W związku z małymi komputerowymi problemami zadaję zagadkę Staszka ![]()
Pytanie brzmi : Skąd zostało zrobione to zdjęcie?
Nie jesteś zalogowany. Proszę się zalogować lub zarejestrować.
Forum Beskidu Małego » Posty przez nena
W związku z małymi komputerowymi problemami zadaję zagadkę Staszka ![]()
Pytanie brzmi : Skąd zostało zrobione to zdjęcie?
Neno w lesie pod drzewem stało. Była do tego tka żyłka przywiązana a drugi jej koniec byłprzywiązany w samej koronie drzewa !
Co do tego ustrojstwa ... To jest sonda radiowa, lub radiosonda meteorologiczna. Są wyposażone w balon. Mogło być tak, że balonik pękł i wylądowała w lesie. Możliwe, że był przy niej adres dokąd ma dotrzeć.

witaj cwiartka11 ![]()
Ten kwitnący krzew to oczywiście wawrzynek wilcze łyko (Daphne mezereum), wiele razy tu na forum pokazywany.

Cała roślina jest trująca, zwłaszcza owoce, czerwone jagody. Od 2014 podlega ochronie częściowej, kiedyś był pod ścisłą.
Widać, że wiosna dużymi krokami się zbliża
.
A paproć poniżej to o ile się nie mylę , Darek potwierdzi
– zanokcica murowa (Asplenium ruta-muraria)

Z kolei na tym zdjęciu są co najmniej dwie rośliny, nie licząc mchów, glonów i porostów.
Ta większa to rozetka liści pierwiosnka.

Drugie zdjęcie słabe i to Darek jest znawcą paprotników, ale wydaje mi się, że jest to zanokcica zielona (Asplenium viride) ![]()
Gdzie znalazłeś to ustrojstwo z pierwszego zdjęcia. ?
Wystawa unikatowych fotografii Wandy Rutkiewicz, pięć filmów nagrodzonych na licznych festiwalach, promocja książki „Mój wybór”, stoiska promocyjne, gość specjalny - Krzysztof Wielicki.

Wadowickie Centrum Kultury zaprasza po raz siódmy na wieczór z filmem górskim 28 lutego od godz. 15:00. Na dużym ekranie pojawią się filmy nagradzane na polskich i zagranicznych festiwalach. Nie zabraknie obrazów dla miłośników gór wysokich, narciarstwa, wspinaczki, zapierających dech w piersiach widoków oraz lubianego ostatnio biegania.
Obejrzeć można będzie pięć znakomitych filmów o rożnej tematyce, polskich i zagranicznych autorów, zdobywców nagród na festiwalach i przeglądach. Gościem specjalnym tegorocznego Przeglądu będzie polski himalaista - pierwszy zimowy zdobywca m.in. Mount Everestu - Krzysztof Wielicki. Podczas festiwalu będzie można zaopatrzyć się w książkę - wywiad rzeka Piotra Drożdża z Krzysztofem Wielickim oraz zdobyć jego autograf.
Bilety: 20 zł przedsprzedaż
25 zł w dniu Przeglądu
Prawdopodobnie tylko leśnicy danego oddziału mają umowne oznaczenia.
Najprawdopodobniej tak jest Gustku. Chociaż z tego co pod tym linkiem przeczytałam, istnieją jakieś ogólne, co do nich, ustalenia.
Dziękuję mały pikusiu
. Miło mi, że to czytałeś i dotrwałeś do końca. ! ![]()
Joluś do takiego długodystansowca jak Ty, to mi daleko
:* !
Też się cieszę, że udało się doprowadzić tę relację do końca. Zdecydowanie zbyt długo to trwało
.
Często wracałam do wybranych fragmentów, tych, które były dla mnie w jakiś sposób ważne, potrzebne... najważniejszy był chyba ten, że inni są dla nas drogą i my dla kogoś tez jesteśmy drogowskazami... to tak w wolnej interpretacji
Miło mi, że się przydały…
Jestem zdecydowana ruszyć Twoim śladem
, chociaż raczej z domu. Najbardziej obawiam się bariery językowej i finansów, ale potraktuję to jako wyzwanie.
Bardzo się cieszę i polecam, chociaż byłabym spokojniejsza, gdybyś szła z kimś, ale wiem, że masz ogromną wprawę w „samotnych” wędrówkach. Poza tym droga do Santiago nigdy tak naprawdę nie jest wędrówką w pojedynkę.
Język owszem, może być barierą, ale można też na różne sposoby sobie z nim poradzić
.
Bardzo Ci dziękuję za tą relację, za muszlę pielgrzymią, którą otrzymałam od Ciebie...
Jedną rzecz (pielgrzymi atrybut) na początek już masz z głowy
! A bywa, że jest z problem z kupnem takiej muszli na szybko na początku trasy, tak jak my mieliśmy.
... i za Twoją obecność w pewnym etapie mojego życia!
Ja za Twoją Kochana, również
Nie chcę z niego szybko zniknąć i liczę na to samo !
:*
Joluś, a myśmy były wtedy podczas wycieczki po Jurze w tym Rabsztynie ... ?, bo jakoś nie mogę sobie tych ruin przypomnieć ... ![]()
Świat w twoich rękach
Możesz oczyścić swe rany
Albo wpaść w przygnębienie
Możesz się pławić w smutku
Albo zrzucić go z siebie.
Możesz budować
mosty
szpitale
i szkoły
albo stawiać niedostępne zapory.
Możesz kołysać do snu innych
Albo obejmować samego siebie.
Możesz malować nowe krajobrazy
Albo rozmazywać pędzlem horyzont.
Możesz krzesła rozstawić
Dla gości wokół stołu
Albo na kłódkę zamknąć drzwi.
Możesz rzeźbić posągi na wieczność.
Możesz pisać palcem po wodzie
Albo w kamieniu żłobić słowa.
Możesz zapalić światło
Albo pozwolić, żeby zgęstniała mgła.
/Josíé María R. Olaizola/
Kiedy dociera się do mety jest wiele powodów do świętowania. Osiągnięcia. Wszystko to, czego się nauczyliśmy. Co przeżyliśmy. Każde święto ma swoje własne rytuały. Na Camino de Santiago są to: odebranie Compostelki, odwiedzenie grobu apostoła, wzięcie udziału we mszy dla pielgrzymów, zwiedzanie miasta … być może wspólny obiad z przyjaciółmi, beztroski odpoczynek ze świadomością, że cel został osiągnięty. Ale dotarcie do mety stawia też przed nami pytania. Co teraz ? Jak wrócić do normalnego życia ? Jakże przyjemnie jest teraz spojrzeć wstecz i zdać sobie sprawę, że nie jest się tym samym człowiekiem, który wyruszał w drogę. Tyle się bowiem nauczyłem. Rozwinąłem się. Tyle przemyślałem. Być może Bóg jest mi bliższy. Mam teraz przed sobą tyle możliwości … .
Pomimo ogromnego zmęczenia cieszyliśmy się bardzo, że udało się nam dotrzeć do celu. Wszystkim, całej 13 – stce. To co każdy z nas przeżył/wał podczas tej drogi pozostanie na zawsze w naszych sercach. Tak jak pozostali pielgrzymi mieliśmy teraz wiele powodów do radości i do tego, żeby świętować.
Do Santiago de Compostela wkraczamy wczesnym popołudniem. Jesteśmy, tak jak wcześniej wspomniałam, bardzo zmęczeni.
W tym dniu było bardzo gorąco. Postanawiamy oczywiście odwiedzić katedrę, a potem udać się na nocleg. Albergue mieliśmy na przedmieściach Santiago, na wzgórzu Monte Do Gozo (Wzgórze Radości). Tam też przybyły z Polski pocztą do przebrania nasze czyste ubrania. Na Monte do Gozo znajduje się Europejskie Centrum Pielgrzymowania im. Jana Pawła II. Informacje o nim po kliku na poniższe zdjęcie .
