Temat: Patriotyczny Beskid Pizgawiczny
Witam!
Kolejny wyjazd kursowy, kolejne przyjemności... Kilka słów z kursowego wyjazdu w Beskid Sądecki i Pieniny, który odbył się od 11 do 14 listopada tego roku.
Gdy kładłem się spać w czwartek, 11 listopada o godzinie 0:13 wymruczałem do siebie: "k5a, człowiek jest głupi, zamiast po bożemu spać w długi weekend to wstaje o 5:45, żeby jechać w góry, marznąć i się męczyć". Po tym jak padło ostatnie słowo padłem i ja, nie pamiętam żebym uderzył głową w poduszkę, więc pewnie zasnąłem po drodze. Budzik wybrzmiał brutalnie o 5:45 rano, włączyłem drzemkę i zacząłem dzień cytując sobie w głowie pierwsza słowa jakże zacnie optymistycznej pieśni - http://www.youtube.com/watch?v=WwXBAe32nyo
Ostatnie dopakowanie (rano miałem lekki plecak. Potem wpakowałem do niego mięso...) i wio na autobus. W Krakowie spotykam się z resztą ekipy. Aż dziwne, 19 osób w sumie, mam lęki. Cudem dostajemy się do autobusu do Szczawnicy - koleżanka weszła do autobusu i powiedziała spokojnie: "dzień dobry, poproszę 14 biletów ulgowych i pięć normalnych". Pan kierowca zrobił wielkie oczy, przepowiedział prawie trzysta złotych i poprosił i wsadzenie bagaży do luku. Gdy już wszystko upchaliśmy, w tym przy użyciu butów, zasiedliśmy w autobusie. Szczęścia osób, które zostały przed autobusem nie daje się opisać. W autobusie gadu-gadu i nagle przypominam sobie o wielkim błędzie jaki popełniłem - nie kupiłem sobie piwa na wieczór... A tu 11 listopada, święto narodowe... Już miałem zacząć rozpaczać, gdy z pomocną dłonią wyszedł jeden z kolegów. Ufff! Około godziny 11:00 lądujemy w Tylmanowej. Przepakowanie, pare słów o wsi, o przełomie Dunajca, etc i lecim na Jaworzynkę. Podejście straszliwie daje nam w kość, ale trafia się małobeskidzki kandydat GOPRowski, wspomina o Jawornicy i akcji obrony krzyża. Okazuje się, że świat jest mały, ale o tym przekonam się jeszcze dwa razy na tym wyjeździe. Z Jaworzynki wyskakujemy na moment na Błyszcz, tam się posilamy i lecimy na Dzwonkówkę. Tutaj wchodzimy na Główny Szlak Beskidzki, który (na szczęście) na tym odcinku znam. Po zmroku obrywa mi się prowadzeniem ekipy, od przełęczy Przysłop (pod Dzwonkówką) do Przehyby. Jest to kolejny, morderczo się wlekący fragment, ale o 19:15 docieramy do schroniska. Na ustach wszystkich uczestników wyjazdu goszczą dwa słowa: "piwo" i "żurek". Wyobraźcie sobie nasz wku*w, gdy zastajemy na bufecie karteczkę 'dzisiaj czynne do 19:00'... Cudem udaje nam się jednak wynegocjować wiadro zupy, wiadro piwa i wiadro wrzątku (tylko ostatnie proszę traktować dosłownie. Reszty, oczywiście, było więcej). Łupiemy po bronku i spadamy na Halę Konieczną, gdzie mamy zaplanowany nocleg. Docieramy na miejsce o 21:00, śpiewając po drodze pieśni patriotyczne, wszak mamy święto niepodległości. Na hali następuje podział ról, mnie i koledze dostaje się znalezienie wody, co okazuje się być proste. Szybko przyciągamy na miejsce prawie 20 litrów wody ze źródła. Ognisko już płonie, gdzieś poniewiera się jakieś dookołakrążące piwo... Korzystam z chwili i rozkładam namiot. Ponieważ jest to tunelik o drobnym stelażu to staram się go ustawić możliwie dokładnie "wzdłuż" wiatru. Wciągamy gar pulpy, siadamy przy ognisku i wtedy zaczyna się pizgawiczna masakra. Doszły do nas prognozy o wietrze do około 120km/h, ale jakoś w nie nie chcieliśmy wierzyć... Jednocześnie okazało się, że wiatr zmienił kierunek, dokładnie o 90 stopni, więc napiera dokładnie na ścianę namiotu a jest tak silny, że nie ma opcji, żeby bezpiecznie przestawić namiot. W nocy co chwilę budzę się na okoliczność mocnych podmuchów wiatru, za to jest mi ciepło. Śpiwór dał radę (o śpiworze i namiocie skrobnę co nieco w sekcji sprzętowej).
