sprocket73 masz na myśli szlak zielony na Gancarz?
TAK
Nie jesteś zalogowany. Proszę się zalogować lub zarejestrować.
Forum Beskidu Małego » Posty przez sprocket73
sprocket73 masz na myśli szlak zielony na Gancarz?
TAK
A zamek to chyba w Dzięgielowie?
Tak ![]()
Zielonych wycieczek ciąg dalszy.
Tym razem padło na Beskid Mały, gdzie miało być ładnie cały dzień i bez burz. Sprawdziło się.
Rozpoczęliśmy niebieskim szlakiem z Lipnika (dzielnica B-B).
BM wygląda od tej strony ciekawie i groźnie.
Niektóre kamienie przypominają kształtem znaną postać.
Bielsko z góry - duże miasto.
Bielsko z dołu - bardziej kameralnie.
Wyszliśmy na sam szczyt Łysej Góry. Myślałem, że będą tylko krzaki, a tu całkiem ładna droga, trawa, spokój.
Potem w stronę Magurki odniosłem subiektywne wrażenie, że ludzi jest jakby więcej. A moze to tylko złudzenie.
Stwierdziłem, że bardzo widokowa droga pomiędzy Magurką i Czuplem zarasta i nie jest już tak widokowa jak kiedyś. Doszliśmy na Czupel, który też zarasta.
Powrót na Magurkę, gdzie ogólnie jest sielanka na trawie.
Wycofujemy się przez Gaiki do auta.
Miło było ![]()
No to strzelam.
Szlak zielony pomiędzy skrzyżowaniem Panienka, a Przełęczą Sośnica.
Może coś podpowiesz? Droga wygląda na nową. Ja jej nie kojarzę.
Brawo Darku, wreszcie ![]()
p.s.
Temat tak abstrakcyjny, że myślałem, ze to jakiś spambot ![]()
Chciałem jechać w Gorce, ale kolega Sokół proponował niezbyt dobrze mi znany skraj Beskidu Śląskiego zwany Pogórzem Cieszyńskim. Fajne tereny, również na rower. Sporo odkrytych przestrzeni. Zaczęliśmy wędrówkę od asfaltu, ale całkiem przyjemnego.
Sokół miał swoją wizję trasy. Byłem nawet zadowolony, że nie muszę kombinować jak iść, tylko mnie komfortowo poprowadzą. Szybko znaleźliśmy się w Czarnej Dupie. Zwróćcie uwagę na technikę Sokoła - odgapił od Tobiego poruszanie się na 4 łapach ![]()
Przyznaję, zamek to był mój pomysł. Myślałem, że będzie coś w stylu zamków Jurajskich... a tu takie coś.
Wróciliśmy szybko w las pełny majowej zieleni.
I na otwarte przestrzenie.
I na piwo - Sokół bezbłędnie poprowadził.
Potem pijani, z psem luźno biegającym, przez teren prywatny, przez serce ścisłego rezerwatu - Zadni Gaj.
Dom - eko.
Bezszlakowo na Tuł.
Deptać czosnek niedźwiedzi.
Widoczki podziwiać.
Małą Czantorię zdobywać.
Wielką odpuściliśmy. Dzisiaj nie był dzień gór wysokich, a Wielka to już prawie 1000 metrów. Podziwialiśmy z daleka.
Wymyśliłem za to fajny wariant zejścia - przez Gronik, bez szlaku.
Potem, jeszcze trochę widokowych pagórków na dole.
Miałem skojarzenia z Beskidem Niskim.
Końcówka wyszła bez błądzenia i całkiem odludnymi ścieżkami.
Bardzo miły dzień.
Dzięki Sokół za pomysł i towarzystwo ![]()
Dusiołek nr 4 w moim wykonaniu.
Patrzyłem na prognozę codziennie i codziennie przepowiadali inne warunki w sobotę. Najpierw miało być zachmurzenie całkowite i ciągły deszcz, potem umiarkowane i przelotne opady, a potem rozpogodzenia i burze.
Z kumplem zmówiliśmy się 3 dni wcześniej, że podchodzimy do tematu na sportowo: stroje biegowe, brak alkoholu na trasie, brak sprzętu foto. Miało być nas 3 w miarę dzielnych facetów. Kupiłem sobie z tej okazji plecak do biegania z bukłakiem. W czwartek, 2 dni przed imprezą zrobiłem dyszkę w nowych butach trialowych, które planowałem zabrać. Na próbie buty spisały się dobrze, gorzej ze mną - jakiś dziwnie słaby czas osiągnąłem, przy dość wysokim tętnie, a po biegu byłem bardziej zmęczony niż można się było spodziewać. W piątek rano obudziłem się z bólem gardła i posmakiem ropy w ustach. W pracy miałem chyba gorączkę, głowa mnie bolała, czacha paliła. Zastanawiałem się nad rezygnacją. Po południu poczułem się lepiej. Stwierdziłem, że przebiegnę kontrolnie 5 km - niech się choroba decyduje, czy ma się nasilić, czy ustąpić.