Przewodniczy w nim polski ksiądz saletyn O. Roman Wcisło. Można tam również spotkać polskich wolontariuszy, pracujących tu sezonowo. Warunki są tu bardzo dobre. Na terenie albergue znajduje się kaplica, restauracja z pysznym menu del peregrino oraz pole campingowe.
Wirtulany spacer po albergue na Monte de Gozo - po kliku na zdjęcie
W albergue można skorzystać z pokoi wieloosobowych z łóżkami piętrowymi. Za nocleg płacimy wtedy donativo, czyli „co łaska”. Można również skorzystać z pokoi dwuosobowych z łazienką. Wtedy trzeba za nie zapłacić. Nie jest to jednak jakaś wygórowana cena. O ile dobrze pamiętam nie więcej niż 15 Euro.
Ze Wzgórza Radości rozpościera się szeroka panorama na Santiago i lekko górzystą okolicę. Ładnie widać stąd dwie wieże Katedry w Santiago. Docieramy do naszego ostatniego już albergue podmiejskim autobusem.
Po wejściu do miasta postanawiamy najpierw udać się na modlitwę do Katedry. Sama świątynia i jej otoczenie robią wrażenie. Szkoda tylko, że obie wieże przechodziły w tym czasie remont i były zarusztowane. Nie można więc było podziwiać budowli w całej krasie.
Wokół Katedry przewalają się codziennie tłumy pielgrzymów i nie tylko.
Fragment Pórtico da Gloria (Portal Chwały) – romańskiego rzeźbiarskiego dzieła sztuki
I kolejna architektoniczna perełka: Puerta de las Platerias (Brama Złotników)
Poniżej krótki filmik znaleziony na youtube pokazujący wnętrze Katedry. Na zdjęciach jej wielkości nie da się niestety pokazać.
Poza tym świątynia i wyzłocony ołtarz główny oświetlone są tylko w czasie mszy. W pozostałych godzinach panuje w niej lekki półmrok.
Posąg św. Jakuba w ołtarzu głównym.
Św. Jakub wydaje się uśmiechać, ma bardzo zdziwione oczy i lekko otwartą buzię.
Chyba nie może uwierzyć w taką ilość pielgrzymów, którzy go codziennie odwiedzają … . ![]()
Tak szczerze, nigdy i nigdzie nie widziałam takiego uśmiechniętego i zdziwionego posągu świętego.
Niesamowite ! może św. Jakub w Santiago musi tak wyglądać, żeby rozbroić pielgrzymów, którzy nieziemsko utrudzeni drogą padają przed nim na kolana ? …
![]()
Jest w zwyczaju po dotarciu do Santiago objąć św. Jakuba. Robi się to tak, że wchodzi się za ołtarz, za figurę. Prowadzą do niej schodki. Obejmuje się Świętego za szyję, szepcząc mu do ucha swoje prośby. ![]()
Po modlitwie i uściskach
oraz zwiedzeniu katedry postanawiamy się trochę zrelaksować spacerując wokół katedry po uroczych uliczkach Starego Miasta. Zdobycie compostelki, udział w uroczystej Mszy św. dla pielgrzymów oraz odwiedzenie Grobu Świętego mamy bowiem zaplanowane na dzień następny. Łażąc tak człowiek robi się w końcu głodny. Zbliżała się bowiem pora kolacji. ![]()
Wstępujemy do jednej z knajp coś zjeść, a że w oko wpadł nam hiszpański likier El Afilador, postanawiamy go spróbować. A co ! Mamy przecież co świętować !
Hiszpański tost z jajkiem.
Padło na El Afilador’a kawowego !
, którego pije się ponoć "na trawienie", zwłaszcza po obitym posiłku. Wprawdzie nasz posiłek zbyt obfity nie był, ale za to likier smakował nam bardzo. ![]()
Tak to pierwszy dzień w Santiago dobiegł końca. Wracamy do albergue na nocleg, ale wrócimy tu znowu dnia następnego.
******
Kolejnego dnia mamy bardzo rześki ranek. Zapowiada się więc kolejny piękny dzień. Uzbrojeni w pełni naładowany sprzęt fotograficzny ruszamy na przystanek i jedziemy do miasta. To będzie dla nas bardzo ważny dzień.
Przed południem próbujemy znaleźć biuro pielgrzyma w Santiago i ustawić się po compostelkę. Szybko go znajdujemy, mało tego, jakimś cudem, udaje nam się też otrzymać bardzo szybko certyfikat potwierdzający odbycie naszej wędrówki. Praktycznie bez stania w długiej kolejce. Super !
Moja compostelka
.
Mamy więc dodatkowy czas, żeby jeszcze coś zwiedzić i kupić jakieś pamiątki, zanim udamy się na Mszę św.
Spacerując ulicą św. Franciszka nie sposób nie wstąpić do pięknego Iglesia de San Francisco - Kościoła św. Franciszka.
Wieże i kolumnę z posągiem św. Franciszka widać z daleka.
Wnętrze kościoła - ołtarz główny
Prawie w każdym kościele, który odwiedzaliśmy podczas naszej drogi, była figura św. Józefa. Św. Józef nie opuszczał nas ani na krok, był naszym wiernym towarzyszem. ![]()
Scena śmierci św. Józefa
W kościele św. Franciszka spotkała nas niespodzianka. Otrzymaliśmy tu jeszcze jedną compostelkę
. Okazało się, że w roku 2014 przypadała 800 rocznica przybycia św. Franciszka z Asyżu jako pielgrzyma do Santiago de Compostela. Z tej okazji wszyscy odwiedzający świątynię i Santiago w tym roku mogli otrzymać taką pamiątkę
. Tak więc zdobyłam drugą „compostelkę”. ![]()
Z dwoma certyfikatami w ręce biegniemy na Mszę do Katedry, odpowiednio wcześnie, żeby sobie zająć dobre miejsce.
. Miło nam było, że przy ołtarzu zobaczymy naszego przyjaciela – ks. Tomasza
. Dla niego musiało to być z pewnością dodatkowe mega przeżycie. ![]()
W świątyni zbiera się codziennie o 12.00 ogromna ilość pielgrzymów i turystów z całego świata. Trzeba mieć niesamowite szczęście, albo być sprytnym, żeby przebić się przez tłum i stanąć jak najbliżej ołtarza głównego. Nam się, można powiedzieć, udało.
Świątynia podczas nabożeństwa jest pięknie oświetlona. Wszyscy zgromadzeni czekają z niecierpliwością na najważniejszy punkt całej ceremonii - Botafumeiro.
Botafumeiro to największa na świecie kadzielnica. Ma 160 cm wysokości i waży 60 kg. Można o niej i o zwyczaju okadzania Katedry w Santiago poczytać klikając w link
Zawieszenie Botafumeiro pod kopułą Katedry
Filmik poniżej przedstawia cały ceremoniał zapalania i okadzania katedry. Jest to bardzo spektakularny rytuał, któremu towarzyszy nieprzerwanie, aż do końca, błysk fleszy, nawet zza ołtarza
.
Msza św. dla pielgrzymów w Santiago de Compostela pozostanie na długo w naszej pamięci
.
Po nabożeństwie udajemy się do Grobu św. Jakuba. Znajduje się on pod ołtarzem głównym. To srebrny sarkofag z relikwiami św. Jakuba i jego uczniów: Teodora i Anastazego. Trzeba stać do niego w długiej kolejce. W krypcie nie można robić zdjęć. W ciszy i skupieniu oddajemy więc w modlitwie niesione przez całą drogę prośby do św. Jakuba. Pozostawiamy tu również swoje karteczki z intencjami
.