Piątek. Zaczyna się od pobudki o 6:20, ponieważ moja namiotowa współlokatorka ma zrobić pobudkę reszcie ekipy. Obserwujemy bogaty acz wietrzny wschód słońca. Ktoś rzuca: "zbiera się na deszcz". Stwierdzamy, że na Hali Pizgawicznej... Tfu! Koniecznej śniadania nie zrobimy. Idziemy. Podejmujemy też decyzję, że robimy trawers Złomistego Wierchu, Małej Radziejowej i Radziejowej. Wcześniej jednak, na środku drogi leśnej robimy śniadanie. Zaczyna padać, kanapki trafiają pod parasol. O ile trawers Złomistego i Małej Radziejowej udał się wybornie, a klimat był potężny - przestało padać, zaczęła się robić delikatna mgła... Istny tropik, coś pięknego, nie do opisania, nie do oddania na najlepszym nawet zdjęciu, o tyle trawers Radziejowej również wyszedł idealnie, znaleźliśmy się 3 minuty od szczytu, więc idziemy na niego (a mieliśmy trafić na Przełęcz Żłobki, chyba ze sto metrów niżej...). Gdzieś pod koniec "trawersu" pada z ust prowadzącego załogę słowo: "trawersujemy!" a wyciągnięta w rzymskim pozdrowieniu ręka ma tylko podkreślić zacność i trawersowość tegoż "trawersu". Z wieży widokowej wiatr próbuje nas zwiać, mimo to oglądamy panoramkę, nazywamy niektóre szczyty, w takich warunkach możemy się spodziewać, że rozłożenie mapy skończy się jej podarciem albo epickim lotem. Pod wieżą ponowna zmiana prowadzącego i mały popas. Spokojnie schodzimy na Żłobki (nienawidzę Radziejowej od/do tej przełęczy!) i powoli posuwamy się do Jaworek. Tam rzucamy okiem do Muzycznej Owczarni i idziemy do karczmy Jaworki. Niestety, dwu-, cztero- czy nawet ośmioosobowe stoliki są dla nas za małe, piwo po sześć albo osiem złotych za drogie, a białe obrusy jakoś mało pasują do niemytych dwa dni turystów z plecorami mających plan spać pod namiotami drugą noc z rzędu. Lądujemy w barze "Pokusa", gdzie piwo kosztuje 3,50zł (!), za 10zł można dostać dość zdrową porcję pierogów albo średniej jakości hamburgera za 5zł. Jeszcze tylko szybkie zakupy i włazimy (jest mniej-więcej 19:30...) do wąwozu Homole. Utwierdzam się tylko w przekonaniu, że mające rzekomo pomóc kamienie na ścieżce ssą pałę. Po tym się chodzić nie da! Nazwijmytooglądamy wąwóz i wychodzimy na miejsce, gdzie w lipcu i sierpniu wesoło stoi baza namiotowa. Cudnie jest. Dostęp do wody (na upartego można by się nawet umyć...), jakaś wiata, okupowana przez dwóch turystów, polana jest w kotlinie, więc nie wieje, materiały na ognisko też się znalazły. Drugie i ostatnie tego wieczoru piwo kończę około 0:30 w sobotę, ale impreza trwała do okolicy 2:00.
