Część 1 – W Portugalii
Wyruszyć
Wyruszyć, ruszyć w drogę …
Ruszyć w drogę to – przede wszystkim –
wyjść poza samego siebie.
Rozbić skorupę egoizmu,
który próbuje nas uwięzić
wewnątrz własnego „ja”.
Wyruszyć znaczy przestać krążyć
wokół samego siebie.
Jakby się było
pępkiem świata, pępkiem życia.
Wyruszyć znaczy nie dać się zamknąć
w kręgu problemów
tego maleńkiego światka, do którego się należy.
Choćby był on nie wiadomo jak ważny,
ludzkość to coś znacznie większego.
A to ludzkości powinniśmy służyć.
Wyruszyć w drogę nie znaczy przemierzać tysiące kilometrów,
przeprawiać się przez morza
czy osiągać ponaddźwiękowe prędkości.
To przede wszystkim otworzyć się na innych,
odkryć ich, ruszyć im na spotkanie.
Otworzyć się na nowe idee,
nawet na takie, które są sprzeczne z naszymi.
Przybrać postawę prawdziwego wędrowca.
/Hélder Câmara/
Kiedy rusza się w drogę, w pewnym sensie odsuwa się na bok codzienną rutynę, nawyki i przyzwyczajenia, żeby pogrążyć się całkowicie w innej, nieznanej przestrzeni. Pozostawia się za plecami wiele rzeczy – wiedząc, że się do nich wróci, ale że w tej chwili nie ma potrzeby zabierania ich z sobą, dźwigania ich ciężaru. Teraz należy patrzeć przed siebie, na to, co niespodziewanie może pojawić się na horyzoncie .[…] To pewien rodzaj wolności […].
Lubię taką wolność i pewnie nie jeden z Was też ma takie odczucie „bycia wolnym”, gdy wyjdzie z domu chociażby na krótką chwilę. W wirze pracy i codziennych problemów wielu z nas bardzo tęskni za taką wolnością. „Iść, ciągle iść w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres” – najlepiej jak najdłużej !
*****
Bilety lotnicze w obie strony mieliśmy wykupione już w styczniu. Kosztowały nas 1580 zł/os. W okresie wakacyjnym zapłacilibyśmy za nie znacznie więcej. Do Porto lecieliśmy z Katowic, a wracaliśmy do Krakowa, w obie strony Lufthansą z przesiadką we Frankfurcie. Po pobycie w Hiszpanii trzeba było wrócić do Porto, ponieważ stamtąd mieliśmy lot do Polski. Z Santiago de Compostela do Porto kursuje pociąg z jedną przesiadką w Vigo. Bilet z rezerwacją miejsca kosztuje 25,65 Euro.
Porto
Po pożegnaniu z rodzinami i ze znajomymi ruszamy 1 sierpnia z Rzyk po Mszy św., którą odprawia dla nas o północy ks.Tomek w kościele św. Jakuba. Ks.Tomek leci z nami
. Najmłodszy uczestnik pielgrzymki ma 16 lat, najstarszy 65. 
Do Porto dolecieliśmy przed południem ok. godz. 11.00 . Zegarki należy w Portugalii przesunąć o godzinę do tyłu. Ponieważ rozpoczęcie wędrówki zaplanowane było dopiero na następny dzień, mieliśmy ponad pół dnia na znalezienie noclegu, zakupienie paszportu pielgrzyma (Credencial del Peregrino) i muszli – symbolu, po którym rozpoznaje się na szlaku pielgrzymujących do Santiago czyli peregrino. Resztę czasu chcieliśmy przeznaczyć na zwiedzanie miasta.
Credencial del Peregrino i muszla pielgrzyma, którą przytwierdza się np. do plecaka. Można też zawiesić na szyi.

