176

(8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))

Poza tym: przy 80km/h gdy staniesz twarzą do wiatru to można jeszcze mniej-więcej oddychać. Jak jest 100 - nie da się. Sprawdzałem :-P

177

(8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))

kris_61 napisał/a:

^^
Dzięki za relację. smile Super! Fotki te najbardziej ekstremalne gdzieś są?

Jak zostaną wrzucone linki na forum kursu to podrzucę.


jolanta napisał/a:

big_smile mięśnie brzucha pracowały przy czytaniu tej relacji wink

Bardzo mnie to cieszy :-)

jolanta napisał/a:
Markus napisał/a:

Wiatr około 100km/h

A jak to poznać z jaką prędkością wieje? Jak oszacować? hmm

Ja się opieram na doświadczeniu i prognozach pogody: mniej-więcej wiem jak mną miota przy różnych prędkościach wiatru przepowiadanych przez prognozę pogody. Tym samym wiem też, że mój namiot powinien wytrzymać podmuchy boczne około 60-80km/h. Do tego kwestia, od około 70-80km/h śnieg pada poziomo.

178

(8 odpowiedzi, napisanych Beskidy (polskie, czeskie i słowackie))

Witam!

Kolejny weekend to i kolejny wyjazd kursowy. Kurs, niestety, skutecznie omija Beskid Mały, ale nic to - są na terenie uprawnień góry równie wymagające co podejście na Chrobaczą Łąkę. Właśnie na taką pojechaliśmy...

Nasza opowieść zaczyna się w piątek o 16:16 w odjeżdżającym właśnie pociągu z Katowic do Żywca. 15 minut później za oknem robi się już absolutnie ciemno co wyzwala we mnie potrzebę zwerbaliwania przemyśleń: "k***a, panowie, to jest kretynizm wcielony - jest po zachodzie słońca, a my nawet na pogórzu nie jesteśmy". "Panowie" ponieważ jedzie nas szalona grupa trzech osób - dwaj kursanci Marki i jeden przewodnik Bartek. W Żywcu przesiedliśmy się na PKS do Przyborowa i już po 19:00 byliśmy pod sklepem w Moczarkach, gdzie spokojnie złupaliśmy bronka i kupiliśmy jednego na Mędralową. Zostałem wyznaczony do prowadzenia tej jakże licznej grupy, opowiedziałem zatem co nieco o Przyborowie i znajdującej się tam kapliczce, po czym poszliśmy w góry. Zielony szlak wyprowadził nas na jakąś plankę, z której (obowiązkowo!) strzeliliśmy panoramkę i poszliśmy dalej na Mędralową Zachodnią, gdzie ponownie: kilka słów o Słowacji i ruchu turystycznym w strefie granicznej, a potem szybko do bacówki na Mędralowej. Problemów ze znalezieniem brak. W środku zastajemy dwóch turystów z Krakowa palących ogień. Niestety na 'poddaszu' taka wędzarnia, że decydujemy się spać na dole. Jeszcze tylko posiłek, piwo i do śpiworów przy opowieściach o ukochanych Wołochach. Słowo o śpiworze: kupiłem jakiś czas temu za szalone 110zł śpiwór syntetyczny Grizzly Troll 700. Teoretycznie ma komfort +2 stopnie. Teoretycznie, bo w nocy było przynajmniej -5 i się całkiem wyspałem budząc się tylko dwa razy, żeby się podciągnąć, bo spadałem z maty (kto spał na Mędralowej wie o czym mowa ;-)). Mata, na szczęście, nie była wysoka więc nic mi się nie stało.