Wieczorem kumpel przesłał mi mapkę trasy i powiedział, że będzie z nami jeszcze jeden koleś, bardzo dobry, nie do zajechania. Odnośnie trasy w tym roku wymyślili, że najdalszym punktem będą Myślenice. Ciekawie to wyglądało, bo tereny nietypowe jak na Dusiołka, zwykle było kółko dookoła Wiśniowej. Trasa mi się podobała. Prognozy się poprawiły. Miało być przez pół dnia słonecznie, a potem zachmurzenie, ale bez opadów. Stwierdziłem, że chyba jednak pojadę, najwyżej jak nie dam rady, to odłączę się od grupy i nie będę się spinał. Postanowiłem jednak wziąć aparat, to już chyba nałóg.
Rano czułem się lepiej niż się spodziewałem, w zasadzie całkiem dobrze, co mnie ucieszyło. Nie wiem czy to cudowne ozdrowienie, czy kwestia mobilizacji psychicznej. Na miejscu poinformowałem ekipę, że coś mnie bierze i że najwyżej się odłączę. Dusiołek się rozpoczął. Ponad 200 uczestników. Zaczęło się od płaskich asfaltów.
A potem najbardziej strome i najdłuższe podejście na Lubomir. Na którym okazało się, że nasz nowy kolega jednak nie jest taki dobry. Czekaliśmy na niego 5 minut w połowie i potem jeszcze 10 na szczycie. Ja ku własnemu zaskoczeniu na podejściu byłem najmocniejszy.
Na Lubomirze nowy kolega powiedział, żebyśmy na niego nie czekali. Ruszyliśmy więc lekkim truchtem i udało się go utrzymać praktycznie cały czas, przez kilkanaście kilometrów, do samych Myślenic.
Dziwnie się biega takie długie dystanse z aparatem, półtorakilową lustrzanką, ale jak to mam w zwyczaju dokumentowałem wszystko.
W Myślenicach, w połowie trasy byliśmy bardzo zadowoleni z siebie. Udało się przesunąć sporo do przodu, na 32 miejsce. Na Lubomirze byliśmy ok 50-go. Zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek i standardowy poczęstunek Indianki, czyli kielon wiśniówki, kielon alkoholu bez znaków akcyzy po porozumiewawczym mrugnięciu. Dodatkowo była jeszcze możliwość wypicia piwka stawianego przez organizatorów, z czego skorzystałem.
Ruszyliśmy dalej. Długie łagodne podejście, piękna pogoda. Niestety moi współtowarzysze zaczęli zostawać z tyłu. Szedłem "wolno", robiłem zdjęcia, a i tak czekałem na nich 5 minut na punkcie, straciliśmy 2 pozycje. Wygłosiłem mowę motywacyjną, mieliśmy jeszcze powalczyć.
Potem trasa robiła się bardziej wymagająca pod względem orientacji. Robiliśmy skróty licząc, że w ten sposób kogoś wyprzedzimy. Niestety kolega Jacek zaczął regularnie zostawać w tyle i zdaliśmy sobie sprawę, że będzie ciężko utrzymać miejsce.
Jak to zwykle bywa, nie wszystkie skróty były najszybsze, ale ogólnie nie mieliśmy nawigacyjnych problemów ![]()
Potem się niestety trochę zgubiliśmy - z 10 minut w plecy jak nic, tylko dlatego, że jednogłośnie uznaliśmy, ze dziewczyna przed nami poszła źle, bo to dziewczyna. Szowinizm został ukarany natychmiast.
Na ostatnim płaskim odcinku stało się coś dziwnego. Nagle i bez ostrzeżenia zacząłem czuć silny ból we wszystkich mięśniach nóg i w dolnych mięśniach brzucha. Nie było szans, żeby choć trochę podbiec. Pierwszy raz mnie coś takiego spotkało. Traciłem dystans do kolegi, choć bardzo chciałem dotrzymać mu kroku. Uratował mnie Jacek, który już dogorywał w tyle, a że do mety były 3 km, to postanowiliśmy ukończyć wspólnie.
