do Kamiennej i... koniec trasy. A w rozkładzie stało jak byk Korbielów Krzyżówki - w soboty!!! Mała "rozróba" z kierowcą i chłopina stwierdzając: "Panie, mi płacą za godzinę" zawozi nas na Krzyżówki na końcowy przystanek ![]()
Teraz chcemy się dostać bez znaków na )( Półgórską. Tak to sobie wymyśliliśmy. Są trzy drogi. Którą wybrać? I tu pomocny okazuje się tubylec, który wskazuje nam właściwą ścieżkę. Żeby nie było normalnie zaczyna siąpić. A pod butami mlaszcze błotko (3 godziny wcześniej nad Żywiecczyzną przeszła potężna burza). Burczy jeszcze gdzieś od Pilska. Po chwili przekonujemy się, że idziemy dobrze. Jak mówił tubylec - musimy minąć opuszczony, zawalony dom na tzw. Turniach.
Kawałek wyżej grzyb darkheush spotyka w borowinach kumpla
Gdy wychodzimy w okolicę )( Półgórskiej świat jakby nabierał barw, a ostatnie pomruki burzy milkną daleko za Pilskiem.
Im bliżej wieczoru tym piękniejsze widoki wokoło. Jest nawet Her Majesty ubrana w fajną chmurkową czapeczkę.
W ładnym przedwieczornym świetle podchodzimy pod Jaworzynę uważnie rozglądając się za tajemniczymi znakami mającymi nas doprowadzić do tajemniczej bazy, którą opisywał Pudel. Na szczycie Jaworzyny nagle z lasu słychać potężne ujadanie. Głuchaczki? Rzut oka na GPS - niemożliwe - za daleko.
Po ok. 10 minutach okazuje się, że trafiliśmy zgodnie z planem. Baza Jaworzyna. Choć wstępny plan zakładał nocleg na Głuchaczkach to z uwagi na zbliżające się po raz kolejny złowieszcze chmury, tłumy walące na Głuchaczki, zaproszeni na kawę przez Gospodarzy, decydujemy się na pozostanie na nocleg właśnie tutaj. Okazuje się to doskonałą decyzją ale o tym później.
Co do samej Bazy. Jest ona własnością prywatną Pana Janusza. Stworzona została 3 lata temu z myślą o organizacji obozów harcerskich (Janusz w harcerstwie służy od lat kilkudziesięciu). Baza działa nieprzerwanie w okresie wakacyjnym (my właśnie trafiliśmy na przygotowania pod przyjęcie grupy dzieciaków), a poza sezonem w weekendy od maja do końca września. Można tam nocować jednak należy uszanować to, że priorytetem są dzieciaki. Opłaty nie są pobierane lecz w dobrym guście jest odpracowanie noclegu na rzecz Bazy, bądź wolny datek na jej rozwój. Każdy jest mile widziany. Poza sezonem dostępna jest tylko wiatka kuchenna, palenisko i woda.
Instalujemy się w bazowym namiocie. Potem kawusia w kuchni, piwko i rozgadany z Gospodarzami wieczór. Bazowe psy, czyli owczarek środkowoazjatycki o wdzięcznym imieniu Skaut (jakieś 70 kilo szczeniaka) oraz Tola (jakieś 10% i wagowo i objętościowo Skauta) wesoło rozrabiają. Janusz mówi, że Skaut tak chyba dziś mocno rozrabia bo, tu cytuję: "Nie przyniósł w zębach ze szlaku żadnego turysty"
Wieczór zamienia się w noc rozświetloną pełnią księżyca, w lesie pohukują sowy, lampa naftowa zaczyna przygasać, oczy się same zamykają, cisza aż w uszach dzwoni. Dobranoc.
Zamiast budzika Skaut
Od samego rana przestawia wszystko, co tylko napotka na swojej drodze. Nas idących na śniadanie również. Tola węszy za mięskiem, które mamy na śniadanie.Pakujemy graty. Aż nie chce się stąd odchodzić, taka tu cisza, spokój i świetni bazowi. Aż się wierzyć nie chce, że to dosłownie 50 metrów od szlaku.