Sobota zaczyna się od wyjrzenia z bacówki i stwierdzenia, że pada śnieg. Zbieramy się i lecimy na Markowe Szczawiny rozprawiając po drodze o mateczce Austrii na tych terenach, rodzie Komorowskich i innych takich ciekawostkach. I o ukochanym Głównym Beskidzkim, Górnym i Dolnym Płaju, etc. Spiżdżeni dotarliśmy do schroniska, gdzie spotkaliśmy się z resztą ekipy, szaloną liczbą pięciu sztuk, którzy wymiękli i nie chcieli spać na Mędralowej. Po spożyciu piwa, herbaty, kanapek i innych frykasów prowadzący wyjazd stwierdził na szczęście, że nie idziemy przez Akademicką Perć, a po bożemu - przez Bronę. Później jawiło się nam to chyba najlepszą decyzją tego dnia. W padającym bez litości drobnym śniegu wspięliśmy się na Przełęcz Brona (1408) i ruszyliśmy na Diablak. Rzeź niewiniątek zaczęła się jeszcze w kosówce. Wiatr około 100km/h, południowy, śnieg i widzialność na poziomie czubka nosa. Szczęśliwie Magda nie miała problemów z orientacją, co jednak nie zmienia faktu, że spiździało nas tego dnia po raz drugi. Śniegu na szczycie niewiele - kamienie nadal wystają. Jednak miejscami zapadaliśmy się powyżej kolan, żeby nie napisać że po jaja/jajniki. Wot, PMS Królowej Beskidów... Z szczytu zamiast panoramy było stwierdzenie, że spadamy. Prowadzenie przejął Michał i dość sprawnie sprowadził nas na poziom kosówki, a potem do lasu, gdzie było już spokojnie. Na tyle spokojnie, że trzeba było wyjąć czołówki, skoro zatem plecaki spadły z pleców to trzeba było też coś zjeść i tak chwila przerwy zrobiła się dłuższą. Gdy w końcu zeszliśmy do Rajsztadu (masakryczne zejście, ślisko jak fix, kolana cierpią na takich stromych zejściach) zaczął się wręcz bieg, ponieważ na tym wyjeździe pulpa miała być tematyczna: południe! Ostry sos, ser feta i mozzarella, kukurydza i fasolka. Wyszło godnie. Niestety, godnie kosztowało nas 30zł (ale gdybyśmy to chcieli robić w szałasie na palnikach to pewnie bym nie pisał tych słów tylko rzucał kur*ami w stronę "zimowej" mieszanki gazu... Na Mędralowej woda gotowała się tak cholernie długo, że masakra) w agroturystyce u bardzo miłych gospodarzy. Chwilę jeszcze pogadaliśmy, ale wszyscy popadali jak muchy, więc padlim i my.

Niedziela to spokojne przejście z miejsca naszego noclegu - Kiczor - do Orawskiego Parku Etnograficznej w Zubrzycy Górnej. Najpierw srogo bez szlaku, a potem znanym nam już rajsztagiem. Pogoda dzisiaj dopisała, więc faktycznie zrobiliśmy jakaś-tam panoramkę z zielonego szlaku schodzącego do Zubrzycy, kosztowało nas to opieprz od pani przewodniczki w skansenie, ponieważ spóźniliśmy się 10 minut ;-) Skansen polecam gorąco. Dawno nie byłem w tym w Zawoi Markowej, ale kojarzę, że był nudny jak sto pieronów. A w Zubrzycy całkiem przyjemnie. Mimo niezbyt przyjemnych współzwiedzających. Po nieco ponad godzinnej wycieczce postanowiliśmy się ogrzać (niby ładna pogoda, ale zimno jak skurczybyk) i spożyć termos herbaty wraz z tabliczką czekolady. Bartek i ja postanowiliśmy zaoszczędzić i wrócić stopem. W Zubrzycy złapaliśmy drugi przejeżdzający w stronę Zawoi samochód. Przyjemny kierowca podrzucił nas aż do Wideł, skąd w 15-20 minut złapaliśmy kolejnego stopa, w stylu "na czapkę", gdyż Bartek miał 30-letnią czapkę-uszatkę, identyczną jak kierowca. Pan podwiózł nas do skrzyżowania na Przysłop, gdzie złapaliśmy kolejnego stopa, do Suchej. Tym razem - na polary i stuptuty (turysta). W Suchej Beskidzkiej sterczeliśmy 45 minut aż zatrzymało się przyjemne małżeństwo, również turyści wracający z Babiej. Wielkim Mercedesem Vito zawieźli nas do samego Bielska, gdzie już pojechaliśmy pociągiem.

Na całym wyjeździe miałem włączony logger GPS i mam nadzieję, że powstał w miarę porządny log. Jutro się pewnie zbiorę do wrzucenia go w GPSies.

