Z 7 słynnych rzymskich wzgórz zwiedziłyśmy tylko Aventinus, a dokładniej zrobiłyśmy sobie po nim wieczorny spacer . Reszta została „na zaś”.
fot. nena
Wzgórze Awentyn jest wysunięte najbardziej na południe. W starożytności było najpierw siedzibą plebejuszy, później ulubionym miejscem arystokracji. Na wzgórzu znajdowały się Termy Decjusza i Karakalli oraz eleganckie pałace i wille. Idąc można jeszcze te okazałe i ładnie zdobione wille podziwiać (w poście 18 przedstawione na zdjęciach wille też są z Awentynu ). Wzgórze to jest jedną z najbardziej zielonych dzielnic miasta. Roztacza się stąd piękna panorama Zatybrza i dzielnicy Testaccio. Rzeczywiście jest zachwycająca, zwłaszcza nocą .
fot.Kasia
fot. Kasia
fot. nena
fot. nena
Porastają go wszechobecne w Rzymie sosny śródziemnomorskie – pinie,z charakterystycznymi szeroko rozłożystymi, parasolowatymi koronami. Między nimi rosną palmy i cytrusowe gaje.
fot. nena
Palma, do której podłączony jest kabelek – w ten sposób aplikuje się roślinie preparat do zwalczania chorób.
fot. nena
Ciekawym miejscem na Awentynie jest rezydencja Wielkiego Mistrza Kawalerów Maltańskich, a dokładnie wejście do ogrodów tej rezydencji (kurczę, nie wiem dlaczego, ale nie mam fotki tego miejsca – powód może być jeden – było już trochę późno, a mój marny aparat o tej porze robi nijakie fotki, stąd pewnie brak zdjęć ). Posłużę się w tym miejscu fotką , którą znalazłam w Internecie. Do rezydencji prowadzi brama, w której są drzwi, a w drzwiach oczywiście musi być dziurka od klucza . To właśnie ta dziurka od klucza przyciąga w to miejsce rzesze turystów. Dlaczego ? Ano, zerkając przez nią mamy idealny widok na kopułę Bazyliki Św. Piotra . Trzeba przyznać – ciekawe .
fot. Źródło : Internet
Będąc na Awentynie warto zajrzeć do Bazyliki Świętej Sabiny. To tu na posadzce leżał nocami św. Dominik. Tu ubrał w habit św. Jacka. Ponoć Bazylika św. Sabiny kryje niejedną tajemnicę.
fot. nena
fot. nena
Wnętrze Bazyliki jest dosyć surowe i zimne … Niegdyś głosił tu kazania wielki doktor i papież Kościoła – Grzegorz Wielki. Przez wiele lat przybywali tu papieże by w pokorze uklęknąć w Popielec do posypania głów popiołem.
fot. Kasia
fot. nena
Zwiedzając Bazylikę uwagę przykuwają mozaikowe zdobienia na posadzce przedstawiające postacie zakonników. Są to ich nagrobne płyty. Tu zostali pochowani.
fot. nena
Warto też przystanąć przy pochodzących z V wieku drzwiach cyprysowych, na których przedstawione są różne sceny z życia Chrystusa. Często wspomina się o tych drzwiach ze względu na jedną scenę, która przedstawiona jest w ich lewym górnym rogu. Traktuje się ją jako pierwsze przedstawienie Ukrzyżowanego Chrystusa. Pierwsi chrześcijanie wyobrażali sobie Jezusa jako Dobrego Pasterza, najpierw młodzieńca, potem brodatego, dorosłego mężczyznę. Stąd taka, a nie inna scena w maleńkiej kwaterze drzwi z Bazyliki św. Sabiny.
fot. nena
lewy górny róg
fot. nena
Aby zobaczyć tę scenę (tzn. dobrze ją sobie podświetlić) trzeba zapłacić 1 Euro .