Finiszowaliśmy na pozycjach 38-40 z czasem 6:32, wyszło 36,6 km. Sam nie wiem co o tym myśleć, mam mieszane uczucia. Rok temu mieliśmy czas 7:41, wiec teraz znacznie lepiej, ale trasa byłe jednak prostsza, na pewno bardziej płaska 1500 metrów przewyższeń, o 300 metrów mniej niż w zeszłym roku. Rok temu byliśmy o 10 miejsc wyżej, ale na pewno miało to związek z tym, że teraz była jedna trasa dla wszystkich, a rok temu były dwie 35 i 50 km. Mocniejsi robili 50-tkę, więc mieliśmy lepsze miejsce ale w słabszej grupie.
Jaki wpływ na wynik miała choroba? Czy w ogóle byłem chory? Nie czułem tego na trasie. Start miał mi dać odpowiedź na pytanie, czy jestem mocny, czy stary... i nie wiem. Poza tym co to była za niemoc na końcówce? Podczas normalnego chodzenia po górach nigdy czegoś takiego nie miałem. Wystarczyło godzinkę odpocząć na mecie i całkowicie przeszło. Dzisiaj pojawiły się normalne zakwasy jak zawsze na drugi dzień po dużym wysiłku.
Na mecie wzięliśmy prysznic, zmieniliśmy ciuchy, zjedliśmy obiad (jak zawsze najlepszy na świecie schabowy z kapustą) i zrobiliśmy flaszkę domowej wiśniówki. 2 godziny po nas zafiniszował kolega, którego zostawiliśmy na Lubomirze (85 miejsce). To był jego pierwszy Dusiołek i był bardzo zadowolony. Powiedział, że za rok będzie na pewno i poćwiczy, żeby być w lepszej formie (zobaczymy). Potem na spokojnie ognisko, kiełbaski, dyplomy... krążąca wiśniówka od organizatorów i lokalne browary, ale już nie piłem, bo jestem odpowiedzialnym kierowcą. Ciągle finiszowali maruderzy, wszyscy witali ich brawami. Gitara i śpiewy. Fajnie.
Na koniec tradycyjnie odwiedziłem Strzępka. Ma się dobrze. To już prawie 5 lat.
Znowu Jura. Pojechałbym już chętnie w góry, ale prognozy były niepewne. Dzień okazał się całkiem udany. Kręciliśmy się w okolicy miejscowości: Żelazko, Ryczów, Ogrodzieniec.
Prognozy pogody szaleją. We wtorek zapowiadają ładny czwartek i średnią środę.
Wstaję w środę, patrzę, lampa. Patrze na satelitę - lampa. No to zamiast się lenić, trzeba gdzieś jechać ![]()
Jedziemy do Racławic i zastajemy tam majową soczystą zieleń - wszystko się zgadza, jest przecież 1 maj ![]()
Koło szkoły jest plac zabaw. Ale jaki fajny - edukacyjny. Dużo różnych stanowisk, np. wydające dźwięki, rower wytwarzający energię i kręcący wiatraczkiem jak się szybko pedałuje, duży trójwymiarowy globus oraz najfajniejsze stanowisko astronomiczne - na sklepieniu konstelacje.
Potem wyszliśmy na Powroźnikową. Tu jej nietypowe, ale jedno z moich ulubionych ujęć.
Polami w stronę jaskini Racławickiej.
Kiedyś już szukaliśmy tej jaskini, ale nie udało się. Teraz się udało. Podobno jest duża i głęboka. Wszedłem tylko trochę, mając w pamięci to co wyczytałem w necie, że po tym jak się jakiś chłopaczek zabił, to wejście zabezpieczono kratą.
Pole golfowe w Paczółtowicach. Bardzo tam ładnie, szczególnie wiosną. Golf to rozrywka ludzi bogatych. Z powodu wolnego dnia i pięknej pogody kręciło ich się sporo, wszyscy ubrani w specjalne golfowe stroje, bez napinki, na spokojnie odbijali sobie te piłeczki. Ludzie bogaci są mili i uśmiechnięci, doceniają ładnego psa, mówią "dzień dobry".
W lesie pięknie zielono, już tak na całego.
Jaskinia Gorenicka. Jedna z moich ulubionych. Zupełnie na dziko można sporo pochodzić, nie będąc specjalistą jaskiniowym.
Zdjęcie z cyklu gdzie jest Tobi.
Kwitnąca dzika jabłoń.
Biały narcyz. Pierwszy raz widziałem na dziko, całkiem spore skupisko.
Powroźnikowa wyłania się zza krzywizny ziemskiej ![]()
Powroźnikowa w całej okazałości - kadr klasyczny.
Okazało się, że 1 maja pogoda super, czego nie umieli przewidzieć dzień wcześniej.