Czas pożegnań i ruszamy w trasę. Przynajmniej pogoda rozpieszcza. Nie ma duchoty dnia poprzedniego, od ziemi bije chłód, a na szlaku pusto. Do czasu. Mijamy tabuny wracające z Głuchaczek i cieszymy się, że nie wybraliśmy ich na nocleg.
Krok za krokiem podchodzimy wśród dojrzałych borowin do miejsca, które zaplanowaliśmy na obiad. Mędralowa. Fajnie tu
Z jednym małym wyjątkiem. Co chwila zjawiają się jakieś pierdzikółka. A poza tym jest pięknie i mamy gości na obiedzie.
I nawet przychodzą po dokładkę
Gałgan pilnuje abyśmy pozostawili po sobie porządek, tu posłużę się cytatem.
"Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu, zawsze pomoże o każdej porze, o mój Boże"
Czas troszkę zaczyna gonić. Wpierw wbijamy na "słowackie" oznaczenie szczytu Mędralowej, które najwyższym punktem nie jest. Ale to ich "Slovenský Severný Pól". Różnica 16 metrów.
Potem do krzyżówki z zielonym z pięknym widokiem na Babią...
... i dalej kosząc czosnek niedźwiedzi w stronę Hali Kamińskiego i )( Klekociny.
Upał staje się okrutny i mamy nadzieję na jakieś piwo w Zygmuntówce na Klekocinach. Pamiętacie zapewne jak kiedyś utyskiwałem na Zygmuntówkę. Mówiłem wtedy, że moja noga więcej tam nie postanie. Kłamałem - w tym upale przemożna chęć napicia się zimnego piwa zwyciężyła. Wtedy potraktowano mnie dość opryskliwie. Teraz... Odbiliśmy się z vidraru od drzwi. Zamknięte na głucho. Od Koszarawy Bystrej szło dwóch turystów również z zamiarem wstąpienia do tej "stacji turystycznej" i na wieść, że zamknięte pada takie zdanie. Cytat: "To po c**j on się reklamuje od samego dołu".
W tym wypadku odwrót - kierunek Wełcza, jedyne logiczne rozwiązanie, choć perspektywa dymania ok. 5 km końcówki asfaltem nas trochę przeraża. Jednak uśmiech się do nas los. W Wełczy pierwszy kciuk i gość zawozi nas do Zawoji Centrum. A potem to już luz. Sucha Beskidzka, Żywiec i dom.
33 2017-06-26 18:05:23
Odp: Nowe szlaki w BM (8 odpowiedzi, napisanych Ulubione szlaki Beskidu Małego)
ten niebieski prowadzi z pod hotelu Kiczera
No właśnie, prowadził, kiedyś. Po pierwsze, początkowa kropa szlaku niebieskiego jest w tej chwili przy pętli autobusowej poniżej ośrodka. Prowadzi ul. Krajobrazową w górę po lewej orograficznie stronie potoku. Nie przechodzi przez dawny ośrodek, tylko wyprowadza nad ostatnie zabudowania nad ośrodkiem i ucieka w las. Dalej szeroką traktorówką (ok. 30 min) i jest odbicie w zakosy tym prawdziwym "starym" szlakiem pod koronę zbiornika. Znaki są stare i ledwo czytelne, dostrzegliśmy 3 stare tabliczki autorstwa MK. Jeśli ten "czarny" jest gdzieś wyznakowany, to pozostaje dla nas zagadką, gdzie się zaczyna.
34 2017-06-26 12:18:09
Odp: Nowe szlaki w BM (8 odpowiedzi, napisanych Ulubione szlaki Beskidu Małego)
Szlak Czarny , tzw. "Stary" z Kozubnika na Górę Żar został odtworzony. Jego trasa przebiega po starym „śladzie”, tzn. wędrówkę rozpoczniemy z Kozubnika.
W takim razie szedłem po "starym śladzie" niebieskiego (tabliczki autorstwa MK) i... ani śladu czarnego.
Na Kiczerze, gdzie nocowałem, też nie ma śladu jakiegokolwiek szlaku żółtego.