Pozdrawiam i dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż do tych słów nie uderzywszy wcześniej nosem w klawiatury.

179

(25 odpowiedzi, napisanych Planowane wycieczki)

Ja bardzo chętnie, ale najbliższe cztery weekendy mam zajęte wyjazdami w góry. :-( Jakiś pomysł na termin? Osobiście celowałbym w nockę, kiedy będzie pełnia i czyste niebo - można wtedy i bez czołówek chodzić.

180

(121 odpowiedzi, napisanych Off-Topic)

Ja chciałem powiedzieć tylko, że jedyne co przychodzi mi do głowy to klasyczne określenie, że ta budowa to "jawne skur*ysyństwo". Ciekawe kto wydał pozwolenie na budowę na terenie parku krajobrazowego i ile za to wziął. hmm

181

(2 odpowiedzi, napisanych Off-Topic)

Jak donosi bielska Gazeta Wyborcza...: http://bielskobiala.gazeta.pl/bielskobi … ejne_.html
:-(

182

(5 odpowiedzi, napisanych Opinie o sprzęcie)

piotr napisał/a:

Przy dobrej pogodzie i braku opadów śniegu do biwakowania w zimie wystarczy nawet Marabut Gwinea.

Przy dobrej pogodzie to pewnie i jama śnieżna w połączeniu z płachtą biwakową i dobrym śpiworem wystarczy. Problem będzie, jak przyjdzie załamanie pogody, a od tego ma w końcu taki domek chronić, nie? Mam kumpla, któremu dobry namiot życie uratował. Dosłownie. No, miało w tym udział też dwóch Norwegów, ale namiot zrobił swoje, bo wytrzymał bez problemów huraganowe wiatry. Kumpel testament spisał, do tej pory go ma w domu i się z perspektywy czasu śmieje, ale wtedy zabawnie to pewnie nie było.

183

(19 odpowiedzi, napisanych Off-Topic)

darkheush napisał/a:

No i przede wszystkim pytanie do marcus'a. Czy ten materiał można by było wykorzystać w sieci - w prostym domyśle na stronie BM??? (Muzykę się wytnie - prawa autorskie do kompozycji, pozostanie sam wywiad z Tobą). Oczywiście podane będzie źródło nagrania, nie chcę się rządzić za Lowell'a, ale pewnie jakieś linki czy też bannerek radia Egida znajdzie się na forum.

Zapytam, zapytam. Ale pewnie nie będą robić problemów. Jakbym nie odpowiadał w tej kwestii to przypomnij się via GaduGadu. Istnieje też szansa, że wyciągnę podcasta bezpośrednio z radia.

Dariusz Tlałka napisał/a:

Fajnie że było o nas słychać w radiu smile Została jeszcze telewizja wink

Też w końcu załatwię, spooooooko. ;-P

184

(19 odpowiedzi, napisanych Off-Topic)

Witam!

Mimo złego samopoczucia (na zlot nie pojadę. Znów :-() idę dzisiaj jednak do Radia Egida. Znajoma prowadząca audycję nakreśliła zakres tematyczny, która zawierał również, cytuję: "no, to wiesz... to forum Beskidu Małego czy jak mu tam". Zatem zapewne zostanie wspomniane między 17:30 a 19:00 na antenie Radia Egida. Zapraszam do słuchania, można przez internet: http://www.egida.us.edu.pl

185

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

Kufa! Jak już mam czas i pieniądze, to zaczyna mnie jakieś choróbsko rozkładać... :<<

186

(5 odpowiedzi, napisanych Opinie o sprzęcie)

Jak masz ten 1000zł i chcesz namiot zimowy to wal w Marabuta Baltoro z fartuchami. Kilkoro znajomych go ma i bardzo chwalą, tylko ta cena...

187

(5 odpowiedzi, napisanych Opinie o sprzęcie)

Witam!