Dzisiaj miał być ten najładniejszy dzień, ale na razie chmury. A ja siedzę w pracy - sam w wielkim pokoju, w którym normalnie jest 7 osób ![]()
Zgadza się ![]()
Kapliczka jest pomiędzy chatką na Gibasach, a Gibasów Groniem, w dole w lesie gdzie szlak skręca pod kątem prostym.
213 - sprocket73
170,5 - kisiel
82,5 - Cyberniok
79,5 - nena
78,5 - jolanta
74 - Gustek
65 - Eugeniusz Kępiński
52 - MF
43,5 - baca
28,5 - Darek Tlałka
22 - darkheush
19,5 - MK, łysy z łysiny
19 - Tomrod, tomkos
17,5 - rufi, Bisqp
18 – Karo
12,5 - harnaś wołoski, mały pikuś
11,5 - 740715
10 - bcFan
8,5 - Staszek
7 - teksanski
6,5 - Miluś, lowell79, Klimek
5,5 - Skorpion
5 - Macieks, pbsk
4,5 - marekk500
4 - kruwad, cwiartka11
3,5 - jardo
2,5 - wizjoner, kris_61
pytanie z cyklu, gdzie jest ta kapliczka?
Podobno od jutra pogoda ma się popsuć. Zrobiłem sobie więc ponownie wolny piątek i mocno zastanawiałem się, gdzie pojechać. Chciałem dużo zielonego, żadnego śniegu, coś lekkiego i najlepiej nowego, do tego nie za daleko. Latałem na GoogleEarth, przeglądałem mapy i w końcu wymyśliłem Dolinę Dłubni na Jurze. Zacząłem w Imbramowicach koło klasztoru.
Od początku idę wzdłuż rzeki lekko chaszczując. Doliną Dłubni wiedzie niebieski szlak, ale w tej części idzie 100 m od rzeki asfaltową drogą, więc bez sensu.
Przyroda budzi się do życia.
Jest sucho i gorąco jak w lecie. Badam dolinę dokładnie, włażę w odnogi, zdobywam skałki. Wszystko jest tu dla mnie nowe.
Rzeczka robi się coraz mniejsza. Wszędzie widać aktywność bobrów.
Spiętrzona woda tworzy zalewiska.
Niektóre tamy są małe, inne wielkie.
Niesamowite są efekty bobrzej działalności.
W drodze powrotnej idę przez Wąwóz Ostryszni. To jest taka zwykłe jurajska dolina, z lasem i skałkami po bokach. Niestety zachmurzyło się.
Tobi się dzisiaj mocno zmęczył, pierwszy upalny dzień. A mnie przypiekło ramiona i karczek.
To jest na Przełęczy Przegibek przy niebieskim szlaku.
Szlak niebieski biegnie sobie od BB Lipnik, przez Magurkę, Czupel, do Przełęczy Przysłop Cisowy.
Gorce mają coś w sobie zdecydowanie. Wcześniej myślałem, że to kwestia parku narodowego, ale nie do końca. Kultura pasterska była tu zdecydowanie bardziej rozwinięta niż w Małym, czy Żywieckim, o Śląskim już nie wspominając. Bacówek w Gorcach jest od groma i polan również.
Coraz zieleniej z dnia na dzień ![]()
Zdjęcie z cyklu: gdzie jest Tobi ![]()
Kilometrów nie za wiele... ze 20 ledwie ![]()
Zacząłem w Rzekach na dużym płatnym (ale bezpłatnym) parkingu w Dolinie Kamienicy. Byłem tam nieco wcześniej niż planowałem, bo Tobi wyczuwając porządną wycieczkę próbował przyspieszyć wyjazd budząc mnie w środku nocy.
Na początek miałem ciekawe założenie, aby pójść bez szlaku wzdłuż potoku Spaleniec i dojść do niebieskiego szlaku na Gorc. Odległościowo to duży skrót, no i od razu atrakcja na dzień dobry. Na mapie była zaznaczona nawet droga/ścieżka, która powinna mnie poprowadzić wzdłuż granicy GPN. Na dole zaczęło się od wąskiej drogi trochę zawalonej wiatrołomami. Potem dróg było dużo różnych, w tym niektóre bardzo szerokie. Zauważyłem, że towarzyszą mi znaki zielonego trójkąta (widać na zdjęciu). Postanowiłem iść wg nich. Oznaczenia są bardzo porządne (lepsze niż większość szlaków). A pod koniec, jak była już tylko plątanina wąskich ścieżek, zaprowadziły mnie idealnie do celu.