35 2017-06-26 10:38:43
Odp: Nowe szlaki w BM (8 odpowiedzi, napisanych Ulubione szlaki Beskidu Małego)
A czy aby na pewno te szlaki już zostały wyznakowane? Tak pytam, ponieważ w sobotę szedłem z Kozubnika na Żar i nie znalazłem czarnego szlaku w terenie. Pozostało mi skorzystać z dawnego szlaku niebieskiego.
36 2017-06-09 09:31:00
Odp: Dzień Dziecka na Jasieniu. (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Na filmiku rozpoznałam takiego jednego gościa
kraciasta koszula i jasna czapeczka z daszkiem
Sokoli wzrok ![]()
37 2017-06-08 10:15:59
Odp: Dzień Dziecka na Jasieniu. (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Pięknie tam! I zielono!
No właśnie, zielono. Już to stwierdziliśmy tydzień temu na Wielkiej Raczy (relacji chyba pisał nie będę, bo ile razy można pisać o tej samej pętelce), że zazieleniło się w górach na maksa. Cudna, soczysta zieleń, a jeszcze w połączeniu z lazurem nieba jaki nam ostatnio towarzyszy to jest po prostu bajka
chociaż Wyspowy, właśnie ze względu na te „górskie” wyspy, przy których zdobywaniu, jak piszesz, można „zdechnąć” naprawdę
, trochę mnie zawsze odrzucał na inne pasmo …
Generalnie nie jest tak źle, byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie ten muł na plecach wypakowany na dwa dni. Na lekko to są fajne górki z tym, że wymagające
No i moja znajomość Beskidu Wyspowego ograniczała się w zasadzie do Lubonia Wielkiego i Jasienia właśnie (jeden raz we mgle). Nie miałem pojęcia, że są tam takie śliczne widokowe polany. Ale co to za widoki, skoro wszystko jakieś góry zasłaniają
No cóż… Misie tak mają …(...) vidraru rozumiem, że miałaś na myśli Gałgana …
Gałgana w to nie mieszaj. Był bardzo grzeczny. A ten miś, o którym mowa tak ma... regularnie ponoć zaczyna traktorka o piątej rano
Włoskie konotacje dostrzegam we wszystkich postach Darka. " Maryjka " bez głowy, to Pieta, wzorowana na słynnej Piecie watykańskiej Michała Anioła, z wieloma szczegółami, m.inn. draperie sukni. Jest to figurka zapewne porcelanowa, przyłożona do kawałka drewna.
Popatrz, nawet na to nie zwróciłem uwagi. To faktycznie miniatura Piety. Potwierdzam - porcelanowa, przytwierdzona do kawałka kory.
38 2017-06-07 11:07:58
Temat: Dzień Dziecka na Jasieniu. (8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Relacja sklecona wspólnie z vidraru
Wyruszyło kilka odrębnych ekip - cel mieli ten sam, Polana Skalne pod Jasieniem. Już w Krakowie spotykamy jedną z nich, czyli B&B. W Mszanie do busa dosiadają się Beskidus i Kaśka. Z tymi ostatnimi wysiadamy w Dobrej Skrzyżowanie, a ci pierwsi jadą do centrum. Upał nie do zniesienia, a my drałujemy 3 km asfaltem do Jurkowa.
Tam godzinny postój w karczmie na pierogach i piwku. I to okazuje się być bardzo rozsądną decyzją, gdyż największy skwar przejdziemy lasem. Już na pierwszym podejściu wiemy gdzie jesteśmy. To Wyspowy z tymi swoimi podejściami od których puchną kolana. Muł na plecach nie wykazuje chęci współpracy i nie chce się wynieść sam
Pierwsze widoki na Krzystonów i Kutrzycę, piwko w krzokach, leniwy papierosek, mozolne zdobywanie wysokości i nagle się wypłaszcza. Jak to mówią - cisza przed burzą. Czyli finalnym podejściem na szczyt Królowej Wysp. Nie, to nie jest podejście... to jakaś zemsta górskich duchów.