Przez pół roku użytkowania namiot przeszedł trochę, więc skrobnę co nieco.
Z danych technicznych:
Osobowość: 2,5 (dwóch chłopa po 180cm wzrostu zostawia miejsce dla drobniutkiej dziewczyny ;->)
Masa: 1,8kg
Wymiary sypialni (dł/szer/wys): 210/110/100cm (szerokość w nogach jest mniejsza o około 25cm)
Wodoodporność podłogi: ponoć 5000mm/m^2
Wodoodporność tropiku: ponoć 2500mm/m^2
Typ: tunelowy, stelaż wewnętrzny
Stelaż: aluminiowy, dwa pałąki
Szpilki: aluminiowe, 14 sztuk
Kolor: oczoj*bny pomarańczowy

Zacznijmy od początku, czyli od noszenia. Namiot jest leciutki, a rozłożenie go na części (szmaty, szpilki, stelaż) pozwala na spokojne przytroczenie na szerokość do plecaka. Namiot jest dwuosobowy, ale jedna osoba bez problemów poradzi sobie z jego rozstawieniem, nawet jak nie ma w tym doświadczenia. Stelaż zielony trzeba przełożyć przez zielony element sypialni, różowy - przez czerwony element sypialni. Proste i logiczne. Tropik mocowany jest na czterech rzepach do stelaża i czterech klamerkach plastikowych do podłoża (system FastClick), co sprawia, że jest bardzo wygodny, a gdy mamy do dyspozycji zamknięte pomieszczenie i musimy rozbić namiot, możemy to w sumie zrobić wewnątrz (raz tak robiłem) a w deszczu wbić tylko szpilki. Przy braku opadów można ustawić jednak samą sypialnię, która może stać na czterech szpilkach, o ile nie wieje. Skoro mowa o opadach - namiot przeżył ze mną opady deszczu ze śniegiem (stał 12 godzin na tymże deszczu ze śniegiem) oraz potężną 4-godzinną ulewę, nic mu nie było. Ostatnio nawet został rozstawiony na wietrze, który normalnie to miał z 50-60km/h, a w porywach ze dwa razy tyle. Niestety, rozstawiłem go niestrategicznie i był bokiem do wiatru, co sprawiło, że miotało nim przy każdym podmuchu, ale nie odfrunął.
Przedsionek jest mały, ale bez problemów mieszczą się dwa plecaki i dwie pary butów, gotowania w nim bym się jednak nie podjął. Jedyną wadą jest fakt, że przy pionowym deszczu próba wejścia do namiotu kończy się odeszczeniem sypialni.
Zamek sypialni, oczywiście, dwukierunkowy, konstrukcja wejścia sprawia, że "drzwi" wpadają do namiotu, można je spiąć. Przy wejściu do sypialni po prawej i lewej stronie znajdują się dość pakowne kieszonki, rozmiarów mniej-więcej mapy.
Bergson wpadł na genialny pomysł, mianowicie dwa dość krótkie odciągi mają w sobie odblaskowe nitki, co sprawia, że nocą trudniej się o nie potknąć.
Ja jestem w posiadaniu wersji starszej - lżejszej, ale bez fartuchów śnieżnych, nowy (sprzedawany od 2009 roku) ma fartuchy ale i masę 2,0kg.
Przy całej fajności tego namiotu ma on jedną wadę: cenę. Nowy kosztuje 900zł, a za taką kasę to spokojnie można kupić potężnie wyprawowego, zimowego Marabuta (o dwukrotnie większej masie, ale coś za coś). Choć ów Bergson onyj, jest namiotem trójsezonowym, planuję jednak i tak sprawdzić go zimą.

Witam!

Kolejny wyjazd kursowy, kolejne przyjemności... Kilka słów z kursowego wyjazdu w Beskid Sądecki i Pieniny, który odbył się od 11 do 14 listopada tego roku.