A potem … , z uradowanymi sercami, to się naprawdę czuje, ruszamy na dalsze zwiedzanie miasta. Jest to już nasz ostatni dzień w Santiago. Trzeba więc go odpowiednio uczcić
.
Zaczynamy od otoczenia Katedry. Nie wszystko bowiem udało nam się zobaczyć w pierwszym dniu, po wejściu do miasta. Została nam m.in. fasada północna katedry i towarzyszące jej budynki.
Oglądamy przez chwilę występy przed katedrą.
W końcu opuszczamy, można powiedzieć, otoczenie katedralne i przenosimy się na przeurocze uliczki Starego Miasta.
Wpadamy do jednej z knajp na pyszną sangrię. ![]()
Niektórzy byli tak spragnieni zupy, że zamawiają kolejny raz tę samą, ponieważ innych chyba tu nie gotują ...
. Jednym słowem, zupy nie są specjalnością zarówno Portugalczyków, jak i Hiszpanów. To jest moje zdanie.
Na ulicy naszą uwagę przykuwa taki oto pan …
Pan po prostu w ten sposób zarabia pieniążki - ostrzy noże, nożyczki, co tam komu potrzeba. ![]()
Wałęsamy się nadal po mieście, oglądamy wystawy i wypatrujemy dobrej restauracji. Co jak co, ale na pewno należy nam się porządny obiad !
.
Owoce morza – wypadałoby spróbować jak one tu smakują.
O matko … XD, a to co ? jakieś/czyjeś pazury … ?
Znaleźliśmy ! …, padło na paellę – jedno z tradycyjnych dań hiszpańskich. Mięsko do paelii kazano nam sobie wybrać, a następnie wyłowiono nam je z restauracyjnego akwarium …
.
Ale mi było żal tego homara, albo langusty, ponieważ nie pamiętam już dokładnie, co w końcu wybraliśmy. Paella, którą nam przyrządzono, była wyśmienita. Do tego podano nam jeszcze świeżutki chleb, sałatki i piwo. ![]()
Niektórzy zamówili dodatkowo mięsiwo
, a innych znowu skusiła zupa –„lura” …
![]()
Pamiętam, że tylko raz zamówiłam „zupę jarzynową” w Portugalii. I o dziwo, nie zawiodłam się … . Naprawdę mi smakowała, choć można powiedzieć, że była ona właściwie mocno marchewkowa. Innych jarzyn się w niej nie dopatrzyłam.
Na koniec naszej „paellowej” uczty kelner podał nam jeszcze na odchodne likier, który już gdzieś chyba widzieliśmy …
- El Afilador. Tym razem kremowy. No na dobre trawienie, ma się rozumieć !
![]()
Po sytym obiedzie podziwiamy nadal barwne życie pielgrzymkowego Santiago. Raz po raz mijamy umęczonych fizycznie, ale z blaskiem i radością w oczach, pielgrzymów, z "domem" na plecach, albo rowerem przy boku.
]
Uliczni grajkowie próbują zarobić parę groszy, śpiewając pop szlagiery. Można sobie u nich zamówić song. Zaśpiewają wszystko.
Uliczki do późnych godzin wieczornych tętnią w Santiago życiem.
My jednak powoli musimy wracać na Monte de Gozo. Pozostało nam dziś jeszcze zakupienie biletów do Finisterry - ostatniego punktu na Szlaku św. Jakuba.
******
Finisterra (Cabo Fisterra)
Nie mamy już niestety więcej czasu. Dotarcie do Finisterry piechotą zajęłoby nam jakieś 4 dni. Jest to bowiem odległość ok. 90 km. W takim razie tam pojedziemy. Bilet kosztuje 24 Euro w obie strony. Podróż trwa 3 godz. Autobus wyjeżdża rano o godz. 9.00, ale nie dojeżdża do samego cypla. Z samego miasteczka portowego trzeba iść na przylądek jakieś 3 kilometry piechotą. Można podjechać sobie taksówką. Ale po co !
Idąc ścieżką wzdłuż szosy podziwia się cudowne turkusowe zatoczki, plaże i klify oraz ma się przed oczyma ogrom oceanu.
Sama podróż autobusem wzdłuż wybrzeża jest bardzo ciekawa. Przejeżdża się m.in. przez rybackie wioski i miasteczka.
No to jedziemy ! ![]()
Finisterra albo po galicyjsku Cabo Fisterra to nazwa przylądka w północno-zachodniej Hiszpanii. W dosłownym tłumaczeniu znaczy „koniec ziemi”. Jest to ważne, kultowe miejsce dla wszystkich pielgrzymujących do Santiago.
Nieco o legendzie Finisterry
Średniowieczny pielgrzym, który docierał, czasem po kilkumiesięcznej wędrówce do Santiago najczęściej wiedział już, że niedaleko (90 kilometrów od sanktuarium) jest koniec świata. O tym miejscu krążyły legendy – przylądek, wysokie skały, w dole spienione morze, za którym nie ma już nic. To costa da morte, wybrzeże śmierci. Średniowieczny koniec świata. I wielu pielgrzymów gnanych ciekawością szło obejrzeć ten kraniec ziemi. Mieli też powód inny, ważniejszy, by ruszyć jeszcze dalej od Santiago na zachód – wg Kodeksu Calixtino (to XII-wieczny rękopis poświęcony kultowi Santiago i pielgrzymowaniu) uczniowie św. Jakuba powędrowali na Finisterrę w poszukiwaniu legata rzymskiego, który miał im dać zgodę na pochowanie św. Jakuba w Compostela. Zostali uwięzieni, uciekli, a pogoń nie zdołała ich dogonić tylko cudem.
Z czasem ten ostatni etap stał się dla średniowiecznych pielgrzymów rytuałem. Przychodzili na wybrzeże, palili ubrania w których maszerowali przez wiele tygodni i kąpali się w oceanie (było to dla nich takie symboliczne oczyszczenie), a na koniec zabierali ze sobą muszlę na dowód, że „byli i widzieli”. Dziś wiadomo nie tylko, że Cabo Fisterra to nie koniec świata, ale nawet nie koniec Europy (najdalej wysuniętym punktem na zachód Europy jest bowiem Cabo da Roca w Portugalii). Ale symbol pozostał. I to właśnie na przylądku Finisterra ustawiono ostatni słupek camino z oznaczeniem 0,00 km.
Źródło: http://blogi.dziennikzachodni.pl - blog Anny Ładuniuk
Spacer na „koniec świata” ![]()
Ruszamy ! ![]()
Gdzieś w połowie drogi wstępujemy do kościółka Iglesia de Nuestra Señora de las Arenas. Wbijamy tu jedną z ostatnich pieczątek w naszych credencialach.
W tak upalny dzień unosił się wszędzie anyżowy zapach porastających strome klify ziół. ![]()
Turkusowe zatoczki.
Latarnia morska na samym cypelku. Za nią już tylko woda i błękit.
Jakże miło było spędzić tu cały dzień, poleżeć w słońcu i zamoczyć zmęczone stopy w chłodnej, nawet bardzo, wodzie, ale za to mega czyściutkiej !.
Miejsce z racji swojej ciekawej historii - legendy wydawałoby się, że powinno być bardziej oblegane przez turystów. Sprawiało jednak wrażenie spokojnego i cichego. Idealne na końcowy relaks przed powrotem do domu
.
Słupek z oznaczeniem 0,00 km. - prawdziwy KONIEC !
Do albergue wracamy wieczorem. Musimy się spakować przed jutrzejszym wyjazdem do Porto, ponieważ stąd polecimy do kraju.