W paszporcie pielgrzyma wbijane są potwierdzenia w postaci stempelka (sellos) odwiedzanych na szlaku miejsc np. albergue, kawiarni, restauracji, sklepów, kościołów. Trzeba pytać i prosić o pieczątkę. Niekiedy jest wystawiona i pielgrzym sam sobie podbija w paszporcie. Na podstawie tego dokumentu wydawana jest w Biurze Pielgrzyma w Santiago compostela – świadectwo odbycia pielgrzymki. Żeby pielgrzymkę do grobu św. Jakuba uznać za odbytą, trzeba przejść pieszo co najmniej 100 km. Nikt z nas nie pomyślał nawet, żeby sobie trasę skrócić
lub w jakiś sposób ułatwić, korzystając na przykład z jakiś środków lokomocji. Oczywiście sposoby dotarcia do Santiago są przeróżne. Kilka razy spotkaliśmy na trasie grupę Chorwatów, których podwoził samochód. Bardzo dużo osób jedzie do Santiago na rowerze, nawet całe peletony
, motorem, spotykaliśmy również sporo biegaczy. Trasa ta nie jest zbyt wymagająca i doskonale nadaje się np. na rower, czy bieg. Ludzie idą samotnie, we dwoje, grupami (tak jak my) i całymi rodzinami. Nierzadko z małymi dziećmi. Różnie też traktują tę wędrówkę. Niektórzy idą z modlitwą na ustach, dla innych jest to rodzaj rozrywki, sposób na spędzenie urlopu, okazja poznania innych ludzi, zawarcia nowych znajomości, poznania innego kraju itd. Podczas tak długiej wędrówki można wszystkiego tego doświadczyć i wszystko ze sobą pogodzić.
Wróćmy do Porto 
Ze wszystkich portugalskich miast na szlaku Porto, zwane również Oporto, urzekło mnie swoją oryginalnością. Miasto leży na górzystym brzegu rzeki Douro, tuż u jej ujścia do Atlantyku, dlatego już po wyjściu z samolotu poczułam od razu morską bryzę, zapach ryb, a nad głową trzepot skrzydeł mew. Porto jest drugim co do wielkości miastem Portugalii, byłą stolicą. To od jego nazwy wzięła nazwę Portugalia. O historii miasta można sobie poczytać w necie, nie będę się nad nią zbytnio rozwodzić.


Położenie i klimat (chłodne zimy, lata gorące, ulewne deszcze) sprzyjają uprawie winorośli, którą sadzi się na tarasach na stromych brzegach. Produkuje się z niej słodkie i mocne wino – porto, trunek ceniony na całym świecie. Odkryli go, nadali mu nazwę miasta, w którym było produkowane i rozsławili angielscy kupcy. W XVIII wiecznej Europie porto podawane było na przyjęciach niemal w każdym arystokratycznym domu.
Można wybrać się do dzielnicy Vila Nova de Gaia gdzie ono powstaje i gdzie się go i rozlewa do butelek, zwiedzić winnice z przewodnikiem oraz wziąć udział w degustacji wina. Nam nie starczyło już na to czasu. Jednak wina sobie nie odmówiliśmy
Kto pił porto wie, że smakuje wyśmienicie, to słodkie, gęstawe czerwone wino wzmacniane brandy. Widziałam też, ale nie próbowałam, białe i różowe porto. Jakoś rubinowa czerwień najbardziej mi do niego pasuje
.
W restauracjach do porto podawane są jako przystawka oliwki z pestkami, zielone, czarne, małe i duże, a także bacalhau, czyli dorsz, uważany za przysmak i potrawę narodową. Ponoć Portugalczycy potrafią go przyrządzać na 365 sposobów. My mieliśmy okazję spróbować tylko jednej, bardzo popularnej wersji w formie kulek – bolinhos de bacalhau. 
W restauracji za lampkę porto płaci się od 5 do nawet 10 Euro. W sklepie na mieście kupimy sporą butelkę już od 4 Euro. Jeśli nie powstrzymacie kelnera siłą …
będzie przynosić na stół (i tak to będzie robił
) po kolei różne pyszności, którym trudno się oprzeć, a na koniec was podliczy
. Reguła jest taka, za spróbowane potrawy płacicie, za nienaruszone nie. Tylko jak tu czegoś nie spróbować, jak smacznie wygląda
.

bolinhos de bacalhau – w środku jest zmielony dorsz, ziemniaki, cebulka

Po kulinarnej dygresji wrócę do momentu przylotu do Porto.
Z terminalu udaliśmy się metrem do przylegającej do rzeki dzielnicy Ribeira. Ta część miasta jest stara, ze sporą ilością średniowiecznych zabytkowych budowli.