Na Świnkówce siedziałem pół godziny. Piękne miejsce. Tatry dobrze widoczne. Ciepło.
Potem tempo mojego marszu spowalniały przebiśniegi.
Fajna miejscówka na zdjęcia. Trzeba mieć tylko ładnego psa ![]()
Chatka na polanie Gorc Kamienicki.
Chatka jest otwarta. Na drzwiach informacja, że można korzystać i prośba o pozostawienie porządku.
Przestrzegania zasad pilnuje słowiańskie bóstwo.
Idziemy w stronę Gorca.
Wolno nam to idzie. Widoki spowalniają.
W stronę Turbacza i Kudłonia.
Przed Gorcem jest kolejna chatka.
Tabliczka "teren prywatny" nie zaprasza, ale mimo to oglądam. Jest otwarta.
Jest nowsza, porządniejsza. Ma fajne, jeszcze puste pięterko.
Tej chatki pilnują: Jezus, Matka Boska, Anioł. Czyli mocna ekipa, z którą lepiej nie zadzierać.
Gorc (1228). Atak szczytowy na wieżę.
To mój pierwszy kontakt z jedną z tych nowych wypasionych wież fundowanych przez gminę Ochotnica Dolna. Zupełnie co innego niż te stare wieże np. na Radziejowej lub Mogielicy. Solidna robota.
Stąd przyszedłem.
Widok w stronę Turbacza i Kudłonia.
Pośrodku w lesie widać polankę - to Ustępne, inaczej zwane Gorcowym Okiem. Chciałbym tam pójść na koniec.
W stronę Tatr widoczność bardzo się popsuła.
Natomiast co do wieży, moją uwagę zwróciły dość mocno zniszczone schody, a przecież wieża jest nowa. Po chwili zrozumiałem - niektórzy wychodzą tu w rakach.
Z Gorca schodzę bez szlaku na południową stronę, na Mraźnicę. Fajne widokowe miejsce.
Potem drogą idę do zielonego szlaku schodzącego do Ochotnicy. Tzn. nie idę... przedzieram się. Znowu wiatrołomy.
Wkraczam na Hale Podgorcowe. Są to tereny dla mnie nowe i bardzo mi się podobają.
Krokusy!!!
Można powiedzieć dywany krokusów.
Idę dalej i napotykam kolejną chatkę.
Nikt jej nie pilnuje, więc musi być zamknięta na klucz. Na tabliczce jest informacja, że można sobie ją wynająć.
Wędruję dalej zielonym szlakiem. Porzucam go w rejonie Jaworzynki Gorcowskiej i idę grzbietem opadającym w stronę Jamnego. Miałem iść prawie do końca, ale w pewnym momencie zobaczyłem taki ładny widoczek i uznałem, że tędy chcę schodzić w dolinę.
Trafiłem prawie idealnie na żółty szlak idący do Gorczańskiej Chaty.
Ładna ona jest z zewnątrz.
Pilnuje jej dzierżawca. Jak mnie zobaczył, zszedł do mnie i opowiadał o remontach, rozbudowie i udoskonaleniach. Największym udoskonaleniem będzie sprzedaż piwa po 6 zł. Pokazał mi też całe wnętrze. Bardzo miły dzierżawca.
Poszedłem dalej. Żółtym szlakiem na Przysłop Dolny.
Widok na Gorc.
To był chyba najbardziej malowniczy fragment trasy. Gorce są przepiękne. W częściach położonych poza GPN jest taki sam gorczański klimat - polany, bacówki.
W końcu trochę zmęczony docieram na Przysłop.
Siadam na ławce i patrzę przed siebie.
Na Tatry - rejon Łomnicy i Lodowego.
Oczywiście wspominam sobie jak Tobi był na Lodowej Kopie.
W dalszej kolejności czeka mnie wędrówka kawałek grzbietem w stronę Gorca. I tu zonk - poruszanie się jest bardzo uciążliwe z powodu wiatrołomów i śniegu. I to nie są dwa drzewa, tak jest praktycznie cały czas. Nosz kurwa, myślę sobie znowu dupaka.
A miało być tak pięknie. Romantyczna polanka - Ustępne (poniżej zbliżenie wykonane parę godzin wcześniej z wieży na Gorcu), zaczęła się robić niepewna.