Gdy kładłem się spać w czwartek, 11 listopada o godzinie 0:13 wymruczałem do siebie: "k5a, człowiek jest głupi, zamiast po bożemu spać w długi weekend to wstaje o 5:45, żeby jechać w góry, marznąć i się męczyć". Po tym jak padło ostatnie słowo padłem i ja, nie pamiętam żebym uderzył głową w poduszkę, więc pewnie zasnąłem po drodze. Budzik wybrzmiał brutalnie o 5:45 rano, włączyłem drzemkę i zacząłem dzień cytując sobie w głowie pierwsza słowa jakże zacnie optymistycznej pieśni - http://www.youtube.com/watch?v=WwXBAe32nyo
Ostatnie dopakowanie (rano miałem lekki plecak. Potem wpakowałem do niego mięso...) i wio na autobus. W Krakowie spotykam się z resztą ekipy. Aż dziwne, 19 osób w sumie, mam lęki. Cudem dostajemy się do autobusu do Szczawnicy - koleżanka weszła do autobusu i powiedziała spokojnie: "dzień dobry, poproszę 14 biletów ulgowych i pięć normalnych". Pan kierowca zrobił wielkie oczy, przepowiedział prawie trzysta złotych i poprosił i wsadzenie bagaży do luku. Gdy już wszystko upchaliśmy, w tym przy użyciu butów, zasiedliśmy w autobusie. Szczęścia osób, które zostały przed autobusem nie daje się opisać. W autobusie gadu-gadu i nagle przypominam sobie o wielkim błędzie jaki popełniłem - nie kupiłem sobie piwa na wieczór... A tu 11 listopada, święto narodowe... Już miałem zacząć rozpaczać, gdy z pomocną dłonią wyszedł jeden z kolegów. Ufff! Około godziny 11:00 lądujemy w Tylmanowej. Przepakowanie, pare słów o wsi, o przełomie Dunajca, etc i lecim na Jaworzynkę. Podejście straszliwie daje nam w kość, ale trafia się małobeskidzki kandydat GOPRowski, wspomina o Jawornicy i akcji obrony krzyża. Okazuje się, że świat jest mały, ale o tym przekonam się jeszcze dwa razy na tym wyjeździe. Z Jaworzynki wyskakujemy na moment na Błyszcz, tam się posilamy i lecimy na Dzwonkówkę. Tutaj wchodzimy na Główny Szlak Beskidzki, który (na szczęście) na tym odcinku znam. Po zmroku obrywa mi się prowadzeniem ekipy, od przełęczy Przysłop (pod Dzwonkówką) do Przehyby. Jest to kolejny, morderczo się wlekący fragment, ale o 19:15 docieramy do schroniska. Na ustach wszystkich uczestników wyjazdu goszczą dwa słowa: "piwo" i "żurek". Wyobraźcie sobie nasz wku*w, gdy zastajemy na bufecie karteczkę 'dzisiaj czynne do 19:00'... Cudem udaje nam się jednak wynegocjować wiadro zupy, wiadro piwa i wiadro wrzątku (tylko ostatnie proszę traktować dosłownie. Reszty, oczywiście, było więcej). Łupiemy po bronku i spadamy na Halę Konieczną, gdzie mamy zaplanowany nocleg. Docieramy na miejsce o 21:00, śpiewając po drodze pieśni patriotyczne, wszak mamy święto niepodległości. Na hali następuje podział ról, mnie i koledze dostaje się znalezienie wody, co okazuje się być proste. Szybko przyciągamy na miejsce prawie 20 litrów wody ze źródła. Ognisko już płonie, gdzieś poniewiera się jakieś dookołakrążące piwo... Korzystam z chwili i rozkładam namiot. Ponieważ jest to tunelik o drobnym stelażu to staram się go ustawić możliwie dokładnie "wzdłuż" wiatru. Wciągamy gar pulpy, siadamy przy ognisku i wtedy zaczyna się pizgawiczna masakra. Doszły do nas prognozy o wietrze do około 120km/h, ale jakoś w nie nie chcieliśmy wierzyć... Jednocześnie okazało się, że wiatr zmienił kierunek, dokładnie o 90 stopni, więc napiera dokładnie na ścianę namiotu a jest tak silny, że nie ma opcji, żeby bezpiecznie przestawić namiot. W nocy co chwilę budzę się na okoliczność mocnych podmuchów wiatru, za to jest mi ciepło. Śpiwór dał radę (o śpiworze i namiocie skrobnę co nieco w sekcji sprzętowej).