Niegdyś była to robotnicza dzielnica, gdzie głównie mieszkali i pracowali ludzie o niższym statusie społecznym. Dziś została wpisana na Listę UNESCO. Jest to najbardziej tętniąca życiem część Porto. Główną atrakcją jest stojąca na wzgórzu Katedra Sé, w której pierwszego dnia kupujemy paszporty pielgrzyma (koszt 1 Euro).



Dzielnica Ribeira to nie tylko wielkie kamienne budowle, ale także zaciszne kręte uliczki, na których toczy się codzienne życie. Umorusane dzieciaki bawią się na chodnikach, na dachach wylegują się koty, kobiety wieszają pranie, albo rozmawiają z sąsiadką przez okno, w małych klimatycznych kafejkach mieszkańcy spędzają przyjemnie czas. Z bogatą i nowocześniejszą częścią miasta sąsiadują biedniejsze zakątki. Pielgrzyma każdy tu poznaje, witając go promiennym uśmiechem.



Lubię zapuszczać się w takie zaułki. W takich właśnie miejscach można poczuć prawdziwy klimat tego miasta.



Po ulicach Porto kursują stare tramwaje, kolejki i kolorowe autobusy, wożące po mieście turystów.



Każda budka telefoniczna w mieście jest inna 

Portugalczycy są dumni ze swoich barw narodowych. Czerwono-zielone flagi można było zobaczyć w wielu miejscach.


Najważniejsze, co musieliśmy zrobić zaraz po przybyciu do centrum miasta to znaleźć nocleg. W Porto nie ma miejskiego albergue (rodzaj schroniska, hostelu, noclegowni dla pielgrzymów dróg św. Jakuba). Bardzo trudno jest znaleźć tu tanie miejsce noclegowe. Zapukaliśmy pod kilka adresów, ale nigdzie nie było miejsc dla 13 osób. Jedno, dwa owszem, ale dla grupy nie ma szans, albo zapełnione, albo bardzo drogie. Wyczytaliśmy w przewodniku, że kiedyś pielgrzymów pod dach przyjmowała straż pożarna, ale od jakiegoś czasu już tego nie robi. Cóż było począć, ruszyliśmy całą grupą do remizy
.

Strażacy (bombeiros) krzątali się przy swoich samochodach. Powiedzieli nam, że przy tak licznej grupie nie znajdziemy o tej porze noclegu. Wtedy negocjacje zaczęła nasz koleżanka Kasia, znająca język włoski (porozumiewaliśmy się głównie włoskim i angielskim, a także na migi
). Urok osobisty naszej koleżanki spowodował, że po jakimś pół godzinnym błaganiu komendant zgodził się przyjąć nas w budynku ochotniczej straży pożarnej w Porto
. To w jaki wspaniały sposób przyjęli nas ci ludzie, muszę opisać w kilku zdaniach.
Oddali nam do dyspozycji swoje miejsce pracy tj. pomieszczenia biurowe w remizie, gdzie mieli wszystkie dokumenty. Pozwolili korzystać ze wszystkiego co tam mieli, łazienek, natrysków. Mało tego zadbali o to, żeby panie miały swoje miejsce do spania i mycia, a panowie swoje. Dostaliśmy od nich wodę na drogę. Oddali nam klucze do pomieszczeń, po prostu w pełni nam zaufali. Część z nas spała na dywanie, a kilka osób na wolnych łóżkach strażaczek, które normalnie w remizie mieszkają. Nic więcej nie potrzebowaliśmy
. Rano oczywiście chcieliśmy za nocleg i gościnę zapłacić. Nie wzięli od nas ani centa. Panuje tu taka zasada, że pielgrzymującemu do Santiago trzeba bezinteresownie pomóc. Prosili żeby się za nich pomodlilić u św. Jakuba.
Takie sytuacje pamięta się i będzie się wspominać do końca życia. Na odchodne jeden ze strażaków, nie wiem skąd, wyciągnął baner z napisem Polska prosząc abyśmy mu się wszyscy na nim podpisali.