Ale wszystko co dobre się kiedyś kończy. W sumie nie jesteśmy tu dla przyjemności. Szczytujemy. To moja pierwsza wspólna z vidraru perełka w Koronie.
Kogo tam interesują Tatry... albo jakieś polany...
Rozdzwaniają się telefony, bo już pierwsze ekipy dotarły do szałasu i trzeba ich "zeswatać" telefonicznie. Tymczasem z lasu wyłaniają się B&B i po krótkim odpoczynku ciśniemy dalej już wspólnie. Żegna nas Maryjka, której pomimo upływu lat głowa nie chce odrosnąć
Stumorgowa... I ten widok... I ta cisza... A w zasadzie zero widoków, bo wszystko zasłaniają jakieś góry
foto: vidraru
Ostatnie spojrzenie wstecz, na Królową Wysp. Majestatyczna Mogielica-Piekielnica.
foto: vidraru
Pogaduchy, ciepłe, przedwieczorne słońce, szlak wijący się po polanach i lesie i znów się zaczyno. Mały Krzystonów. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć jak wygląda ten właściwy szczyt. A ten jest jeszcze przed nami. Z pełną odpowiedzialnością użytych słów stwierdzam, że jeśli jeszcze kiedykolwiek wymyślę Wyspowy na ciężko, to ktoś ma mnie soczyście kopnąć w dupę
Nie żartuję!!! Co 50 metrów zwisam ciężko na kijkach z trudem próbując uregulować oddech, a idąca z nami pani doktor (autentyczny lekarz) z troską pyta czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. W porządku tylko zaraz zdechnę ![]()
Przed Kutrzycą dopada nas piękny zachód słońca z Babią Górą i Luboniem Wielkim w tle.
foto: vidraru
Ostatnie metry w górę i spod kapliczki widzimy naszą noclegownię. Ogień się już pali, gięta się smaży i jesteśmy w komplecie.
Wieczór przeciąga się do późnej nocy przy dźwiękach Fasolek wytych do księżyca, obserwacji mknącej po niebie ISS, opowieściach partyzanckich... i cóż... Skoro ma być w klimacie... "Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. Dzieci lubią misie. Misie lubią dzieci."
Oddajmy na chwilę głos vidraru:
"O poranku mój miś chyba mnie nie lubił, bo strasznie chrapał, a słońce już o 7 rano smażyło przez ścianki namiotu. Część ekipy już aktywna, parzymy kawę, smażymy ostatnie kiełbaski, i się smażymy. A zaduch okrutny. Leniwe pakowanie, piosenka wykonana przy akompaniamencie kluczyka od puszki, sprzątanie, grupowa fotka i każdy zmyka w swoją stronę."
foto: vidraru
Schodzimy do Półrzeczek w okropnym zaduchu i dzięki Andrychowiokowi docieramy samochodem aż do Bielska. Tuż przed burzą. I to by w sumie było na tyle. Dzięki wszystkim za świetną zabawę, i towarzystwo, pozytywne szajby, a kto nie był niech żałuje. Do zobaczenia Dzieciaczki
P.S. Dzięki uprzejmości naszego przyjaciela została nam taka pamiątka.
39 2017-06-01 11:42:09
Odp: Niedziela na Policy (12 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Schronisko na Krupowej - ehhhh. Powieszę każdego na suchym smreku, który coś złego o nim powie. Blisko rok temu gospodarz czekał na nas do nocy z wrzątkiem i otwartym bufetem. Aż turysty dojdą. Chapeau bas...
40 2017-05-20 18:54:27
Odp: Z Białego Krzyża do Olszówki (5 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Nie przypominam sobie
Coś było, ale szukajka na forum jest tak toporna, że tego nie wyszperam.
41 2017-05-20 18:29:47
Odp: Z Białego Krzyża do Olszówki (5 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Czy Ty się ogoliłeś … ??? … tak trochu ... ?
Przyciąłem tę moją rudo-siwą szczecinę. Na więcej nie mam pozwolenia
mina mnie zabiła
Co dzień rano boje się zerknąć w lustro. Bo może się dokonać przypowieść o Bazyliszku
Nie znam tego ? Możesz coś więcej napisać ?