Jest też w Bazylice polski akcent, tablica upamiętniająca św. Jacka (wspominałam już o nim przy okazji pisania o kolumnadzie na Placu Św. Piotra). To tu ten polski święty zaczynał swoją dominikańską, drogę. Począwszy od XIII w., aż do dzisiaj bazylika jest w użytkowaniu. Opiekują się nią dominikanie. Trzeba przyznać, że będąc za granicą miło jest widzieć, spotykać „polskie akcenty”.
fot. nena
Po Awentynie wyruszyłyśmy na nocny podbój Rzymu … . Jakże miło było zobaczyć kolejny polski akcent …
fot. nena
Dojechałyśmy do Piramide di Caio Cestio (Piramidy Cestiusza). To jeden z najlepiej zachowanych zabytków pochodzących z okresu starożytności. Jest to grobowiec pretora Gajusza Cestiusza Epulona. Gajusz Cestiusz był wyższym urzędnikiem w starożytnym Rzymie, który sprzeciwiał się Markowi Antoniuszowi. Prawdopodobnie to było przyczyną, dla której pozbawiono go praw i skazano na banicję, gdzie zmarł. Wybudowaniem piramidy zajęła się jego rodzina, aby upamiętnić imię zmarłego. Piramida swoją wielkością i kształtem przypomina tego typu egipskie budowle.
Bardzo mi się tu podoba, chociaż nie potrafię uzasadnić czemu.
Mnie również, niesamowity widok …
fot. sprocket73
fot. sprocket73
Bomba !
fot. sprocket73
fot. sprocket73
fot. sprocket73
Prześliczne !
fot. sprocket73
Taki urlop to rozumiem tzn. gdzie sam organizuję sobie czas ! Bardzo ciekawy ten Masyw Olimpu. ! Piękny albumik !
Ten zielony jaszczur, którego udało Ci się tak pięknie uchwycić, to najprawdopodobniej jaszczurka zielona Lacerta viridis, a kwiatuszek to jakiś rozchodnik . Czy on rzeczywiście kwitł tak na szafirowo czy Twój aparat tak wzbogacił kolor ?
Liczę, że c.d.n. będzie niebawem i w dalszej części również na dwa głosy mały pikusiu
Tez liczę na drugi głos !
Jolanta napisał/a:
Gdyby nie pewność, że byłaś nenuś w lutym to z fotek sądziłabym, ze to cieplejsza pora roku ale ubrania wszystko potwierdziły
A ja nie mogłam się napatrzyć na pięknie owocujące o tej porze drzewa cytrynowe i pomarańczowe, które rosną nie tylko w sadach, ale też parkach miejskich. W tych ostatnich są bardziej dzikie odmiany pomarańczy, mniej słodkie.
fot. nena
fot. nena
Na prowincji można kupić sok ze świeżo zerwanych, wyciśniętych owoców, a na straganach jest o tej porze najwięcej cytrusów. Zima w Rzymie to temperatury wiosenne , dlatego momentami mi kurtka bardzo przeszkadzała.
Z Kruszynian kierujemy się na wschód tuż pod granicę z Białorusią do wsi Łosiniany, a następnie jedziemy na południe wzdłuż granicy, Doliną Świsłoczy, docierając aż do miejscowości Mostowlany. Tu nam się dzień skoczył . Zanim dotrzemy do granicy przejeżdżamy przez niesamowite, całkowicie odludne miejsca – lasy Nadleśnictwa Krynki.
fot. nena
Prowadzi tędy Szlak Ekumeniczny. Powstał w 2006 roku. Szlak rozciąga się na powierzchni ok. 20 ha. Utworzono go by podkreślić zróżnicowanie religijne na ziemi podlaskiej. Jest też historycznym upamiętnieniem zamieszkujących tu niegdyś Tatarów, Żydów i wyznawców prawosławia. To zespół pomników, kapliczek i krzyży charakterystycznych dla ich religii. Najważniejszy punkt na Szlaku Ekumenicznym to Góra Ekumeniczna. Jest to wzgórze na którym widnieją trzy symbole religijne związane z ziemią podlaską: krzyż katolicki, krzyż prawosławny oraz półksiężyc muzułmański. Nie mieliśmy niestety tyle czasu, żeby przejść i zobaczyć to wszystko.