Ostatnie promyki słońca na Finisterrze. ![]()
Szkoda, że to koniec, ale cieszymy się bardzo, że już niebawem uściskamy swoich najbliższych. ![]()
Rano wyruszamy na dworzec kolejowy. Do Porto pojedziemy pociągiem z przesiadką w Tui. Czas przejazdu to ok. 4 godz.
Do Porto docieramy wieczorem. Jest już ciemno. Samolot do Polski z przesiadką we Frankfurcie mamy nad ranem. Musimy przespać się już na lotnisku.
Epilog
Skończyło się. Już po wszystkim. Powoli droga odchodzi w przeszłość. […] Wracają zwykłe zajęcia codzienność, rutyna. A jednak Panie, to nie może być to samo. Wszystko czego się nauczyłem, musi teraz stać się częścią mojego życia, muszę podzielić się tym doświadczeniem z innymi, nieść je coraz dalej […]. Nie jesteś jedynie Bogiem, który był ze mną podczas drogi. Towarzyszysz mi również teraz. To na tym polega zmiana, to dlatego wszystko jest teraz inne !
W porównaniu z Camino del Norte, Camino Francés, czy Via de la Plata przebyte przeze mnie kilometry to niewiele. Niemniej nie odległości są w tej drodze, czy jak kto woli, pielgrzymce, najważniejsze. Iść to codziennie przeżywać i doświadczać trudu drogi, krok po kroku. Ileż to podczas takiej wędrówki może się pięknego, ale i niekoniecznie – wydarzyć. Tak samo, jak w naszym codziennym życiu. W obcym kraju zdany jesteś na samego siebie. Dobrze, jeśli ktoś ci towarzyszy. W życiu też ...
. Nie szłam sama, dlatego było mi dużo łatwiej. Wierzę, że każde spotkanie, każda rozmowa podczas tej pielgrzymki były po coś. Prawdą jest, że człowiek wraca z takiej długiej wędrówki nieco inny, ubogacony o nowe doświadczenia, wyciszony, ale też bardziej otwarty na świat i ludzi. Przewartościowuje swoje życie.
Właśnie czytam kolejną książkę o Santiago „Moja droga do Santiago – opowieść pielgrzyma – agnostyka” autorstwa Roberta Warda, kanadyjskiego pisarza i podróżnika, który wyruszył na Camino po raz piąty.
. Czyta się świetnie. !

***** FINAL !!! *****
PS. Jeśli KOGOŚ zainspirowałam do tego, aby ruszył w drogę to bardzo się cieszę - Buen Camino !
Dziękuję Wam za cierpliwość, wytrwałość i liczne odwiedziny tego tematu. Muszę przyznać, trochę mi zeszło z tym pisaniem …
.
Literatura:
- A. Laskowska , J. Grabowska – Markowska: Camino Portugués – Portugalska Droga św. Jakuba – Przewodnik , wyd. Salwator, Kraków 2013
- K. Jachimska – Małkiewicz : Modlitwy Pielgrzyma, wyd. WAM, Kraków 2014
Zdjęcia: nena, KaŚ, Tomek F.
Z tego co piszą wynika, że jesienią będziemy mogli je "wypróbować"
SUPER ! - Wypróbujemy na pewno ! ![]()
wikol87 cóż, nic dodać, nic ująć - piękne !
, te na stronie autorskiej również. ![]()
Ciepła zima sprawiła że już pojawiły się pierwsze oznaki wiosny w Beskidzie Małym
No pięknie ...
Tylko czekać krokusów ![]()
Żeremia boberków prześliczne, a o barwach jesiennych już nawet nie wspominam
- Cudo !
PS. Czy Ty Jolu robiłaś te tereny "na raty", czy za jednym zamachem wyjazd na kilka dni ? Ile Ci to zajęło ?
piękne fotki bans ! ![]()
PS. Masz ode mnie PW.
Final … ? ![]()
Itaka
Jeżeli masz wędrować do Itaki,
życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka,
pełna przygód i doświadczeń.
Nie obawiaj się Lajstrygonów i Cyklopów
ani gniewnego Posejdona. Nigdy
nie spotkasz ich na swojej drodze,
jeśli myśli twe będą wysokie
i jeśli nigdy ani ducha twego, ani ciała
nie dotkną pospolite uczucia.
Ani Lajstrygonów, ani Cyklopów,
ani Posejdona szalonego nie ujrzysz nigdy,
jeżeli ich nie kryjesz w głębi własnej duszy,
jeśli twa dusza nie wznieci ich przed tobą.
Życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka.
Oby wiele było poranków letnich,
w których – z jakąż rozkoszą, z jakąż radością! –
będziesz podpływał do portów
przedtem ci jeszcze nie znanych.
W handlowych stacjach Fenicjan
zatrzymywać się musisz,
aby zakupić piękne rzeczy,
perły i korale, bursztyn i heban,
wszelkie rodzaje rozkosznych wonności –
ile tylko zdołasz błogich olejków znaleźć.
Musisz odwiedzić wiele miast egipskich,
by uczyć się i jeszcze się uczyć – od tych, co wiedzą.
Nie wolno ci nigdy zapomnieć o Itace,
dotarcie do niej bowiem jest twoim przeznaczeniem.
Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży.
Lepiej, by podróż trwała wiele lat,
abyś stary już był, gdy dotrzesz do swej wyspy,
bogaty we wszystko, co zdobyłeś po drodze,
nie oczekuj wcale, by Itaka dała ci bogactwa.
Itaka dała ci tę piękną podróż,
bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
I choćbyś ujrzał, że jest biedna –
nie oszukała cię Itaka.
Wróciwszy tak mądry, po tylu doświadczeniach,
zrozumiesz prawdziwie, co to jest Itaka.
/Tłumaczenie: Zygmunt Kubiak (1979)/
I o to jesteśmy krok od celu. Początek drogi został daleko w tyle, a wszystkie związane z nią przeżycia kłębią się w pamięci, w sercu, ciążą w bardzo zmęczonych już nogach. Dzięki Tobie wiele się nauczyłem. I , przede wszystkim, szedłem z Tobą. Byłeś i jesteś słowem w mojej ciszy, światłem moich dni, siłą moich kroków. […]
Droga to wspaniała metafora życia. Tak jak i w życiu mamy punkt wyjścia, odległość do przebycia oraz metę. Po drodze zaś dzieją się rozmaite rzeczy. Zdarzają się dobre i złe dni. Radości i smutki. Choroba, zmęczenie, radość, zaskakujące krajobrazy, spotkania z ludźmi, którzy pozostawiają w nas trwałe ślady, oraz z innymi, których drogi krzyżują się z naszą niemal bez echa. […] Naszym wspólnym przeznaczeniem jest odbycie wędrówki, podczas której powinniśmy dotrzymywać sobie towarzystwa, pomagać sobie nawzajem, dzielić się tym, co niesie z sobą życie. […] Nam się to myślę – udało ! ![]()
To, że dzisiaj osiągniemy upragniony cel, jakoś do nas nie dochodziło. Wstajemy bardzo wcześnie rano. Jak na wczesny poranek jest ciepło. Pakujemy rzeczy. Musimy dojść na piechotę do Padrón, żeby „złapać” szlak. Wychodzimy. Idzie się bardzo przyjemnie. Po jakiś 10 min. drogi zauważyłam, że nie mam akumulatorka w aparacie :]. Kurczę, został w albergue. Ładował się przez noc. Co robić. Hmm … przez chwilę myślę, e tam, trudno, nie wracam. Z drugiej strony …, przecież, teraz najlepsze przed nami. I jak to tak, bez zdjęć
? Towarzysze wędrówki mówią, wracaj po niego, my na Ciebie zaczekamy.
. Jest ciemno, po drodze błąkają się jakieś bezpańskie psy. Matko … zeżrą mnie
, idę więc z bijącym i oszalałym ze strachu sercem do albergue i co zastaję ? – zamknięte na trzy spusty drzwi.