Piątek. Zaczyna się od pobudki o 6:20, ponieważ moja namiotowa współlokatorka ma zrobić pobudkę reszcie ekipy. Obserwujemy bogaty acz wietrzny wschód słońca. Ktoś rzuca: "zbiera się na deszcz". Stwierdzamy, że na Hali Pizgawicznej... Tfu! Koniecznej śniadania nie zrobimy. Idziemy. Podejmujemy też decyzję, że robimy trawers Złomistego Wierchu, Małej Radziejowej i Radziejowej. Wcześniej jednak, na środku drogi leśnej robimy śniadanie. Zaczyna padać, kanapki trafiają pod parasol. O ile trawers Złomistego i Małej Radziejowej udał się wybornie, a klimat był potężny - przestało padać, zaczęła się robić delikatna mgła... Istny tropik, coś pięknego, nie do opisania, nie do oddania na najlepszym nawet zdjęciu, o tyle trawers Radziejowej również wyszedł idealnie, znaleźliśmy się 3 minuty od szczytu, więc idziemy na niego (a mieliśmy trafić na Przełęcz Żłobki, chyba ze sto metrów niżej...). Gdzieś pod koniec "trawersu" pada z ust prowadzącego załogę słowo: "trawersujemy!" a wyciągnięta w rzymskim pozdrowieniu ręka ma tylko podkreślić zacność i trawersowość tegoż "trawersu".  Z wieży widokowej wiatr próbuje nas zwiać, mimo to oglądamy panoramkę, nazywamy niektóre szczyty, w takich warunkach możemy się spodziewać, że rozłożenie mapy skończy się jej podarciem albo epickim lotem. Pod wieżą ponowna zmiana prowadzącego i mały popas. Spokojnie schodzimy na Żłobki (nienawidzę Radziejowej od/do tej przełęczy!) i powoli posuwamy się do Jaworek. Tam rzucamy okiem do Muzycznej Owczarni i idziemy do karczmy Jaworki. Niestety, dwu-, cztero- czy nawet ośmioosobowe stoliki są dla nas za małe, piwo po sześć albo osiem złotych za drogie, a białe obrusy jakoś mało pasują do niemytych dwa dni turystów z plecorami mających plan spać pod namiotami drugą noc z rzędu. Lądujemy w barze "Pokusa", gdzie piwo kosztuje 3,50zł (!), za 10zł można dostać dość zdrową porcję pierogów albo średniej jakości hamburgera za 5zł. Jeszcze tylko szybkie zakupy i włazimy (jest mniej-więcej 19:30...) do wąwozu Homole. Utwierdzam się tylko w przekonaniu, że mające rzekomo pomóc kamienie na ścieżce ssą pałę. Po tym się chodzić nie da! Nazwijmytooglądamy wąwóz i wychodzimy na miejsce, gdzie w lipcu i sierpniu wesoło stoi baza namiotowa. Cudnie jest. Dostęp do wody (na upartego można by się nawet umyć...), jakaś wiata, okupowana przez dwóch turystów, polana jest w kotlinie, więc nie wieje, materiały na ognisko też się znalazły. Drugie i ostatnie tego wieczoru piwo kończę około 0:30 w sobotę, ale impreza trwała do okolicy 2:00.

Sobota to na początek skrobanie w namiot koleżanki organizującej życie obozu o poranku. O 7:00. Zbieramy się do 9:30 i wychodzimy na Wysoką. Panorama nie ma końca, ciągnie się aż do słowackiego Vyhorlatu i polskich szczytów Bieszczadów, o Tatrach nie wspominam, bo te widać jak na dłoni. Na zachód, również bez problemów widoczna Babia, Pilsko i Racza. Pewnie byśmy tam i pół dnia spędzili, ale nie mamy go, widzialność jest żyleta. Wyż robi swoje. Robię kilka zdjęć telefonem (:-() i wysyłam do znajomych. Jeden odpisuje mi krótko i na temat: "Spierdalaj.". Chyba był w pracy. Z Wysokiej idziemy spokojnie na Durbaszkę, gdzie dość szczegółowo rozpykujemy panoramkę. Mnie, na szczęście, prezentacja tejże dopadła pod Wysoką, teraz tylko obserwuję jak inni się męczą. Widzialność nadal żyleta, gdzieś na horyzoncie poniewiera się wyraźnie widoczny Jasień czy Modyń. Schodzimy do schroniska, w którym spotykamy wielki napis, że schronisko jest ośrodkiem edukacyjnym i nie prowadzi piwa. Padają takie słowa jak "czuję się jakby mi ktoś dał w mordę" czy "to trzeba gdzieś zgłosić! Policji!". Wzywam do bojkotu niepiwnych schronisk! Skandal! Nic to. Kupimy na przełęczy Lipnik, już na Słowacji. Ruszamy pod Wysoki Wierch, który tym razem skutecznie trawersujemy i trafiamy na żółty szlak. Widoki nadal są boskie, aż chce się pieprznąć plecakiem i siedzieć, jednak na przełęczy kolejny skandal! Budka z piwem jest zamknięta! Dochodzi do rozłamu. Jeden człowiek zbiega do Wielkiego Lipnika i kupuje piwo, a my sobie spokojnie idziemy na spotkanie, wcześniej siedząc nad nieboskimi ilościami czekolady i innego jedzenia. W końcu z zapasem wody ze źródła Wapiennik dochodzimy na polanę na przełęczy Cerla, gdzie znajdujemy, jak okazało się rano, idealne miejsca na namioty. Sprawnie gotujemy kolację i trochę drzemy ryje do gitary.

