Wytrzymałość
Nie poddawaj się,
choć często boli.
Choć mury bywają tak wielkim ciężarem,
a czas wydaje się być twoim wrogiem.
Nie poddawaj się , chociaż łzy
nazbyt często
będą żłobiły twe policzki i duszę.
Choć odległość dzieląca cię od bliskich
wydaje się nie do pokonania.
Choć miłość zdaje się dziś
niewykonalnym marzeniem
i choć zbyt często kąsa cię
strach, ból, samotność
smutek i wspomnienia.
Nie poddawaj się.
Bo ciągle jeszcze masz siłę,
żeby walczyć, śmiać się i czekać,
żeby podnieść się tyle razy , ile trzeba.
Twoje ramiona nie raz będą jeszcze obejmować,
a oczy tak wiele pięknych zobaczą pejzaży.
Być może patrząc w lustro,
nie widzisz nic pięknego, ale Bóg widzi.
Bóg dobrze cię zna i znając cię,
nadal w ciebie wierzy,
wie, że niczym u rannego ptaka,
twoje skrzydła prędko ozdrowieją
i podniesiesz się do lotu,
choć teraz zdaje się to niemożliwe.
Nie poddawaj się.
Jest ktoś, kto kocha cię bezwarunkowo
i kto wzywa cię, abyś uwierzył.
/José María R. Olaizola/

W trakcie drogi ma się wiele czasu na wewnętrzne poszukiwania, na refleksję. Niesie się ze sobą twarze innych ludzi, tych, którzy są częścią naszego życia, najbliższych, przyjaciół, znajomych, cały czas nasze myśli krążą wokół nich. Stają się bardziej bliscy. Tak jak wspominałam na wstępie, każdy dzień wędrówki komuś lub czemuś poświęcałam. To mnie mobilizowało i dodawało sił. Nie należy myśleć, że coś mnie boli, trzeba iść do przodu
. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, w życiu też są przecież trudne momenty.
Do teraz jest dla mnie czymś niesamowitym i do końca niepojętym jak to się działo, że każdego ranka wstawałam bez problemu i byłam gotowa iść dalej 
******
Może dobrze, że do końca nie wiedziałam ile dokładnie kilometrów mieliśmy do pokonania kolejnego dnia naszej wędrówki. Wtedy człowiek niepotrzebnie o tym nie myśli, tylko idzie. Jak się później okazało, był to najdłuższy odcinek trasy, ok. 40 km.
Dzień zapowiada się piękny tj. ranek, jak zwykle chłodny, ale na niebie błękit. To znak, że w ciągu dnia będzie bardzo gorąco. W przydrożnej kafejce kupujemy coś słodkiego na śniadanie i pijemy kawę.
Tak mniej więcej wyglądają portugalskie śniadania. Dużej kawy trzeba się domagać inaczej dostaniemy tylko taką na jeden łyk
. Do kawy najczęściej jest serwowana słodka bułka lub ciastko z nadzieniem (budyń, czekolada).

Iść w drogę po takim śniadaniu … ? – trochę ciężko
, więc prosiliśmy często, żeby nam zrobiono porządną bułkę albo sandwicz (mają pyszne pieczywo) z bekonem, albo jajkiem sadzonym, a najlepiej dwa w jednym
. Na hasło „jajecznica” serwują zwykle jajko sadzone, ale nie ma co wydziwiać, jajko to jajko, ważne, że człowiek się najadł i nabrał sił, żeby iść dalej. 
Z Barcelos udajemy się najpierw do miejscowości Tamel . Po drodze mijamy kolejne kościółki i kaplice. Wszystkie wydają się do siebie bardzo podobne.

Niektóre zatopione w oliwnych zagajnikach.

Trasa wiedzie wśród wiejskich zabudowań, winnic i kukurydzianych pól, trochę lasem.


W sadach dojrzewają owoce kiwi, cytryny, morele. Szkoda, że drzewa dosyć wysokie i większość rośnie za ogrodzeniem.




Nawet bananowiec się trafia
. Rosną często pojedynczo, na obrzeżach pól uprawnych.

Kwiat bananowca

A tu już małe zielone owoce.

Tak wyglądają niektóre wiejskie miejscowości portugalskie. Małe, drewniane, albo tylko częściowo murowane domki, często z walącymi się dachami. Ludzie pielęgnują przydomowe ogródki, pielą grządki, kopią ziemniaki motyczką, uprawiają kapustę fatimską, a dla ozdoby sadzą dalie.



Zachwycamy się ogromnymi niebieskimi kwiatami hortensji. Roślina ta jest bardzo popularna w Portugalii, rośnie niemal w każdym ogródku, a nawet w przydrożnych rowach.


Często spotykaną tu rośliną ogrodową jest piękna, ale trująca datura czyli bieluń.

Niesamowite wrażenie robiły duże szafirowe kwiaty powojnika, które oplatały niczym liany eukaliptusowe drzewa i przydrożne zarośla.


Ciekawą rośliną jest albicja jedwabista, zwana też jedwabnym drzewem lub chińskim drzewem szczęścia. Jej liście zamykają się lekko nocą i w trakcie deszczu dlatego w Japonii, drzewko to nazywane jest śpiącym drzewem. Kory albicji używa się do leczenia siniaków i jako środek przeciw robakom. Strąki wykorzystywane są jako pasza dla bydła. W Portugalii mówi się na to drzewo arvore da seda.