Zamykały się bowiem automatycznie, po wyjściu z budynku. Wiedziałam jednak, że późno w nocy dołączył ktoś jeszcze do nas na nocleg. Walę więc w te drzwi, może się ktoś obudzi, w końcu pewnie też niedługo będą wychodzić. I tak chyba z 10 min., cisza … , myślę, cóż, trudno, nie ma co niepokoić śpiących, wracam. Tam na mnie czekają. Szkoda czasu. I nagle słyszę i widzę …, schodzi zaspana kobieta
! Przepraszam bardzo, że ją obudziłam, próbuję wytłumaczyć o co mi chodzi
. Kobieta wszystko rozumie i się śmieje
, ja zabieram swój akumulatorek i szczęśliwa wracam do mojej grupy
. Notabene zostały tam jeszcze na sznurku moje krótkie „gacie”, które wczoraj uprałam, ale o nich to sobie dopiero przypomniałam w Santiago
.
Bardzo wcześnie rano wkraczamy więc jeszcze raz do Padrón. Jesteśmy głodni, chcemy coś zjeść i napić się kawy. Tylko gdzie, wszędzie pustki, wszystko pozamykane. Rozglądamy się tu i tam i nagle widzimy małą knajpkę, w której tli się jakieś życie
. Jak się okazało była to słynna na szlaku do Santiago Cafeteria Don Pepe
. Don Pepe przygotowuje nam pyszne kanapki i kawę. Stawiają nas one na nogi ! Don Pepe to mega pozytywnie nastawiona do świata i pielgrzymów osoba
. Każdego z nas na koniec obcałowuje i życzy szczęśliwego dotarcia do celu !
Tak to najedzeni i napojeni ruszamy w drogę. Nie spieszymy się. Wiemy, że nie dotrzemy na pewno do Santiago na 12.00 w południe, żeby wziąć udział w uroczystej Mszy św. dla pielgrzymów. Ale to nic. Msza taka odprawiana jest każdego dnia o 12.00. Postanawiamy więc spokojnie dotrzeć na miejsce, znaleźć nocleg, odpocząć, a na mszę udać się dopiero dnia następnego
. Chcemy bowiem tę uroczystość przeżyć na spokojnie
. No bo po co się śpieszyć !
Reszta naszej grupy załapała się na południową mszę. Wyszli bowiem nieco wcześniej od nas z Padrón.
Tak więc po śniadaniu u Don Pepe naszą uwagę przykuwają coraz częściej kamienne przydrożne słupki, na których widnieje ile jeszcze km zostało nam do końca.
Trzeba przyznać, że ten ostatni
odcinek drogi do Santiago jest trochę nudny. :] Zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie finisz.
Droga prowadzi często wzdłuż trasy szybkiego ruchu i torów. Daje się to odczuć nie tylko w nogach (asfalting
) ale też w uszach, ponieważ trzeba znosić hałas samochodowy. Teraz coraz mniej zwracamy już uwagę na otoczenie. W głowie mamy już tylko finisz - Santiago, jak tam jest, co nas tam czeka ? Jaki jest ten św. Jakub
? W głowie kłębi się tysiące różnych pytań. ![]()
Miły fioletowy akcent ![]()


Poza tym kilka odcinków trasy to droga „pod górkę”. Teraz naprawdę niewielkie wzniesienie, no ba, podejście, wydaje się odcinkiem nie do pokonania, sprawia ból i spowalnia znacznie nasz marsz. Trzeba częściej robić postoje, żeby zregenerować siły.




Na jakiś 3 kilometrach od celu spotykamy przy drodze mężczyznę ze swoją rodziną. Pokazuje swoim dzieciom … co ? – chrząszcza – jakiego ? – kurczę – jelonka rogacza ! Pierwszy raz w życiu mam okazję zobaczyć na żywo tego chrząszcza, który, jak wiadomo jest w Polsce objęty ścisłą ochroną gatunkową
. Był naprawdę – piękny ! !
.
Samo wejście do Sanitiago zupełnie przeczy naszym wyobrażeniom. Kupujemy tu colę, siadamy na ławce, chce nam się strasznie pić i jesteśmy potwornie zmęczeni drogą.
Przedmieścia Santiago są (jak dla mnie) brzydkie i nieciekawe.
W głębi Santiago de Compostela.

c.d.n.
Dokładnie Darku - "od gapili"
od nas
i jeszcze mieli bonus w postaci Stacha z Gibasów
Jednym słowem - SZCZĘŚCIARZE ! ...
![]()
Tamrod byłam tam wczoraj. Było cudownie ! Grota zimą – skonsumowana po raz kolejny
.
Apetyt na Grotę zimą miałam od dawna, tak się już za nią stęskniłam.
Czekałam tylko na więcej czasu i udało się w końcu – wczoraj
. Pogoda była w kratkę. Zimno nie było, jakieś minus 5 stopni, całkiem przyjemny mrozik. Jednak nie obyło się bez opadów śniegu. Momentami bardzo intensywnych, zwłaszcza w wyższych partiach gór. Na szczęście śnieg był suchy i puszysty, szybko spadał z ubrań, a buty nam nic a nic nie przemokły. ![]()
Ruszamy w trójkę w gęstej śnieżycy żółtym szlakiem z Rzyk Praciaków na )( pod Anulą. Szlak jest lekko przetarty, może jedna, dwie osoby już nim dzisiaj szły, trudno powiedzieć, ponieważ śnieg szybko zasypywał ślady.
Momentami jednak słońce i kawałki błękitu wyzierają zza chmur. Po chwili z powrotem niebo się zaciąga i zaczyna mocno sypać. I tak na przemian, w sumie przez cały dzień.
Nam to jednak nie przeszkadza. Im wyżej tym piękniej, zima w pełnej krasie
. Ja uwielbiam chodzić w „suchej śnieżycy”.
Mam tu na myśli taki śnieg, jaki opisałam powyżej.
Dochodzimy do czerwonego szlaku, sypie bardzo mocno, mijamy na nim 3 osoby, a następnie na Anuli spotykamy parę, która jak się okazało, wracała z Groty. Super ! tzn., że szlak mieliśmy przetarty
! Dwójka spotkanych informuje nas, że do Groty można całkiem fajnie dojść i warto ! ![]()
Bardzo nas to ucieszyło. Ruszamy więc ścieżką przez zaczarowany zimowy las
. Krajobraz jak w Opowieściach z Narnii
. Nie mogę się powstrzymać od pstrykania fotek
.
Ślizgając się w dół po puszystym śniegu, parę razy udaje się nam nawet z lekka „przyglebić”,
docieramy do Groty. Jesteśmy sami, nie ma nikogo.
Oczywiście od razu naszą uwagę przykuwa piękny lodospad
. Brakuje tylko słońca, ale i tak pięknie się prezentuje seledynowo – biała lodowa ściana i długie sopelki. ![]()
W środku również ciekawe formy lodowe. ![]()
Postanawiam jeszcze zejść do Dusicy. Ścieżka jest lekko przetarta, więc idzie mi to dosyć sprawnie. Środkiem wodospadu płynie woda, boki są ładnie oblodzone. ![]()
Wracając próbuję wypatrzyć drzewo z ukrytą skrzyneczką. Niestety nie odnajduję go.
Po pierwsze nie bardzo wiem, w tej bieli, grze szukać, po drugie śnieg jest zbyt wysoki, a wszystkie okoliczne drzewka i kępy praktycznie nim całkiem przysypane. Wracam więc z lekka niepocieszona. Nie udało się wpisać tym razem do kajecika.
Cóż trzeba będzie tu raz jeszcze wrócić, gdy śniegu będzie mniej.