Sobota to na początek skrobanie w namiot koleżanki organizującej życie obozu o poranku. O 7:00. Zbieramy się do 9:30 i wychodzimy na Wysoką. Panorama nie ma końca, ciągnie się aż do słowackiego Vyhorlatu i polskich szczytów Bieszczadów, o Tatrach nie wspominam, bo te widać jak na dłoni. Na zachód, również bez problemów widoczna Babia, Pilsko i Racza. Pewnie byśmy tam i pół dnia spędzili, ale nie mamy go, widzialność jest żyleta. Wyż robi swoje. Robię kilka zdjęć telefonem (:-() i wysyłam do znajomych. Jeden odpisuje mi krótko i na temat: "Spierdalaj.". Chyba był w pracy. Z Wysokiej idziemy spokojnie na Durbaszkę, gdzie dość szczegółowo rozpykujemy panoramkę. Mnie, na szczęście, prezentacja tejże dopadła pod Wysoką, teraz tylko obserwuję jak inni się męczą. Widzialność nadal żyleta, gdzieś na horyzoncie poniewiera się wyraźnie widoczny Jasień czy Modyń. Schodzimy do schroniska, w którym spotykamy wielki napis, że schronisko jest ośrodkiem edukacyjnym i nie prowadzi piwa. Padają takie słowa jak "czuję się jakby mi ktoś dał w mordę" czy "to trzeba gdzieś zgłosić! Policji!". Wzywam do bojkotu niepiwnych schronisk! Skandal! Nic to. Kupimy na przełęczy Lipnik, już na Słowacji. Ruszamy pod Wysoki Wierch, który tym razem skutecznie trawersujemy i trafiamy na żółty szlak. Widoki nadal są boskie, aż chce się pieprznąć plecakiem i siedzieć, jednak na przełęczy kolejny skandal! Budka z piwem jest zamknięta! Dochodzi do rozłamu. Jeden człowiek zbiega do Wielkiego Lipnika i kupuje piwo, a my sobie spokojnie idziemy na spotkanie, wcześniej siedząc nad nieboskimi ilościami czekolady i innego jedzenia. W końcu z zapasem wody ze źródła Wapiennik dochodzimy na polanę na przełęczy Cerla, gdzie znajdujemy, jak okazało się rano, idealne miejsca na namioty. Sprawnie gotujemy kolację i trochę drzemy ryje do gitary.
Niedziela. Ponieważ spaliśmy na terenie parku, wstajemy o 6:00, co okazuje się być jedną z lepszych decyzji tego wyjazdu, ponieważ obserwujemy nieopisywalny wschód słońca, morze mgieł i generalnie... No, do tej pory mam to przed oczami. Cudo. Odgrzewamy pulpę z dnia poprzedniego, robimy trochę kanapek i lecimy do Czerwonego Klasztoru. Tam chwilę gadamy o klasztorze i ja z koleżanką wychodzimy na wybitnie nieruchliwą szosę na stopa. Zatrzymuje się dla nas pierwszy samochód, pan podwozi nas do skrzyżowania z drogą na Poprad, gdzie łapiemy kolejnego stopa, do Keżmarku. Po mieście chwilę się poniewieramy i mamy w planie nawet szukać jakiejś alternatywy, ale w końcu udaje nam się złapać kolejnego stopa do Popradu. Tutaj już nie mamy tyle szczęścia. Godzina stopowania nie daje rezultatów, więc udajemy się na pociąg. I to jaki... Ten widok na Tatry... Ech... W Żylinie łapiemy przesiadkę do Czadcy, gdzie oglądamy paskudny dworzec kolejowy, a potem już do Polski...
Niniejszym chciałem też stwierdzić, że świat jest mały. Otóż, dwóch forumowiczów - Darek i ufok83 - podwoziło moich znajomych z kursu, a nasz lokalny Kaper jest kojarzony przez innego człowieka z kursu.