Byłem tak wypruty przedzieraniem się, że chciałem odpuścić już Ustępne. Tym bardziej, że wydawało mi się, że przeszedłem już miejsce, w którym należało porzucić szlak i zacząć schodzić w dół. Jednak w pewnym momencie zorientowałem się, że jestem dokładnie we właściwym miejscu, bo na prawo odchodzą czarne znaki do bazy namiotowej SKPG Kraków. Gdzieś tu powinna być zaznaczona na mapie ścieżka, którą mógłbym iść do mojej polanki. Ale nie ma. Nie ma najmniejszego śladu ścieżki, za to jest skrajnie trudny chaszczing. Ze zmęczenia musiało mi już paść na mózg, bo mimo to poszedłem. Ależ to był chaszczing. Śnieg, wiatrołomy, stare powalone drzewa. Jakieś urwisko, co górą się nie dało, a jak zacząłem próbować schodzić w dół to się zsunąłem. I nagle, taka mała polanka przebiśniegów. Piękna była. Kilka metrów kwadratowych czystego terenu, w sam raz, żeby się tu położyć i umrzeć.
Nie poddałem się. Choć były chwile zwątpienia. Trochę się też chyba zgubiłem. Ale się wróciłem i się chyba znalazłem (może czasem przydałby się GPS, choć byłoby wtedy nudno).
Kiedy już moim pragnieniem było po prostu gdziekolwiek dojść i przeżyć. Otworzyło się przede mną Ustępne w całej okazałości.
Białe krokusy. Pierwszy raz w tym roku.
Widok wstecz, w stronę Gorca. Cienie drzew długie. Za chwilę wszystko pogrąży się w mroku. Dobrze, że mnie Tobi obudził rano, bo akurat idealnie przydała się ta godzinka.
Zejście z Ustępnego poszło dla odmiany gładko. Trafiłem na idealną ścieżkę, która sprowadziła mnie na sam dół. Tak to w górach bywa, czasem trafi się gorzej niż człek spodziewa, a czasem się poszczęści.
Zdecydowanie częściej muszę jeździć w Gorce! ![]()
p.s.
Dzisiaj rano jak wstałem z łóżka, tak mnie wszystko bolało, że dojść do kibla nie mogłem. Dawno nie byłem taki zmarnowany po wycieczce.
Wiosna!
Ciepło, słonecznie... w lasach się zazieleniło.
Tobi oczywiście wszędzie włazi.
Cwaniak wie, że takie ceglane sklepienie jest bardzo wytrzymałe i na pewno nie zawali się pod ciężarem małego pieska.
A to wygląda jak jakaś turnia niedostępna.
Już jesteśmy na górze. W dole widać nasz cień. Miałem trochę watę w nogach. Nie podszedłbym tak blisko krawędzi jak Tobi.
Zielono nad strumykiem.
Z pół roku nie widziałem świeżej zieleni.
W polach również wszystko budzi się do życia.
Wiosna na całego!!!
Przynajmniej w okolicach Czernej w Dolinkach Podkrakowskich.
Czyli mówicie strzelamy? ![]()
Znając Cybernioka, to pewnie Brzezinka Górna ![]()
Działy Orawskie to małe płaskie górki, wchodzące w skład Beskidu Żywieckiego, zlokalizowane pomiędzy Babią Górą i Tatrami. Nigdy tam nie byłem i nawet nie chciałem być, bo teren z mapy wygląda nieciekawie. Do tej pory nie spotkałem się z relacją z tych rejonów, aż do ostatniej niedzieli, kiedy to wpadłem na parę bardzo zachęcających fotek magisa i pojawił się mojej głowie plan, że trzeba tam pojechać. Czasem taki plan dojrzewa latami i czeka grzecznie na realizację. Ten dla odmiany czekał zaledwie kilka dni ![]()
Podjechaliśmy na Przełęcz Bory Orawskie (709), ale nie tą pod Pilskiem, tylko przy drodze z Rabki do przejścia granicznego w Chyżnem i ruszyliśmy bez szlaku, a nawet bez jakiejkolwiek drogi w dół w kierunku miejscowości Podwilk. Nietypowe klimaty jak na Beskidy - puste rozległe przestrzenie.
Następnie zaczęliśmy podejście na pierwszą górę tego dnia - Kuligowa (756). Babia Góra zawsze wygląda majestatycznie. Oto widoki na jej południowe zbocza, a z lewej czai się Pilsko.
Zupełnie przypadkowo trafiliśmy na miejscową atrakcję - cmentarz żydowski. Prawie byśmy go nie zauważyli, na szczęście zwróciliśmy uwagę na tą tablicę.
Cmentarz jest całkowicie zarośnięty i zaniedbany. Ogrodzenie się rozpadło. Główna ścieżka wgłąb wygląda tak.
Przez to wszystko, miejsce ma niepowtarzalny klimat.
Zresztą ogólnie cała okolica ma swój klimat. Dość mocno rzucają się w oczy kapliczki, które przyjmują różne formy. Ta wygląda całkiem normalnie.