Po krótkim odpoczynku ruszamy z powrotem na Anulę. Chcemy jeszcze dzisiaj dotrzeć do Chatki Ani i Rafała na Potrójnej i stamtąd zejść do parkingu w Rzykach Praciakach.
Pod górę wychodzi się trudno, ponieważ puszysty śnieg wyślizguje się spod butów
. Ale udaje nam się w końcu pokonać strome podejście. Bajkowe otoczenie i zapach jodeł rekompensują nam trudy wspinania
.
Jesteśmy na Anuli. Pada bardzo intensywnie. Udajemy się w kierunku Rezerwatu Madohora. Ależ było w nim wczoraj pięknie !.
Na Łamanej Skale wypatrujemy wśród drzew znajomą jodłę
– to ta o najbardziej czarnym pniu, na środku zdjęcia.
Tuż za stacją górną wyciągu mija nas wysoki mężczyzna, wita się z nami i już chce iść dalej … gdy ja wpatruję się w niego, jak sroka w gnat, i wołam … ej hola … co ty ludzi nie poznajesz ?
Okazuje się, że nie poznał !
. Ów Pan to miłośnik krótkofalarstwa.
Niektórzy już chyba wiedzą o kogo chodzi
. Stach wybrał się przez las z Gibasów na spotkanie Klubu Krótkofalowców w Andrychowie.
! To się nazywa mieć pasję !
Pogadaliśmy chwilę, a właściwie to poplotkowaliśmy …
i każdy poszedł dalej swoją drogą.
.
Późnym popołudniem docieramy na )( Zakocierską, a stąd już tylko kawałek do Ani i Rafała. ![]()
Perspektywa odpoczynku przy cieple kominka, gorącej herbatki i jedzonka, powodują, że ostatnie podejście pokonujemy w niemal ekspresowym tempie ...
.
U Ani i Rafała, jak zawsze, miła domowa atmosfera.
Tak się tu rozleniwiamy, że nie chce nam się schodzić
. No ale cóż, musimy.
Ok. godz. 19.30 ruszamy przy lekko padającym śniegu na os. Hatale, a potem w dół na parking na Praciakach. Droga na Praciaki, aż na samą górę, do osiedla Hatale, jest bardzo dobrze odśnieżona. Szło się bardzo przyjemnie. Mróz – 5 stopni, lekko padający puszysty śnieg i cisza, praktycznie zero wiatru. ![]()
W domu byliśmy ok. 21.00
. Piękny dzień - bardzo dziękuję za towarzystwo i wspólną zimową wędrówkę ! ![]()
PS. Jeszcze tylko jutro ujemne temperatury, od niedzieli ok. 0 stopni i opady śniegu. Od poniedziałku dodatnie temperatury. Kto lubi takie klimaty, jakie my mieliśmy wczoraj, niech się szybko w góry wybiera. Kto wie jak długo i czy w ogóle będziemy mogli jeszcze taką bajkową aurę tej zimy oglądać … . ![]()
jolanta napisał/a:Którędy na Groń ? Zielonym przez Gancarz z Andrychowa? Niebieskim z Wadowic?
A może częściowo poza szlakami?
Myślę, że ciekawym wariantem byłoby z Wadowic niebieskim, potem od Przełęczy Panczakiewicza przejść żółtym na Bliźniaki i z Bliźniaków prosto na Gancarz, trzymając się grzbietu przez Smużkę, Czubę i Snozkę. Na mapie nie wygląda to prosto, ale w terenie trzeba trzymać się drogi grzbietowej i wychodzi się prosto na sam krzyż na Gancarzu. Są widoki, jest lekka dzikość. Jeżeli nie znasz tej trasy warto sobie ją najpierw bez grupy przećwiczyć.
Ciekawy wariant, wart przejścia
!
[…] Czy to Ty nakreślasz drogę w moim życiu ?
Która z tych dróg jest moja?
Jeżeli dostałem ja od Ciebie,
to znaczy, że do mnie należy.
Dokąd mnie prowadzi ?
Jeżeli to Ty ją nakreśliłeś,
Chcę wiedzieć, gdzie jest meta.
Panie, szukam Twojej drogi,
Ufam Twemu Słowu.
Daj mi siłęi wytrwałość w każdym kroku,
żeby móc iść z Tobą […]
/Anonim/
Daje się wyczuć, że zbliżamy się do Santiago. Niedługo będziemy na miejscu. Dotrzemy do celu. Do końca tego pięknego doświadczenia
.
Nie wiadomo dlaczego tak strasznie rozciągamy w czasie dojście do celu … . Jakoś tak, nie chce nam się kończyć zbyt szybko tej drogi
. Bardzo dobrze nam razem, pomimo ogromnego już zmęczenia. Teraz są momenty, kiedy już nie zwraca się uwagi na otoczenie, tylko idzie, tak po prostu, przed siebie, nierzadko milcząc … . Nogi bolą, ale też jakoś nam to już nie przeszkadza, nie myśli się o tym bólu w ogóle. I trochę żal, że się ta wspólna przygoda powoli kończy …
.
Padrón leży w prowincji A Coruña. Nazwa miasta pochodzi od hiszpańskiego słowa padrón, co oznacza głaz lub kamień, do którego miał przycumować statek wiozący ciało św. Jakuba. Jest to przedostatni punkt na naszej drodze do Santiago
.
Ponieważ chcemy dogonić grupę
, zostaliśmy bowiem nieco w tyle, ruszamy w dalszą drogę z samego rana. Dzień znowu zapowiada się bardzo gorący.
Hortensje – najczęściej spotykane rośliny w ogrodach, ale też przydrożnych rowach i co ciekawe zawsze koloru niebieskiego. Kwiaty miały gigantycznych rozmiarów.
Są też kozy i małe kózki …
Kurczę, w takim tempie to my nie dojdziemy do Padrón’u.
.
Przechodzimy też przez malownicze wioski z winnicami.
Ale na tych schodach, tuż przy drodze szybkiego ruchu, wysiadamy … ![]()
Rany tak się wleczemy, że do Padrón’u wkraczamy wczesnym popołudniem. Docieramy najpierw do Punto de Vista - punktu widokowego na część przemysłową miasta oraz przystań w Pontescesures na rzece Rio Ulla z miastem Padrón leżącym z kolei wzdłuż rzeki Rio Sar.
W mieście uwagę przykuwa nam od razu stojący na wzgórzu klasztor Convento do Carme ze źródełkiem Fuente del Carmen.
Fuente del Carmen.
Albergue w Padrón położone jest tuż za źródełkiem, w budynku XVIII – wiecznego klasztoru karmelitów, z którego można podziwiać piękny widok na miasto i rzekę Sar. Tu zatrzymuje się większa część naszej grupy. Byli po prostu wcześniej
. Niestety w tym dniu dla naszej piątki zabrakło już w nim miejsca. Przyszliśmy za późno. Cóż, trzeba było zatem szukać innego noclegu. Nie mamy sił już iść dalej, ale …, niedaleko klasztoru wypatrzyliśmy jakiś warsztat samochodowy …
. Wchodzimy !
Pytamy o jakieś najbliższe albergue. JEST ! w Pontescesures, to jakieś 2 km od Padrón. Nie dojedziemy, nie mamy już sił. Prosimy, błagamy
mechanika samochodowego o podwiezienie. Bez problemu bierze nas do jakiegoś dostawczego busa
. Uszczęśliwieni ładujemy się na tyły
. Wszystko nam jedno, że siedzimy na podłodze, wśród jakiś tektur czy czegoś tam …
Jakie to ma znaczenie
Liczy się to, że mamy gdzie spaaaaać !
Nasza radość zostaje podwojona widząc to, co zastajemy na miejscu … puste, czyściutkie, bo całkiem nowiutkie albergue, tylko 6 Euro za nocleg. Całe dla nas !