Chyba kiedyś dawno maurycy pisał na forum o tym miejscu. Kurczaki, nie mogę znaleźć tematu...
42 2017-05-18 11:17:21
Temat: Z Białego Krzyża do Olszówki (5 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))
Po nadmorskich wojażach i okresie pogodowej kichy w końcu urwaliśmy się z vidraru w góry. Padło na najbliższe okolice, czyli Beskid Śląski.
PKS Bielsko-Biała przerzuca nas na )( Salmopolską. Chwilę czekamy, aż przewali się ten tłum, który z nami jechał. W końcu robi się cicho... i upalnie. Dremy do Chaty Grabowej. Fajne miejsce, tylko zniszczone przez komerchę. Dość powiedzieć, że herbata tam kosztuje 8 peelenów.
Piwko z plecaka, kanapka i znikamy, bo z dołu zaczynają nadciągać tłumy z wózkami dziecięcymi.
Upał, setki much, widoki w pełnym słońcu. Pysk wyschnięty. W końcu Kotarz. I tu niespodzianka. Przy szlaku tabliczka z napisem "Grill-Bar -> 3 min.". No nie odmówimy sobie browarka. Z bzyczeniem stada dzikich os nad głową ![]()
Dobra, czas pomykać dalej, w stronę Karkoszczonki.
Trochę się przyglądam mojej kochance
W końcu Karkoszczonka. Dzikie tłumy. Wrzątku nie kupisz, zapomnij plecakowy wędrowcze. Zostaje do zszamania rozpaćkana od upału konserwa z chlebem. Popita browarkiem. Teraz Golgota czyli podejście na Klimczok. Nachylenie dochodzi do 30%. Wiadro potu, potem kolejne, i kolejne.
Ale chcieliśmy to zobaczyć.
Prawie autostrada do Szyndzielni sprowadza nas w dół i za wyciągiem odbijamy na niebieski do Olszówki. Trza się ubrać, bo wieczór już nie tak ciepły jak cały dzień.
W ten weekend znów uderzamy w te rejony.
43 2017-05-08 17:02:32
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
parę pozwoliłam sobie jeszcze wyciągnąć na światło dzienne.
Akurat z sześciu, które wyciągnęłaś pięć jest autorstwa vidraru
nieogolona gęba
Chętnie bym się ogolił, lecz moja kobita twierdzi, że z tą rudo-siwą szczeciną mi do twarzy ![]()
44 2017-05-06 19:45:28
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
ale żal mi tych więzionych w ZOO zwierzątek bardzo.
Czy ja wiem czy one są więzione??? Niejednokrotnie są to osobniki uratowane od pewnej śmierci, nie są to zwierzęta hodowlane, a ogród zoologiczny służy czasem przetrwaniu rzadkich ras. Zwierzęta mają doskonałe warunki i wykwalifikowanych opiekunów. Weterynarza 24h/d. Tak naprawdę nikt ich nie więzi, żyją sobie w sztucznie, bo sztucznie stworzonym środowisku, ale np. wilk grzywiasty z oliwskiego ZOO kilka lat temu uciekł po niedomknięciu wybiegu i wrócił tak jak my wracamy do domu po pracy. To jest to samo życie, które my prowadzimy.
45 2017-05-06 17:04:33
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
Gdańsk - 2 maja 2017
W trybie nagłym dochodzimy na Plac Solidarności pod Pomnik Poległych Stoczniowców i historyczną Bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej (dawniej im. Lenina).
To tutaj się wszystko zaczęło w Sierpniu.
Tuż obok wybudowano gmach Europejskiego Centrum Solidarności o powierzchni 25 349,75 metrów kwadratowych. Wystawiana jest tam ekspozycja stała, która w przestrzeni sześciu sal przedstawia współczesną historię Polski, powstanie ruchu solidarnościowego oraz jego dziedzictwo. Oprócz wystawy stałej w siedzibie Centrum mieści się m.in. archiwum, biblioteka, mediateka, sala wielofunkcyjna. Na parterze budynku, swobodnie dostępnym, znajdzie się całoroczny ogród oraz księgarnia, sklep z pamiątkami i kawiarnia.