Ale zastanawiał nas napis pod krzyżem. Trudno go rozszyfrować, jakby zrobiła go osoba mająca trudności w pisaniu. Z drugiej strony kapliczka wygląda na współczesną. Dziwne.
Jeszcze dziwniejsza jest kapliczka na szczycie Kuligowej. Taki "brzydki" domek.
Furtka i drzwi do środka otwarte. Wystrój trochę kicz i tandeta, ale sporo trudu kosztowało zrobienie tego wszystkiego i utrzymanie w takim stanie.
I taka kartka. Można powiedzieć dowód żywej prostej wiary. W dzisiejszym świecie rzadkość.
Z Kuligowej zeszliśmy do miejscowości Orawka i rozpoczęliśmy podejście na kolejna górę - Kuligowa (753). Trochę się można pogubić w nazewnictwie.
Widok wstecz, obok Babiej pojawiło się pasmo Policy.
Doszliśmy do żółtego szlaku i zaczęły pojawiać się widoki na południe. Zaatakowały nas wystające zza drzew Tatry. Ich bliskość w pierwszym odczuciu była zaskakująca.
Idziemy w kierunku Danielek - wysokopołożonego małego przysiółka. Nagle pośrodku niczego taki kościółek. Niestety zamknięty.
Nie potrafimy oprzeć się widokom na Tatry. Siadamy, otwieramy piwko, robimy szczegółowa panoramkę. Przejrzystość tego dnia nie jest najlepsza, ale i tak jest cudnie.
Danielki to ciekawe miejsce. Tak wygląda centrum. Kapliczka i dzwonnica loretańska. Miejscowy piesek przywitał się z Tobim, miejscowa staruszka z nami. Zamieniliśmy dwa zdania, że wiosna, ciepły dzień, ale zima była śnieżna tego roku.
Kapliczka z zewnątrz wygląda na nową, ale podobno ma ponad 100 lat. Można wejść do środka.
Dzwonnica dla odmiany wygląda na starą, ale napis głosi, że została zbudowana w 1999r. Nigdy jeszcze nie byłem w dzwonnicy loretańskiej w środku. Do tej można wejść. Wewnątrz widać, że deski są dość nowe.
Danielki wyglądają na mocno podupadające. Wiele domów jest w ruinie, pozostałe dawno nie remontowane. Nowego nie zauważyliśmy ani jednego. Pewnie problemem jest brak dobrej drogi dojazdowej. Ale jest światełko w tunelu, ktoś składuje nowy gont, pewnie na remont, albo na nową chałupę.
Idziemy dalej żółtym szlakiem, w kierunku miejscowości Podszkle. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie - błoto i miejscami śnieg.
Widoki na Tatry wynagradzają wszystko.
Schodzimy do Podszkla, gdzie planujemy porzucić żółty szlak, który dalej ma prowadzić do Bukowiny Osiedla wzdłuż asfaltowej drogi. Wymyśliłem, że my dojdziemy tam bez szlaku, górami przez Wielki Dział (934) i Bukowiński Wierch (934). Na zdjęciu na wprost widać drogę, którą mamy zamiar podejść na Wielki Dział, a Bukowiński Wierch jest za drzewami z prawej - widać było nadajnik na jego szczycie. Tam w terenie wyglądało to naprawdę prosto. Miałem jednak przeczucie, że będą "atrakcje".
Początek był miły. Natknęliśmy się na marne skupiska krokusów.
Zdobyliśmy ambonkę.
Tobi to jest już przeskurczysyn jeżeli chodzi o wychodzenie po drabinie. Szkoda tylko, że w schodzeniu nie jest równie dobry ![]()
Potem żarty się skończyły i musiałem wspiąć się na wyżyny umiejętności nawigacyjnych, żeby przemieścić się pomiędzy Wielkim Działem a Bukowińskim Wierchem. Niby wystarczyło trzymać się grzbietu, ale w tym wypadku nie było to proste. Las gęsty, mnóstwo dróg w różnych kierunkach, grzbiet mocno wypłaszczony, niejednoznaczny, poprzecinany obniżeniami.
Na zdjęciu domek leśnego pszczelarza.
Jednak to nie trudności nawigacyjne okazały się głównym problemem. Problemem był śnieg. Miejscami było go po pas. Można było zrobić 10 kroków i nie zapadać się w ogóle, a za kolejnym krokiem noga wpadała po sam tyłek, a pod śniegiem było po kolana wody.