Pan kierowca nie wziął od nas ani centa, pomimo tego, że chcieliśmy mu zapłacić za dojazd. Powiedział nam, że od pielgrzymów nie może brać pieniędzy. Prosił tylko o modlitwę
Takie właśnie momenty i tacy ludzie zostają na zawsze w pamięci
.
Rozpakowujemy graty, ja robię małe pranie. W albergue jest pralka i można sobie coś uprać. Notabene właśnie w tym schronisku zostawiłam najprawdopodobniej moje krótkie spodenki
XD (ponoć, gdzie się coś zostawi, tam się wróci
), zostawiłam jeszcze ładowarkę do aparatu z akumulatorkiem, ale o tym w dalszej części opowieści
. Cóż … jest jeszcze całkiem wczesna pora dnia, szkoda by było spędzić ten czas tylko w schronie, więc postanowiliśmy z powrotem dostać się do miasta
. Tym razem pozostaje nam tylko TAXI
. Nie jest to wcale wygórowana kwota, chyba z 4 albo 5 Euro, więc jedziemy zwiedzić Padrón. ![]()
Klasztor na wzgórzu
Żródełko Carmen
Robimy tu sobie na pamiątkę słit focię.
![]()

Po zwiedzeniu miasta wracamy na nocleg
. Jutro musimy tu wrócić niestety pieszo i stąd zacząć dalszą wędrówkę.
.
c.d.n.
Z Barro do Padrón mamy do pokonania ok. 31 km. Postanawiamy sobie kolejnego dnia nieco tę trasę skrócić i robimy tylko 6 km, zatrzymując się na nocleg w prywatnym obiekcie Albergue Catro Canos w Tivo niedaleko miasta Caldes de Reis. Cena noclegu 10 Euro. Bardzo sympatyczni gospodarze przyjęli nas serdecznie pod swój dach. Pan domu podwiózł nas nawet do pobliskiego miasta, gdzie odprawiliśmy wieczorem Mszę św. w kościele Santa María de Bemil, (tzn. ks. Tomasz odprawił
), a następnie z powrotem wrócił z nami na miejsce noclegu.
![]()
Dlaczego ten odcinek drogi się nam tak skrócił … , zaraz opowiem
.
Ze schroniska w Barro wychodzimy bardzo wcześnie rano. Pamiętam tylko, że wszyscy na sali jeszcze spali, a my próbowaliśmy jak najciszej (nie zawsze to wychodzi gdy trzeba prawie po ciemku spakować wszystkie swoje graty i wyjść). Nieraz zdarzało się, że przyświeciło się komuś śpiącemu czołówką w oczy
… . Cóż, taka już dola pielgrzyma …
.
Kolejny rześki poranek, który zapowiadał upalny dzień. Mijamy kolejne miejscowości, winnice, pola kukurydziane, leśne trakty. Humory nas jednak, pomimo strasznego zmęczenia, nie opuszczają
.
Na chwilę zatrzymujemy się w świątyni, znajdującej się tuż przy szlaku. Postanawiamy wejść do środka i trochę się ochłodzić.
Typowe hiszpańskie Madonny, ubrane w czarno – złote suknie.
Obok kościoła był cmentarz, a właściwie kolumbarium.
Te „puste skrytki” zrobiły nam nie dziwne wrażenie
, choć w sumie chyba nie powinny… .
Przy kościółku robimy fotkę przy figurze św. Jakuba, a w środku przy towarzyszącym nam przez całą drogę św. Józefie.
W południe słońce piecze już niemiłosiernie. Sił nam zaczyna brakować. Zatrzymujemy się więc w przydrożnym barze. Szklaneczka piwa Mahou, jednego z najbardziej popularnych piw w Hiszpanii, skutecznie gasi nasze pragnienie i motywuje do dalszej walki
. Dosiada się tu do nas jakiś gość, któremu chcemy przymknąć czymś buzię, tak nadawał – jak katarynka
.
Po „zregenerowaniu sił”,
wyruszamy w dalszą drogę.
Wiedzie nas ona wśród ukwieconych pół z widoczkiem na galisyjskie wzgórza. Na niektórych są farmy wiatraków, pasą się konie. W przydomowych ogródkach kwitną hibiskusy. ![]()
Spiekotę dnia i zmęczenie próbujemy pokonywać polewając się wodą z przydrożnych studzienek. Niektórych dopada głupawka. Ale to zdrowa reakcja.
.
Część drogi prowadzi przez las.
Strasznie się ten dzień ciągnął, aż w końcu naszą uwagę przykuł niecodzienny widok - taki oto bar.
.
Też się z tym zgadzam
!
Oooo, jest nawet polska bandera. ![]()
I odlotowa łazienka. ![]()
Było tu dosłownie wszystko ! ![]()
Po krótkim namyśle wchodzić, nie wchodzić …
Wchodzimy !
Jesteśmy głodni, nie wiemy ile jeszcze drogi przed nami.
Siadamy przy stole. Właściciel jakiś "niemowa" ...
, podał nam kartę dań. Myślimy sobie, gdzie nam to jedzenie tu przygotują …
? Trochę przyszło nam czekać zanim ów Pan, który, notabene, okazał się później znakomitym kucharzem, przygotował dla nas prawdziwe hiszpańskie gazpacho i do tego jeszcze coś pysznego, nie pamiętam już niestety nazwy tej potrawy. Jako przystawka musiały być oczywiście solone papryczki pimientos de Padrón.
Gazpacho to hiszpańska zupa - chłodnik zrobiona głównie z bardzo dojrzałych pomidorów, wywodząca się z Andaluzji. Dodatkiem mogą być również inne warzywa.
Gazpacho podał nam w tradycyjnych glinianych miseczkach. Koniecznie należało go jeść z tak rozdrobnionymi, namoczonymi kawałkami chleba, jak na zdjęciu. Gospodarz nie pozwolił nam jeść inaczej !
I druga potrawa, podana na gorąco, smażone jajka z dodatkiem mięska i papryki, nawet sporą ilością papryki. ![]()
Po przyniesieniu jedzenia usłyszeliśmy, że jak nie zjemy do końca, to nie wyjdziemy … ![]()
Zajadamy się więc tymi potrawami, były naprawdę bardzo smaczne. Gospodarz z minuty na minutę robi się bardziej „ludzki”
My stajemy na głowie, żeby choć odrobinę o sobie opowiedział. Ciężko. !
Udaje nam się jedynie z niego wydobyć, że pływał na jakiś statkach, potem osiadł w tym miejscu i prowadzi taką oto knajpę. Zdradził nam, że bardzo lubi ludzi, którzy pomimo tego co zobaczą, przekraczając próg jego baru, odważą się w nim zostać i coś zamówić !
Ot, taki ekscentryk
. Wielu bowiem, jak mówił, jak zobaczy obejście baru, omija go szerokim łukiem
.
Dowiedziawszy się na koniec skąd jesteśmy, przynosi co ? … kieliszki. ![]()
Były to raczej kieliszeczki na przepiórcze jajka na miękko
, odrobinę zakurzone
. Widać, że Polaków dawno nie przyjmował ...
Do tych kieliszków nalewa nam jakąś cytrynóweczkę życząc przyjemnej dalszej drogi .
Czyżby nas polubił !
Rozleniwiło nas to miejsce strasznie i nie chciało się stamtąd odchodzić
, tym bardziej, że już było późne popołudnie.
I stąd te 6 km się uzbierało.
.