Mapka i nieco na temat szlaku poniżej.
fot. nena
Niegdyś te tereny owiane były baśniami i legendami słowiańskimi. Wśród drzew kryją się jeszcze słowiańskie bóstwa np. Dziewanna – bogini myśliwych, lasów i zwierząt.
fot. nena
fot. nena
W takiej trochę mrocznej scenerii późnojesiennego krajobrazu, zaczytani i zapatrzeni w stojące wśród drzew bożki, tabliczki, pomniki docieramy do małego zalewu Ozierany, którego ponoć zamieszkuje potwór Łoboda… . Potwora na szczęście nie spotkaliśmy, za to trochę niezadowolonego wędkarza ze słabego w tym dniu brania ryb (zalew słynie z ich dużej ilości i różnorodności). Może to sprawka potwora … ? .
fot. nena
Co nas przyciągnęło w te prawie odludne przygraniczne miejsca … ?
Przyznaję, że trasa wzdłuż granicy to był trochę mój pomysł . Wiedzie wzdłuż szerokiej pagórkowatej doliny, między polami, łąkami, brzozowymi i sosnowymi zagajnikami. Domostw w dolinie jak na lekarstwo, pojawiają się dopiero jak wiedziemy w jakąś miejscowość. Wsie tutaj są charakterystyczne. To typowe „ulicówki”. Domy stoją w nich wzdłuż ulicy. Zamieszkuje je głównie prawosławna ludność białoruska. Są to najczęściej stare chaty z pięknie zdobionymi okiennicami, z uroczymi wiejskimi ogródkami. Prawie przed każdą jest ławeczka. Nie ma w nich dróg asfaltowych. Niekiedy są wybrukowane kamieniem lub po prostu żwirowe. Na słupach elektrycznych i dachach gniazdują bociany. Przy drodze często można spotkać krzyż lub kapliczkę, symbol bardzo mocnego przywiązania ludzi tu żyjących do tradycji i swojej religii.
fot. nena
Chaty i obejścia w Łosinianach
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
W Chomontowcach
fot. nena
fot. nena
Charakterystyczne zdobienia okien we wsiach nad Świsłoczą.
fot. nena
fot. nena
Niesamowite wrażenie zrobiła na nas zagroda wiejska w Świsłoczanach. Czy można tak jeszcze żyć ? – Można . Niewątpliwie jest to przykład ostatnich takich wsi w Polsce, miejsc, gdzie można spokojnie powiedzieć – „tu czas się zatrzymał” .
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Zagadka – Kto zliczy te wszystkie koty na ganku ?
fot. nena
Bobrowniki
Bobrowniki to kolejna wieś ulicówka nad Świsłoczą. Jest tu przejście graniczne z Białorusią, a na nim okropnie dłuuuuuuuuuuugie kolejki.
fot. nena
fot. nena
Czy VIP-y idą piechotą … ?
fot. nena
A poza tym wieś ta niczym się nie różni od pozostałych …
fot. nena
Przygraniczny „barosklep” …
fot. nena
fot. nena
Zapada zmrok. Ostatnim miejscem, które zaplanowaliśmy jeszcze odwiedzić w tym dniu były Mostowlany. Leżą na wzgórzu, nad Świsłoczą. Pośrodku wsi, na zboczu, stoi otoczona murem, drewniana, pochodzącą z XIX w. zabytkowa cerkiew p.w. św. Jana Teologa. Wchodzi się do niej przez drewniany ganeczek. Myśleliśmy, że o tej (trochę już później) porze nie uda nam się zwiedzić cerkwi w środku. Okazało się, że proboszcz (pop) mieszkał z rodziną tuż obok, zauważył nas i z wielkim kluczem (fajne są te klucze od cerkwi, zawsze takie duże przyszedł, przywitał nas bardzo serdecznie, specjalnie dla nas oświetlił świątynię i oczywiście wszystko o niej opowiedział. Było to bardzo miłe . Ludzie na Podlasiu są niesamowicie serdeczni, gościnni i przyjaźnie nastawieni do „obcych”.