Idąc przez las sfociłam dla Darka Tlałki jakieś portugalskie paprotniki
- zaraz mi na myśl przyszedł, jak zobaczyłam paprocie
. Zapewne u nas też takie rosną
.


Na Camino wodę można czerpać z przydrożnych źródełek, studni, „wanien”, które pełniły kiedyś, a nawet do teraz w niektórych miejscach pełnią rolę publicznych pralni. Nie wszędzie jednak jest badana i zdatna do picia, o czym informują tabliczki. Niemniej dla ochłody w upalny dzień, obmycia twarzy, czy obolałych, zmęczonych nóg, są idealne. Wodę do picia kupowaliśmy w sklepie.




Żółte strzałki i przydrożne słupki informują nas, że idziemy we właściwym kierunku
.
Dochodzimy do miejscowości Tamel. Jest tu nowo wybudowane albergue. Mieści się w byłym domu rekolekcyjnym. Ma 30 miejsc noclegowych. Obok znajduje się bar, restauracja i kościółek. Przechodzimy obok starego krzyża i kaplicy Capela Sra. da Portela i idziemy dalej.


W małym miasteczku Aborim można wypić kawę i coś zjeść.
Takie ciekawe murki budowali Portugalczycy z kamienia. Pamiętają jeszcze średniowiecze. Aż dziw bierze jak kamień potrafi być trwałym, wręcz niezniszczalnym materiałem budowlanym.

Z drogi widać już kolejną miejscowość przez którą będziemy przechodzić – Balugâes. Na zdjęciu widać niewielkie wzniesienia - będą nam od teraz towarzyszyć
.

Zanim jednak wkroczymy do Balugâes przechodzimy przez XII-wieczny kamienny most Ponte das Tabuás na rzece Rio Neiva.

Nad rzeczką siedzą wędkarze i łowią pstrągi
.

Aż się chce przysiąść i ochłodzić nad wodą, niestety opóźnienie w stosunku do pozostałej grupy mamy straszne
i pozostaje nam tylko szybko nasycić wzrok tym bardzo urokliwym miejscem
.
W Balugâes przechodzimy obok małego romańskiego kościółka św. Marcina (Igreja de São Martinho), który stoi na ładnym placyku ze starym krzyżem, otoczony oliwnymi drzewami.


Kozy i owce to częsty widok w Portugalii
.

Upał potęguje zmęczenie, zwłaszcza, gdy idzie się w pełnym słońcu.



Jaszczurkom ono jednak nie przeszkadza
.

Plecak wydaje się być coraz cięższy. Dla ochrony przed przegrzaniem trzeba ubrać coś na głowę. Coraz częściej też musimy robić postoje, żeby zrzucić ciężar z pleców i dać na chwilę odpocząć obolałym nogom.

Nawet nie chce nam się myśleć ile jeszcze drogi nam zostało. Na dodatek zielone tabliczki skutecznie próbują nam w głowie namieszać wskazując ciągle to inny (raz krótszy, raz dłuższy) kilometraż do celu – miasta Ponte de Lima.

Nic to, iść trzeba dalej, upał robi się coraz bardziej nieznośny. Dochodzimy do placu z kościołem w miejscowości Vitorino dos Piaes. Na niebie lampa. Ja i KaŚ jesteśmy już potwornie zmęczone. Gdzieś za rogiem ponoć czekał na nas Pan Gieniu, ale nie miałyśmy siły do niego dotrzeć. 

Naprzeciw kościoła była studnia z wodą.



Widząc wodę wpadłyśmy na szatański pomysł by wejść do tej studni i się trochę ochłodzić … XO. Nawet nie wiecie jak dobrze było w tym upale zrzucić buty i zanurzyć nogi w zimnej wodzie. Mam nadzieję, że św. Andrzej nam tego nigdy nie wypomni … . 

Po takiej relaksującej „kąpieli” poczłapałyśmy dalej. Teraz szłyśmy trochę przez las,

i znowu wśród winnic i pól.


Górki w tle urozmaicały krajobraz
.


W końcu baaaardzo powoli zaczęłyśmy się zbliżać do celu. Dwa razy przejść trzeba było przez drogę główną, gdzie ruch samochodowy jest bardzo duży i żaden kierowca nie zwraca uwagi na pielgrzymów. Trzeba bardzo uważać.

Koniki w jakiejś przydrożnej zagrodzie. 

W końcu zaczęły się powoli odsłaniać przedmieścia Ponte de Lima.

Piękna platanowa aleja, która prowadziła nas do centrum miasta i upragnionego albergue.

Most na rzece Trovela – Ponte de Barros.

Musiałyśmy na chwile przysiąść, na tej czerwonej ławeczce w parku.


Rzeźba z brązu w mieście.

I my – uradowane i potwornie zmęczone całym dniem wędrówki. Dotarłyśmy na miejsce ok. godz. 21.00. Ks.Tomek wraz z resztą grupy czekał na nas z mszą.
Zatrzymaliśmy się w Albergue de Peregrinos de Ponte de Lima.

Ponte de Lima to piękne miasto, niestety nie miałyśmy już sił go zobaczyć. To był najdłuższy i najbardziej wyczerpujący odcinek trasy, ale udało się
.
Jesteśmy prawie na półmetku. 
Czy ktoś powiedział, że jutro będą góry … ?
c.d.n.