Zbieramy się jednak jakimś cudem i w dobrych humorach doczołgujemy się do miejscowości Tivo, rzut beretem od miasta Caldes de Reis. ![]()
Tu zatrzymujemy się w prywatnym albergue, o którym pisałam na początku tego wątku. Od gospodarza dowiadujemy się co to są hórreo - charakterystyczne galisyjskie budowle. Mam na myśli spichlerze. Gospodarz po zmroku wyprowadza nas na podwórko i pokazuje, na czym polega ochrona zbiorów kukurydzy przed gryzoniami. Sam bowiem też posiada za domem taki spichlerz.
Wieczorem zaś wiezie nas do miasta na Mszę św. do kościoła. W środku świątyni odnajdujemy polski akcent
.

Po mszy wracamy do albergue i zapadamy w głęboki sen
. Jutro przed nami droga do Pontescesures, przedmieść Padrón’u, przedostatniego odcinka w drodze do Santiago.
.
c.d.n.
Jeżeli dobrze pamiętam to rematu dokonał prywatny inwestor, stąd pewnie ten wysoki żywopłot dla ochrony prywatności...
Dokładnie Jolu, szkoda tylko, że z roku na rok żywopłot jest wyższy i coraz mniej widać … ![]()
Temat Zasolnicy pojawił się na naszym forum w 2011 r. Powracam do niego, z racji naszej krótkiej niedzielnej wycieczki w tamte rejony. ![]()
Podczas gdy Jolanta z Darkiem Tlałką mierzyli jodły w Rezerwacie Madohora, my odwiedziliśmy tego dnia Rezerwat Zasolnica
. W tym rezerwacie nie miałam jeszcze okazji nigdy być. Jest to jeden z trzech rezerwatów leżących na terenie Parku Krajobrazowego Beskidu Małego.
Rezerwat położony jest na stokach góry Zasolnicy (556 m n.p.m.). Został założony w 1973 roku w celu ochrony naturalnego obszaru występowania buczyny karpackiej obejmującej teren około 17 hektarów. Niewiele informacji można znaleźć w Internecie na temat tego rezerwatu.
Pośród chronionych tutaj lasów wyróżnić można trzy zespoły. Głównym z nich jest żyzna buczyna karpacka, która stanowiła niegdyś zasadniczą część rozległej Puszczy Karpackiej. W drzewostanie występuje, jak sugeruje nazwa, przede wszystkim buk, a także jodła, klon, jawor oraz wiąz górski. W runie lasu warunki do swego rozwoju znalazły rośliny takie, jak gajowiec żółty, marzanka wonna, szczyr trwały, żywiec gruczołowaty oraz paprotnik Brauna. Na gorszych, zakwaszonych glebach w zachodniej części obszaru rezerwatu, rośnie także kwaśna buczyna. Jest to uboższe pod względem roślinności zbiorowisko leśne, również cechujące się dominacją buka. Charakterystyczną dla kwaśnej buczyny rośliną jest obficie występująca kosmatka gajowa. Obydwa wymienione rodzaje buczyny to zbiorowiska leśne charakterystyczne dla piętra regla dolnego. Zajmuje ono wyższe partie zboczy Zasolnicy. W partiach niższych rośnie natomiast fragment lasu grądowego charakterystycznego dla piętra pogórza. Grąd to wielogatunkowy las liściasty, który pierwotnie pokrywał sporą część kraju. Przeważający gatunkowo drzewostan tworzą zazwyczaj graby i dęby. Las grądowy w rezerwacie „Zasolnica” charakteryzuje się też znacznym udziałem lipy.
Źródło: Internet
Sam szczyt Zasolnica jest zalesiony, ale ze stoków wzniesienia, spomiędzy drzew, zwłaszcza teraz zimą, ładnie widać m.in. dolinę Soły, Porąbkę, Jezioro Czanieckie, Bukowski Groń, Kiczerę, Micherdę, Żar, a z zachodnich stoków Hrobaczą Łąkę.
Wycieczkę zaczynamy w Czańcu. Chciałam bowiem przy okazji zobaczyć XVII wieczny renesansowo-barokowy dwór obronny, który niedawno odrestaurowano. Wielkość budowli robi wrażenie. Trzeba by było go jeszcze kiedyś zwiedzić od środka. Ponoć warto. Na razie jest to chyba niemożliwe, gdyż stanowi obecnie własność prywatną.
Wokół dworu posadzono żywopłot z żywotnika, którego wysokość powoduje, że strona frontowa z dziedzińcem z drogi jest słabo widoczna. A szkoda.
Do dworu prowadzi piękna długa aleja ze starymi pomnikowymi drzewami. Jednak główny wjazd do budynku znajduje się obecnie z innej strony, a od strony alei dobudowano wysoki kamienny mur.
O historii dworu i jego właścicielach można znaleźć wiele informacji w Internecie.
Tak więc spod dworu udajemy się do Porąbki. Samochód zostawiamy na parkingu przy elektrowni.
Rzut oka na zaporę i niebieskim szklakiem, który prowadzi stąd do Kóz, udajemy się w kierunku rezerwatu i szczytu Zasolnica.
Początkowo idziemy ścieżką równoległą do drogi 948, mijając zaniedbaną z lekka murowaną kapliczkę z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej i ciekawą „skarbonką” w drzwiach wejściowych. ![]()
Na Gąsiorach skręcamy w lewo i wspinamy się lekko pod górę wśród zabudowań osiedla. Podziwiamy po przeciwnej stronie m.in. Micherdę (604 m n.p.m.) i Kiczerę (831 m n.p.m.)
Nasz cel - Zasolnica
Zabudowania osiedla
Kamienna piwniczka
W brzozowym zagajniku szlak skręca ponownie w lewo i po chwili stoimy już przy tablicy informującej, że znajdujemy się na terenie obszaru Natura 2000 i rezerwatu "Zasolnica".
Wschodni stok Zasolnicy jest niesamowicie stromy, ale szlak niebieski, na szczęście, go trawersuje. Idzie się bardzo przyjemnie, wśród srebrzystoszarych dorodnych buków podziwiając zza ich nagich konarów Dolinę Soły i okoliczne wzniesienia, o których wspominałam na początku.
Rozpoznajemy zwierzęta po tropach ![]()
Tropy zajączka
i dzika
Przez drogę przebiegły nam też dwa sympatyczne koziołki
Niestety mój aparat nie zdążył ich uchwycić. ![]()
W rezerwacie zastosowano najprawdopodobniej elementy ochrony biernej. Widać to po powalonych przez wiatr i pozostawionych własnemu losowi wielkich bukach. Niektóre z nich są naprawdę ogromne.
Wychodzimy z rezerwatu, na niebie pojawia się księżyc, stały towarzysz naszych wycieczek.
Mróz daje się lekko odczuć, ale wiatr jakoś szczególnie nie dokucza. Przedeptaną ścieżką wspinamy się teraz dosyć ostro pod górę i już po zapadnięciu zmroku osiągamy szczyt Zasolnicy.
Tabliczki z opisem szczytu tu nie ma, jest tylko punkt geodezyjny w formie słupka.
Z tego miejsca można podziwiać pięknie oświetlony krzyż na Hrobaczej Łące. Na moim zdjęciu niestety tak pięknie nie wyszedł jak go było widać w rzeczywistości.
![]()
Zimowy las nocą jest tak przytulny i cichy, że postanawiamy jeszcze troszkę w nim pobyć. ![]()
Tradycyjnie rozpalamy i ogrzewamy się przy ognisku, pieczemy kiełbaski i wsłuchujemy się w „wilcze” wycie psa
.
Do samochodu wracamy czerwonym szlakiem z pięknym widokiem na oświetlony zbiornik na Żarze
.
Rezerwat koniecznie trzeba będzie jeszcze odwiedzić wiosną, przed zupełnym rozwinięciem liści buka. Musi być tam wtedy wyjątkowo kwitnąco
.
Forum Beskidu Małego » Posty przez nena
[ Wygenerowano w 0.164 sekund, wykonano 12 zapytań ]