fot. nena
ganeczek
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Carskie wrota , zwane też Bramą Królewską, lub Świętymi Wrotami to główne drzwi w cerkiewnym ikonostasie, otwiera się je tylko podczas nabożeństwa (wyjątkiem jest tydzień paschalny, kiedy na znak otwartego grobu Jezusa Chrystusa carskie wrota są otwarte dzień i noc). Przechodzić przez nie może jedynie kapłan pełniący posługę, w niektórych momentach nabożeństw także diakon oraz car w dniu swojej koronacji. Nie wolno przez nie przechodzić kobietom. fot. nena
fot. nena
płaszczenica – odpowiednik Grobu Pańskiego w prawosławiu
fot. nena
Czyja to stópka ?
fot. nena
Gdy wyszliśmy z cerkwi było już całkiem ciemno . Niestety więcej tego dnia już nie udało się zobaczyć. Szkoda. Podsumowując ten dzień … Obiecałam sobie, że muszę wrócić tu jeszcze o innej porze roku tzn. jakiejś zielonej … Dlaczego ... ?
Chciałabym zobaczyć melancholijny, sielski krajobraz Doliny Świsłoczy wiosną, albo latem. Musi być tu wtedy niesamowicie pięknie. Często rozległe, porośnięte wysokimi trawami tereny nad Świsłoczą określane i kojarzone są z mongolskimi lub tatarskim „stepami”. Powoli te tereny zarastają lasem i tracą swój pierwotny charakter. Już niedługo niewiele z nich pozostanie. Wsie nad Świsłoczą powoli się wyludniają. Starzy wymierają, a młodzi opuszczają te tereny w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Wyjeżdżają do większych miast np. Białegostoku, Sokółki lub za granicę. Częstym tu zjawiskiem jest zabieranie np. starszych rodziców na zimę (która w tych rejonach bywa sroga) do miasta, po czym wracają oni do swoich domów na wiosnę. Wiele domów, jak się tu przejeżdża, to już niestety pustostany. Zaniedbane, z zarośniętymi ogródkami i sadami upadają i powoli zanikają.
W miniony weekend po raz drugi znalazłam się w DPSP. Pamiętam jak w sierpniu zeszłego roku pierwszy raz (to była zresztą niezapomniana wycieczka )zobaczyłam to miejsce obiecałam sobie wtedy, że muszę tu jeszcze wrócić.! Teraz też obiecałam sobie, że muszę tu wrócić … .
Z kolejną misją naukową wybieramy się początkiem tygodnia (ludzi i bryczek nieco mniej na ceprostradzie do Moka) niebieskim szlakiem przez Świstówkę Roztocką do DPSP. Tam będziemy nocować. Niebo jest zachmurzone. Momentami słońce próbuje się przebić przez chmury, ale marnie mu to wychodzi. Najważniejsze, że nie pada (chociaż prognozy zapowiadają przeloty). Jest jednak bardzo duża wilgotność, dlatego idzie się ciężko. Droga do Moka wlecze się niemiłosiernie (nie lubię jej), ale innej niestety nie ma. Zatrzymują nas na chwilę Wodogrzmoty Mickiewicza. Tym razem natura nie poskąpiła im wody - wyglądają imponująco.
fot. nena
fot. nena
A potem tylko asfalt i asfalt … Czasami woda z rynienki ratuje spocone czoło, a ciekawe roślinki i widoczki „życie”
fot. nena
miłosna górska (Adenostyles alliariae) – roślina z rodziny astrowatych, jedna z bardziej charakterystycznych i najwyższych roślin tatrzańskich. Swoją nazwę zawdzięcza dużym sercowatym liściom, podobnym trochę do liści lepiężnika.
fot. nena
fot. nena
Pod Włosienicą słońce na chwilę wychodzi zza chmur, pokazuje się błękit.
fot. nena
Nad Mokiem krótki postój na fotki orzechówek i pifo , po czym ruszamy w kierunku Świstówki Roztockiej. Z nią bowiem związane jest pierwsze naukowe zadanie Staszka, a dokładnie obecność tu jednego z ładniejszych lodowców gruzowych w naszych Tatrach .
orzechówka zwyczajna (Nucifraga caryocatactes) – leśny ptak z rodziny krukowatych, żywiący się, jak sama nazwa wskazuje, głównie nasionami drzew iglastych, orzechami laskowymi, bukwią, żołędziami. Niestety nad Mokiem wyżera również turystom frytki i inne smakołyki z talerzy … i chętnie pozuje do zdjęć .