Póżniej okazało się, że to nie śnieg jest największym problemem, ale wiatrołomy. Tu np, chcieliśmy iść na wprost - drogą. Ale droga zawalona była całkowicie.
Próbując omijać wiatrołomy, zaliczyliśmy stromy wąwóz ze strumykiem, a potem młodnik, w którym wpadało się ten wstrętny mokry śnieg po pas, charując goleniami po pniach przewróconych i zasypanych całkowicie drzewek. Oj, były chwile zwątpienia.
Pierwszą iskierką nadziei była ta droga przez młodnik.
A potem droga robiła się coraz szersza, śniegu coraz mniej, aż w końcu wyszliśmy na szczyt Bukowińskiego Wierchu, a tam takie widoki w nagrodę. Caluśkie Tatry widoczne na szerokość.
Był czas na odpoczynek, na jedzenie i na podziwianie. Wiadomo już było, że nie zdążymy wrócić do auta po jasnemu.
Pozostało nam już tylko proste dojście do niebieskiego szlaku idącego wzdłuż Pasma Podhalańskiego, a następnie żmudny marsz na Przełęcz Bory Orawskie.
Czerwone Wierchy oświetlone zachodzącym słońcem nad zabudowaniami Bukowiny Osiedla.
A po drugiej stronie Babia.
Przez cały dzień spotkaliśmy tylko czteroosobową rodzinę turystów. To zdecydowanie niesprawiedliwe, żeby te ciekawe tereny tak się marnowały. Największa atrakcja - widoki na Tatry, dużo lepsze niż gdziekolwiek indziej w Beskidach. Dużo otwartych przestrzeni, łagodne podejścia, orawskie klimaty. Polecam ![]()
No to mieliście udany weekend!
Pogoda ostatnio regularnie dopisuje ![]()
a o było takie pytanie poza konkursem? nie dostane punkcika? ![]()
Kapliczka na Gibasach?
Dzisiaj miało być brzydko, ale prognozy się nie sprawdziły. Poszliśmy tylko na lokalny spacer. Celem było sfotografowanie różowych dzikorosnących przylaszczek.
Jak widać udało się ![]()
Na różowe przylaszczki natrafiłem rok temu, podczas spaceru kiedy to eksplorowałem jaworznickie bezdroża. Nie miałem aparatu i była to już końcówka kwitnienia. Nie wiedziałem, że taki kolor przylaszczek w ogóle istnieje. Postanowiłem wrócić w to miejsce następnej wiosny.
Różowe przylaszczki rosną wymieszane razem z niebieskimi. Widziałem dziesiątki, a może i setki przylaszczkowych miejsc na Jurze. Nigdzie nie ma różowych.
Poza tym wiewiórki wybudziły się już z zimowego snu...
Niebrzydka sobota.
Czy w B.Żywieckim są krokusy? Podobno są. Wybraliśmy się do Rajczy i bezszlakowo przez Wilczy Groń i Kiczorę przemieszczaliśmy się w kierunku Zapolanki.
Jest tam dość płasko, widokowo. Rozległe łąki z delikatną drogą grzbietową. Lubię takie klimaty.
Przereklamowane krokusy znaleźliśmy, chociaż spodziewałem się więcej.
Powoli nabieraliśmy wysokości. Ostatnie zabudowania Zapolanki. Fajne miejsce na domek.
A potem wkroczyliśmy w straszną strefę zimy. Podchodzimy pod Redykalny Wierch.
Sucha Góra - nigdy tam nie byłem. Początkowo plan był taki, żeby przejść przez jej wierzchołek, ale jak zobaczyłem, że śniegu jeszcze dużo to spasowałem. Niebieski szlak przechodzi bokiem.
Szlakiem nie było wcale lepiej. Trochę pobrodziliśmy w błotku śniegowym. Sucha Góra nie była sucha.
Na powrocie mieliśmy przygodę. W malutkim przysiółku Sarnówka porzuciliśmy szlak aby zejść grzbietem w stronę auta. Z jednego domostwa przez otwartą bramę wybiegł wilczur i chciał zjeść Tobka. Ja byłem trochę z tyłu i mogłem tylko patrzeć. Ukochana osobiście musiała odeprzeć atak. Byłem w szoku i nie zrobiłem żadnego zdjęcia. Wilczur był w jeszcze większym szoku.
Zachód zastał nas na ostatnim pagórku - Surpaja Groń.
Bardzo miła wycieczka. Opaliło nas. Cały czas, nawet w strefie zimy, szedłem w koszulce z krótkim rękawem ![]()
Forum Beskidu Małego » Posty przez sprocket73
[ Wygenerowano w 0.085 sekund, wykonano 6 zapytań ]