Niedziela. Ponieważ spaliśmy na terenie parku, wstajemy o 6:00, co okazuje się być jedną z lepszych decyzji tego wyjazdu, ponieważ obserwujemy nieopisywalny wschód słońca, morze mgieł i generalnie... No, do tej pory mam to przed oczami. Cudo. Odgrzewamy pulpę z dnia poprzedniego, robimy trochę kanapek i lecimy do Czerwonego Klasztoru. Tam chwilę gadamy o klasztorze i ja z koleżanką wychodzimy na wybitnie nieruchliwą szosę na stopa. Zatrzymuje się dla nas pierwszy samochód, pan podwozi nas do skrzyżowania z drogą na Poprad, gdzie łapiemy kolejnego stopa, do Keżmarku. Po mieście chwilę się poniewieramy i mamy w planie nawet szukać jakiejś alternatywy, ale w końcu udaje nam się złapać kolejnego stopa do Popradu. Tutaj już nie mamy tyle szczęścia. Godzina stopowania nie daje rezultatów, więc udajemy się na pociąg. I to jaki... Ten widok na Tatry... Ech... W Żylinie łapiemy przesiadkę do Czadcy, gdzie oglądamy paskudny dworzec kolejowy, a potem już do Polski...

Niniejszym chciałem też stwierdzić, że świat jest mały. Otóż, dwóch forumowiczów - Darek i ufok83 - podwoziło moich znajomych z kursu, a nasz lokalny Kaper jest kojarzony przez innego człowieka z kursu.

189

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

angi napisał/a:

Ja ze swojej strony dodam zapytanie czy będzie "laptok" big_smile ? Bo mam zamiar przygotować krótki około 30 minutowy pokaz slajdów... a tematyki nie zdradzę niespodzianka smile

O właśnie, jakieś miały być slajdy i tematowi się zmarło. Też mogę coś przytargać, tyle że potrzebuję trzy razy tyle czasu, co wujek angi.
W piątek się dowiedziałem, że jadę, ponieważ lokalne bóstwo nieodbywania się szkoleń goprowskich mnie wysłuchało, a piszę o tym dopiero teraz, bo pół godziny temu zjadłem obiad, pierwszy normalny od środy. Muszę przeanalizować trasę Darka, bo mówiąc szczerze to miałem pomysł na dojście od południa (mam tam porachunki z kilkoma szlakami).

Odnośnie pizzy - jestem jak najbardziej za, pytanie tylko, czy ciągniemy tam składniki na ciasto, czy idziemy w gotowe spody do pizzy?

190

(20 odpowiedzi, napisanych Uwagi na temat strony)

baca napisał/a:

Brakuje mi przeszukiwarki forum Nie da się coś z tym zrobić?

http://www.beskidmaly.pl/pun/search.html

191

(20 odpowiedzi, napisanych Uwagi na temat strony)

darkheush napisał/a:

Co do "Skrzyneczek w BM" już kiedyś proponowałem Prezesowi takie rozwiązanie. Co jeszcze masz na myśli???

Całość "Kącika użytkowników". Jak sama nazwa wskazuje - jak ktoś chce mieć do niego dostęp, to niech zostanie użytkownikiem.