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Ruszamy w dalszą drogę ...
fot. nena
pomrów błękitny (Bielzia coerulans), a nawet dwa, w miłosnym uścisku – jeden z większych pomrowiowatych w Polsce. W Tatrach dosyć często spotykany nawet na dużych wysokościach.
fot. nena
fot. nena
Przy samym podejściu do Świstówki pogoda nagle się psuje. Mgły próbują nam wszystko zasłonić, zaczyna padać. Opad na szczęście nie trwa długo, tak że badanie można przeprowadzić.
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Podczas gdy Staszek zajmuje się skałami , ja delektuję się tym co dzieje się naokoło, a więc kwiatki, ptaszki i tęcza – tak, piękną tęczę było nam dane oglądać pod sam wieczór – uczta dla oczu i duszy
lodowiec gruzowy w Świstówce Roztockiej
fot. nena
dzwonek alpejski (Campanula alpina) – w Polsce występuje tylko w Tatrach
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Niesamowicie bajkowy spektakl czekał nas jeszcze na Świstowej Czubie, przy zejściu do DPSP. Morze mgieł, raz nad doliną, to znowu nad szczytami i gra świateł zachodzącego słońca. Stąd podziwiamy tonący we mgle potężny masyw Wołoszyna, Granaty, Buczynowe Turnie, )( Krzyżne, Buczynową Siklawę, migocące w dole tafle stawów w Piątce, Dolinę Roztoki i cel naszej środowej wycieczki - zawieszoną wysoko nad Roztoką – Buczynową Dolinkę.
fot. Staszek
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Buczynowa Dolinka
fot. nena
i we mgle
fot. nena
Zachwycając się widoczkami schodzimy powoli do schroniska.
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Progi schroniska przekroczyliśmy ok. godz. 20:00. Szybka obiadokolacja, ciepła kąpiel i śpiworek . Środa przywitała nas z samego rana deszczem (nie przewidywanym we wcześniejszych prognozach). No cóż - nie ma się co dziwić - przecież to góry.
fot. nena
Nie śpiesząc się przygotowujemy śniadanie, ja obowiązkowo serwuję sobie kawusię . Ok. 11:00 przestaje padać, robi się całkiem przyjemnie, nawet słońce się chwilami pokazuje. Wychodzimy na żółty szlak, kierując się na )( Krzyżne.
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Z każdym kolejnym krokiem widoczki robią się coraz piękniejsze.
muton zwany również barańcem- to skalny „pagórek” ukształtowany przez lodowiec. Forma ta powstaje przez mechaniczne niszczenie wyniesienia skalnego przez lodowiec. Często są na nim widoczne charakterystyczne rysy i żłobienia.
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Siklawa i potok Roztoka
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Buczynowa Dolinka znajduje się tuż przy szlaku. Leży na wysokości ok. 1800 m n.p.m. Jest jedną z typowych wiszących dolinek tatrzańskich, małym kotłem polodowcowym. Jest odgałęzieniem górnej części Doliny Roztoki. Otaczają ją Buczynowe Turnie, Granaty, Czarne Ściany i stoki Koziego Wierchu. Miałam okazję popatrzyć z bliska na kawałek Orlej Perci. .
fot. nena
Tak oto o Buczynowej Dolince pisał polski taternik i duchowny katolicki ks. Walenty Gadowski, który w latach 1903–06 wytrasował Orlą Perć:
„Głucha tu pustynia, Europa została za tobą gdzieś w oddali, a otacza cię natura pierwotna, wspaniała i majestatyczna, ale tak dzika i groźna, że czujesz się wobec niej marnym, nikłym prochem”.
Jest w tym opisie dużo prawdy. Przebywając w tym miejscu, pod ogromnymi skalnymi ścianami czuć potęgę i majestat gór oraz widać jak działają tu siły natury.