Tak że widzicie, na strażaków zawsze można liczyć !
Już pierwszego dnia naszej wędrówki poznaliśmy portugalską serdeczność i gościnność.
Mając zapewnione to, że nocy nie spędzimy pod gołym niebem, ruszyliśmy uradowani na miasto. Ponieważ miasto leży na wzgórzach, spacerując po nim chodzi się po wybrukowanych uliczkach w górę i w dół.
Chcieliśmy znaleźć miejsce, z którego następnego dnia ruszymy, a także zakupić credencial i otrzymać pierwszą pieczęć. Udaliśmy się więc najpierw do surowej, granitowej Katedry Sé pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Na placu przed katedrą stoi manueliński pręgierz z zachowanymi hakami oraz pomnik Vímara Pereza.


Katedra pochodzi z XII wieku, ale po wielu przeróbkach zatraciła czysty romański styl. Wygląda bardziej jak ogromny warowny zamek, niż świątynia. W środku znajduje się Kaplica Najświętszego Sakramentu, a w niej wspaniały ołtarz, powstający etapami między 1632 r. a XIX wiekiem. Pokazuje ona niezwykły talent portugalskich złotników. Złoto Portugalczycy sprowadzali z Brazylii, która była ich kolonią. Katedra jest punktem wyjściowym dla pielgrzymów. Znajduje się w niej figura św. Jakuba Apostoła, przed którą pielgrzymi proszą świętego przed wyruszeniem na szlak o błogosławieństwo na drogę.

Spacerując po mieście warto znaleźć dworzec kolejowy Sao Bento. Powstał na miejscu klasztoru benedyktyńskiego. Ściany jego hallu od podłogi po sufit zdobi 20 tys. błękitnych płytek zwanych azulejo. Mozaika przedstawia sceny z historii kraju, a jej autorem jest Jorge Colaço, jeden z największych malarskich mistrzów tej sztuki zdobienia.



Azulejo ozdobione są budynki mieszkalne, budowle sakralne i użyteczności publicznej. Oryginalne i prawie niepowtarzalne mozaiki robią niesamowite wrażenie. Azulejo podziwialiśmy na całym szlaku w Portugalii. Podobne zdobienia, ale na mniejszą skalę, spotkaliśmy także w hiszpańskiej Galicji.

Ciekawa budowlą górującą nad miastem jest Torre dos Clérigos (Wieża Kleryków), wysoka na 75,6 m wieża, wzorowana na typowych dla architektury północnych Włoch campaniles, czyli wolnostojących dzwonnicach, jakimi są np. Krzywa Wieża w Pizie czy wieża św. Marka w Wenecji, a także monumentalny budynek Paços do Concelho, w którym mieści się urząd miejski. Po lewej stronie od budynku znajduje się główne miejskie biuro turystyczne. Można w nim dostać mapki, ulotki i zasięgnąć informacji.
Torre dos Clérigos – dawniej była znakiem pomagającym zawinąć żeglarzom do portu. Dziś pokonując 225 schodów można na nią wyjść i podziwiać miasto z góry.

Paços do Concelho

Niemal 80 % Portugalczyków to katolicy. Nie sposób nie zauważyć pięknych kapliczek na fasadach domów.

Plakat zachęcał do posłuchania fado
. Jaka szkoda, że byliśmy w Porto tak krótko.

Od miejscowych sklepikarzy dowiadujemy się gdzie zakupić muszlę pielgrzyma. Okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Sprzedawane są bowiem w tylko jednym sklepiku.
Znajduje się on na naszym szlaku. Postanawiamy więc muszlę kupić następnego dnia, przy wychodzeniu z miasta.
Niestety czas nie pozwolił nam na zapuszczenie się w inne zakątki Porto, wielka szkoda. Nie udało nam się też pojechać na wybrzeże. Dzień zakończyliśmy obfitą kolacją, próbując kolejnej pysznej potrawy z kuchni portugalskiej – francesinhy. Jest to bardzo duży tost zapiekany z szynką, żółtym serem i stekiem, polany ostrym sosem winno-pomidorowym. W środku jest jeszcze jajko sadzone.
Francesinha jest bardzo kaloryczna, niezwykle sycąca i bardzo smaczna. Porcja była naprawdę bardzo duża. A żeby bomba kaloryczna była jeszcze większa zaserwowano nam do tego piwo Super Bock.
To piwo jest najbardziej popularne w Porto (cena od 1-2,5 Euro, w zależności od lokalu).
francesinha

Ciężko było zasnąć i to wcale nie przez francesinhę
, tylko w głowie kłębiły się różne myśli, jak to będzie, czy podołamy ? 
c.d.n.