Z niepotwierdzonych źródeł wiemy, że wykończenie fasady to odzyskane i celowo pokryte patyną fragmenty statków morskich.
Teraz czas na starówkę i brzeg Motławy.
Ze słynnym żurawiem.
Wielka Zbrojownia.
Ul. Piwna.
I się kręci
Bez komentarza...
Szybka obiadokolacja w barze mlecznym na ul. Długie Ogrody, lody (pierwsze w tym roku) na ul. Długiej, poszukiwanie przystanku i powrót stodwunastką na Wyspę. I urodzinowy kielonek na zdrowie vidraru
Wyspa Sobieszewska - 3 maja 2017
Bladym świtem przychodzi czas pakowania. Żal i smutek. Trochę łagodzony tym, iż pogoda się zbiesiła. Stoosiemdziesiątkaszóstka przerzuca nas do Gdańska pokonując asfaltowe wyboje pomieszane z dziurami jak po bombach
Kratery Rudnickie. Jak chcecie sobie to zwizualizować to popatrzcie przez lunetę na powierzchnię księżyca w pełni.
Jeszcze tylko pożegnalny browarek na Górze Gradowej...
... i czas zmykać w dół mapy. 6 godzin komfortowej jazdy ekspresem "Sobieski". I tyle. Pozostały wspomnienia, zdjęcia i coś w serduchu mocniej zabiło. Może to wpływ jodu
FIN.
Komplecik zdjęć tutaj - jak ktoś przebrnie przez 300 zdjęć to gratuluję wytrwałości
46 2017-05-06 13:15:51
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
Zbierałam bursztyny na tamtejszej plaży
Też uzbieraliśmy odrobinę. Nawet ze mnie vidraru trochę pokpiwała, że nad morzem nie było mnie 30 lat a znajduję najładniejsze okazy
Wyspa Sobieszewska - 2 maja 2017
6:30 - budzik. Śniadanko z widokiem na Martwą Wisłę, kawusia i wrotki. Stoosiemdzesiątkaszóstka przerzuca nas do Gdańska. Tam tramwajek numer dwa na Oliwę. Przez całą "sypialnię" gdańską. vidraru funduje mi zwiedzenie Wrzeszcza, Zaspy, Przymorza, Żabianki. Cały Gdańsk wzdłuż podziwiany z okien tramwaju
Oliwa. ZOO. Ponoć jest to największy tego typu obiekt w Polsce. Zajmuje 123 hektary powierzchni Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego na Wzgórzach Oliwskich. Nawet nie przypuszczałem, że "spacerek" zajmie nam ponad 4 godziny, a to i tak było trochę pobieżnie bo plan był napięty tego dnia.
Co tu wiele mówić. Warto za 25 peelenów od łeba.
Żyrafy.
Mysz zebrowata.
Surykatka.
Kangur dłubiący w nosie.
Orangutan. I tu dialog zasłyszany przez vidraru:
Pani: E tak siedzi taki smutny i myśli...
Pan: No a te chłopy co u nas na wsi siedzą pod sklepem cały dzień też myślą.. o życiu!
Pani: No ale mogą iść do domu...
Pan: Ady on jest w domu. I siedzi i myśli o życiu.

Pyskująca młoda foka

Wilk grzywiasty.

Najmniejszy lis na świecie - fenek
I przy kolejnym wybiegu spędzamy chyba najwięcej czasu. Słyszałem je kiedyś z bliska w naturze. Teraz mam okazję zobaczyć live.

Wzroku nie idzie oderwać od tych pięknych zwierząt. Ruszamy dalej. Dziki...

Kondor wielki wychodzi z chałupy i... "Co jessssss ku**a?"
Misza
I dupa rysia
Teraz obiadek, piwko i tramwaj nr 12 przerzuca nas pod Bramę Oliwską.
Lecimy w industrial, ale o tym w kolejnej części.
C.D.N.