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Ciszę, jaka tu panuje, przerywa niekiedy gwizd czujnego świstaka i kopytka kozic z gracją pokonujące kolejne skałki, żeby w przeciągu kilku minut znaleźć się na grani . W Dolince o tej porze obecne są jeszcze płaty śnieżne. Nieźle nam tu też przywiało.
fot. nena
fot. Staszek
fot. nena
Gdzieniegdzie można tu spotkać jeszcze wiosenne rośliny: sasanki alpejskie czy pierwiosnkę maleńką. Skalne głazy porasta płożąca alpejska wierzba Kitaibela.W górach ta roślina pełni ważną rolę. Jej rozległy i mocny system korzeniowy łączy odłamki skalne zapobiegając w ten sposób erozji zboczy. Pięknie też kwitną goryczka kropkowana i urdzik karpacki.
fot. Staszek
sasanka alpejska (Anemone alpina)
pierwiosnka maleńka (Primula minima fot.nena
wierzba Kitaibela (Salix retusa) fot.nena
goryczka kropkowana (Gentiana punctata fot.nena
urdzik karpacki (Soldanella carpatica) fot. nena
Z Buczynowej Dolinki rozpościerają się piękne widoki na słowacką stronę Tatr Wysokich, Tatry Bielskie, Gładkie, Opalony i DPSP. Jest stąd co podziwiać .
fot. nena
fot. nena
fot. nena
Na dnie dolinki, tuż przy szlaku znajduje się okresowe urokliwe jeziorko – Buczynowy Stawek. Zasilają go głównie wody opadowe lub z topniejącego śniegu. Woda jest krystalicznie czysta, ma piękny turkusowy kolor.
Buczynowy Stawek
fot. nena
Dno dolinki pokryte jest rumoszem skalnym, a nas do niej przyciągnęły spływy gruzowe. Spod głazów z progu spadają w dół wody tworząc malowniczy wodospad - Buczynową Siklawą.
fot. Staszek
fot. nena
fot. nena
Buczynowa Siklawa
fot. nena
fot. nena
Ponoć (taką znalazłam opowieść) nazwa dolinki pochodzi od juhasa nazwiskiem Budz lub Bucz, który szukając zaginionych owiec zabił się na skałach nad dolinką i został w niej pochowany. Na południowo-wschodnich stokach Małej Buczynowej Turni położona jest Buczynowa Koleba (na ok. 1700 m.), w której dawniej zatrzymywali się pasterze z owcami, myśliwi i taternicy.
Misja zakończona – wracając schodzimy malowniczą Doliną Roztoki do Palenicy Białczańskiej, skąd busem udajemy się do Zakopanego, gdzie zostawiliśmy samochód. Nie sposób było nie zatrzymać się jeszcze przy wyjątkowo pięknej Siklawie. Rok temu w sierpniu nie mieliśmy tyle szczęścia. Z powodu suszy wody było wtedy niewiele. Teraz naprawdę zarówno wodospad jak i cały potok Roztoka zachwycały.
Ten czerwony szlaczek to chyba te wymalowane na drzewach czerwone prostokąty, którymi próbowaliśmy się z neną wydostać z Groty jesienią 2012 i wpadliśmy w "krzaki".
No, no … te „krzaki” to ja do teraz nie wiem czy były zamierzone czy nie, bo ja tam się o nie nie prosiłam wcale.
darkheush napisał/a:
[…]albo przegapiliśmy jakiś skręt, albo... sam nie wiem.
A ja wiem, że za ten chaszczing w upale mało nie zawisnął na smreku !
darkheush napisał/a:
Ja zazwyczaj chodzę od Anuli tak (niebieska krecha)
I jest to chyba najszybsze i najłatwiejsze dojście.Też bym na nim bazowała . Na żółtych wymalowanych przez Gminę Ślemień też się kiedyś z Jolą przejechałyśmy.
Najlepiej tym płynem do dezynfekcji igły mały pikusiu … ! Oryginalny sposób na pozybcie się bąbli. Dobrze wiedzieć, a najlepiej nie musieć nigdy takiej operacji przeprowadzać .