192

(20 odpowiedzi, napisanych Uwagi na temat strony)

Z jednej strony rozumiem, że jesteśmy otwarci, ale jednak część "Kącik użytkowników" to bym udostępnił tylko użytkownikom. Co Admin i spółka na to?

193

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

piotr napisał/a:
marcus napisał/a:

Zamiast kocówy przegonimy admina po górach ;-P

Plan, oświadczam, powstaje. I nawet jak wyjdzie, że nie pojadę to liczę, że go zrealizujecie.

He he he. Nie no, Marcus, ty mnie zawsze rozwalasz tongue

Noconoconoco?! ;-))
Ja mam poważną nadzieję, że śniegu nawali do tego czasu i że nikt samochodem nie wjedzie na przełęcz Kocierską. :-P
Powstało w sumie kilka wariantów 5-7 godzinnych. Plus fakt, że zamierzam jechać w piątek rano i połazić jeszcze (o ile mi szkolenia nie wpieprzą...), bo zostało mi kilka szlaków w Małym do przejścia i chcę z tym skończyć :-P


ufok83 napisał/a:
marcus napisał/a:

Piwo przecież będzie na miejscu... ;-)

Jakie piwo? Ja miałem na myśli soki domowej roboty tongue

A to przepraszam i zgłaszam się na tragarza.

194

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

Piwo przecież będzie na miejscu... ;-)

195

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

Zamiast kocówy przegonimy admina po górach ;-P

Plan, oświadczam, powstaje. I nawet jak wyjdzie, że nie pojadę to liczę, że go zrealizujecie.

196

(146 odpowiedzi, napisanych Planowane zloty)

darkheush napisał/a:

15,16 - Marcus + 1???

15. Znajoma pracuje. :-( (a ja nadal nie wiem, czy pojadę...)

piotr napisał/a:
marcus napisał/a:

Mój aparat, a w zasadzie jego bakterie, odmówiły posłuszeństwa, jak na jednej bakterii powstanie 30 zdjęć to sukces... :-/

Jeżeli to paluszki (AA), to kup nową generację (GP Recyko lub Sanyo Eneloop) a nie będziesz musiał co tydzień ładować diabelstwa (i co pół roku wymieniać baterii wink).

No niestety, bakterie dedykowane. :-(

piotr napisał/a:

Niestety Marcus, ale rację ma darkheush (w słownikach bywają błędy tongue) - bywam w tych rejonach od wielu lat i nigdy nie słyszałem, żeby ktoś odmieniał tę nazwę jako "Lubienia" natomiast wielokrotnie słyszałem formę "Lubnia" (poza tym jest krótsza).

Zostanę przy swoim, Panowie pozwolicie. Dla mnie słownik PWN to świętość i jak powstanie tam słowo "dópa" to będę tak własnie je pisał.

Zapytam tych, co mieszkają w Lubieniu. :-P

darkheush napisał/a:
marcus napisał/a:
poonky napisał/a:

Szanowny PPP (Przyszły Panie Przewodniku)

Lubień - z Lubnia wink

Moje poczucie gramatyki podpowiada, że z Lubienia. Słownik PWN również: http://so.pwn.pl/lista.php?co=Lubie%F1

Obawiam się marcus, że jesteś w błędzie KLIK

Obawiam się, że zaufam słowniku (sic). Głównie dlatego, że ludzie piszą różne rzeczy, niekoniecznie zawsze poprawne.

poonky napisał/a:

Szanowny PPP (Przyszły Panie Przewodniku)

Lubień - z Lubnia wink

Moje poczucie gramatyki podpowiada, że z Lubienia. Słownik PWN również: http://so.pwn.pl/lista.php?co=Lubie%F1


piotr napisał/a:

Marcus świetny tekst. Masz talent satyryczny wink. Ale gdzie są - ja się pytam - zdjęcia????

Satyryczny? Toć ja wszystko z tak śmiertelnie poważną miną pisałem, że matkozcórką! ;-))
Zdjęcia... Tym razem to już bieda absolutna, nie mam nic. Mój aparat, a w zasadzie jego bakterie, odmówiły posłuszeństwa, jak na jednej bakterii powstanie 30 zdjęć to sukces... :-/