47 2017-05-05 19:30:12
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
Fajny spacerek
O ile spacerkiem można nazwać ok. 15 km z buta w piaszczystym terenie po nieprzespanej nocy
Wyspa Sobieszewska - 1 maja 2017
8:00 - budzik jest nieubłagany, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota. Stodwunastka sprawnie przerzuca nas do Świbna na Lewy Brzeg. Tam na stopa łapiemy prom
Ostatni raz w Mikoszewie byłem jakieś... 30 lat temu, na koloniach. Absolutnie nie poznaję tego miejsca. Jak i trasy na końcową stacyjkę Żuławskiej Kolei Dojazdowej. Siadamy w trawie i czekamy. W końcu nadciąga.
Do komfortu i szybkości pendolino jej sporo brakuje, jednak po niecałej godzinie jazdy lądujemy w Sztutowie. Plan na dziś Muzeum Stutthof.
Jak każde tego typu miejsce robi mocno przygnębiające wrażenie. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Dla ścisłości - Stutthof to najdłużej działający hitlerowski obóz koncentracyjny na obecnych terenach Polski. Za Wiki:
Brama śmierci.
Komora gazowa i krematorium.
Tzw. "Nowy obóz".
Po wyjściu kierujemy się torami w stronę Sztutowa. Knajpa, jedzonko, piwko. I powrót ŻKD do Śiwbna. Mapka poglądowa.
Gałgan jest przeszczęśliwy
Znów przeprawa promowa na lewy brzeg Wisły, a właściwie Przekopu Wisły. Jest to budowa hydrotechniczna powstała w latach 1891-1895 w celu zmniejszenia zagrożenia powodziowego terenu ujścia Wisły. więcej informacji w Wiki
Teraz co??? Wracać autobusem do Sobieszewa??? Nieeeeeeeeee!!!!!! Spacerek przez Komary i Orle. Zaś ze 12 km z buta w piaszczystym terenie, jednak zachód słońca na plaży w Komarach wynagradza wszystko. Nawet ten urywający łeb wiatr od morza nie przeszkadza. I te wydmowe, sosnowe lasy... Bajka...
I po ćmoku na kwaterę. Kolacyjka i nynu. I mapka poglądowa:
C.D.N.
48 2017-05-04 20:02:20
Odp: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
Ta mapka się niestety nie wyświetla, a chcę zobaczyć !
Już poprawiłem. Powinno być OK. ![]()
49 2017-05-04 18:35:32
Temat: Gdańska majówka (14 odpowiedzi, napisanych Wyprawy pozagórskie)
Stało się coś strasznego. Coś, czego nie przewidzieli najbardziej wiekowi górale beskidzcy i szamani w dorzeczu Amazonki. Powiem więcej, ostatni taki cud zdarzył się w Kanie Galilejskiej, kiedy to Chrystus zamienił wodę w wino...
darkheush pojechał nad morze
Nie śmiać się proszę
Bielsko-Biała - 29 kwietnia 2017
22:26. Rusza. Powoli i wytrwale ciągnie mnie w górę mapy. "Pogoria" do najszybszych nie należy, więc kolejne 9 godzin będę zdany na średnio wygodne siedzenie/leżenie/kimanie/kontemplowanie widoków za oknem (głównie ciemności).
Gdańsk Głowny - 30 kwietnia 2017
7:35. Słoneczko. Stodwunastka na Wyspę Sobieszewską i kwaterujemy się. Szybki przepak i ruszamy na ścieżki wyspy. Do rezerwatu "Ptasi Raj". A jest co oglądać. Za Wikipedią...
Rezerwat przyrody Ptasi Raj – ptasi rezerwat przyrody na gdańskiej Wyspie Sobieszewskiej (utworzony w 1959 r., o powierzchni 198 ha), przy ujściu Wisły Śmiałej do Zatoki Gdańskiej. W skład rezerwatu wchodzi kilka większych i mniejszych zbiorników wodnych w tym dwa jeziora Jezioro Ptasi Raj i Jezioro Karaś oraz okoliczne łąki i lasy. Obszar ten został objęty częściową ochroną już w roku 1916. Prowadzona wówczas gospodarka pastwiskowa sprzyjała utrzymaniu siedlisk dla ptaków siewkowatych. W l. 30. XX wieku rejon ujścia Wisły Śmiałej był jedynym znanym lęgowiskiem m.in. rybitwy czubatej. W l. 60. i 70. w szuwarach porastających północny, bagnisty brzeg Jeziora Ptasi Raj istniało duże noclegowisko szpaków, na którym stwierdzono ponad 50000 ptaków. Obecnie zostały one zastąpione przez kaczki (krzyżówka, ogorzałka, gągoł, czernica). Bytuje tu łabędź niemy (do 200 osobników) oraz łabędź krzykliwy (ok. 100).
Ochronie rezerwatu podlegają ptaki błotne i wodne. Ptasi Raj jest punktem odpoczynku ptaków podczas przelotów migracyjnych, m.in. gęsi białoczelnych i gęsi zbożowych,m które na terenie rezerwatu nocują, a dniami żerują na żuławskich polach. Na obszarze rezerwatu można spotkać ponad 200 gatunków ptaków, szczególnie przelotnych, drobnych ptaków śpiewających i dużych ptaków wodnych oraz błotnych (w tym, w latach 1996-2001 gniazdowanie 32 gatunków wodno-błotnych, m.in. perkozek, zausznik, bąk, gęgawa, ohar, cyraneczka, nurogęś, błotniak stawowy, zielonka, kropiatka, wodnik, żuraw, ostrygojad, sieweczka obrożna, sieweczka rzeczna, samotnik, słonka, rybitwa rzeczna, rybitwa białoczelna i podróżniczek). W 1997 roku odnotowano tu wyjątkowy pierwszy w Polsce lęg edredona. Najważniejszą przyczyną spadku - niegdyś znacznie wyższych - walorów ornitologicznych rezerwatu, było zaprzestanie wypasu bydła i w konsekwencji zarośnięcie szuwarami łąk słonolubnych, a następnie zalesienie ich sztucznie posadzoną olszą (mimo istnienia rezerwatu). W pierwszej połowie XX wieku gniazdowały tu m.in. biegus zmienny, batalion, łęczak, krwawodziób i rycyk. Obecnie brak jest w rezerwacie siedlisk dla lęgów tych gatunków.
Wśród flory dominuje tu szuwar trzcinowy z dominującą trzciną pospolitą oraz typowy dla wydmy białej zespół trawiasty Elymo-Ammophiletum. Występują gatunki słonolubne: mlecznik nadmorski, sit Gerarda, aster solny, sporek solny, babka wintera, centuria nadobna i - u nasady grobli - róża pomarszczona.
Najbliższe miejscowości to Sobieszewo i Górki Wschodnie (dojazd do rezerwatu autobusami komunikacji miejskiej z Gdańska, do pętli w Górkach Wschodnich). Rezerwat jest udostępniony do zwiedzania za pomocą ścieżki przyrodniczo-dydaktycznej, przewidzianej w planie ochrony rezerwatu od 1995, powstałej w l. 1999-2003 i wyposażonej w końcu 2004 w dwie wieże obserwacyjne, które uroczyście udostępniono do zwiedzania w kwietniu 2005.
Jezioro Karaś.
Jezioro Ptasi Raj.
Potem spacerek plażą aż po Groblę. Niestety już zamkniętą dla ruchu turystycznego. A taką mieliśmy ochotę na zrobienie pętelki.
Za to Gałgan się cieszy wspinając się na każdy występek plaży
Powrót tą samą drogą i spóźniony obiadek w Górkach Wschodnich. I do domciu. I nynu.
Skromna mapka poglądowa...
C.D.N.
50 2017-04-24 08:51:02
Odp: Z Nurtem Życia - premiera filmu (10 odpowiedzi, napisanych Wydarzenia w Beskidzie Małym)
52 minuty poezji. Wielki ekran, dolby surround, świetne zdjęcia i masa ciekawych informacji. Do tego wszystkiego kojący głos Pani Krystyny Czubówny. Z resztą nie wyobrażam sobie, że mógłby to czytać ktoś inny. Najlepiej zainwestowane ostatnio 30 peelen ![]()