Bardzo się cieszę mały pikusiu, że się podpiąłeś i zechciałeś podzielić się i sowimi wrażeniami. 4 tys. kilosów to sporo drogi ! Pogodę widzę miałeś letnią! W jakim okresie byłeś . ? Mnie (z racji zimy i akurat tej powodziowej aury) nie udało się np. zwiedzić w słońcu Asyżu, ale mimo wszystko i tak wrażenia pozostaną. Zazdroszczę, że udało Ci się zwiedzić tak dużo! Piękne zdjęcia ! Zapraszam do dalszego „podpinania” wspominania i wklejania swoich zdjęć w tym temacie !
Nasza wycieczka trwała tydzień i tak jak wcześniej wspomniałam, nastawiona była na zwiedzenie jak najwięcej. Nie udało się wszystkiego zobaczyć, ale mimo wszystko wpisuję ją do najpiękniejszych wyjazdów w moim życiu. Bardzo dziękuję mojej przyjaciółce Kasi, bez której wyjazd nie byłby możliwy :*. Postaram się pokrótce przybliżyć miejsca, które przez te 7 dni udało się nam odwiedzić.
fot: Kasia
Bazylika Św. Piotra na Watykanie
fot: nena
fot: nena
fot: nena
Zacznę oczywiście od Bazyliki św. Piotra, bo jakżeby inaczej . Mieszkanie miałyśmy tuż pod murami Watykanu , więc do świątyni spacerkiem było jakieś 10 min. Nie będę się rozwodzić zbytnio nad Bazyliką, bo wiadomo, że jest drugą co do wielkości świątynią na świecie po Bazylice Matki Boskiej Królowej Pokoju w Yamoussoukro – stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej. Niektórzy jednak uważają, że ta w Afryce to kopia rzymskiej i nie wliczają jej do statystyk. Nie sposób być w Rzymie i nie zawitać na Plac Św. Piotra i nie zwiedzić Bazyliki. Jest nam Polakom szczególnie bliska, z racji grobu Papieża – św. Jana Pawła II. Moja wizyta była przed kanonizacją, dlatego na zdjęciach będzie widnieć jeszcze napis – "błogosławiony". Miałam szczęście uczestniczyć w polskiej Mszy Św. odprawianej przy grobie. Szczęście podwójne gdyż przypadło mi czytanie podczas Liturgii słowa. Była to wzruszająca chwila, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Kaplica św. Sebastiana z grobem św. Jana Pawła II
fot: nena
fot: Kasia
Przed wejściem do Bazyliki obowiązkowo każdorazowo zwiedzający musi przejść przez kontrolę (coś podobnego jak na lotnisku). Nie wolno bowiem wejść do świątyni np. z żadnymi ostrymi narzędziami. Wstęp do bazyliki jest bezpłatny. Niekiedy przed „bramkami” ustawia się tak długa kolejka (zwłaszcza przed audiencją papieską), że trzeba wcześnie wstać, a potem i tak przyjdzie nam długo czekać.
Żołnierzami Gwardii Szwajcarskiej mogą zostać wyłącznie katoliccy obywatele Szwajcarii. W momencie zaprzysiężenia muszą być kawalerami o nieskalanej opinii, odbyć zasadniczą służbę wojskową w armii swego kraju, mieć od 19 do 30 lat i liczyć powyżej 174 cm wzrostu. Podstawowa służba w Gwardii Szwajcarskiej trwa dwa lata, z możliwością przedłużenia.
fot: nena
O samym pięknie, wielkości i bogactwie Bazyliki też nie będę dużo pisać, ponieważ wszystko to możecie sobie znaleźć w necie. Poza tym nigdy słowami nie uda mi się opisać tego, co zobaczyłam na własne oczy. Wspomnę tylko, że wnętrze świątyni mieści wiele cennych dzieł średniowiecznej, renesansowej (Pieta Michała Anioła) i barokowej sztuki światowej (dzieła Berniniego: konfesja nad głównym ołtarzem mieszczącym grób św. Piotra, Cathedra S. Petri – tron św. Piotra i nagrobki papieży Urbana VIII i Aleksandra VII).
Marmurowa Pieta Michała Anioła – zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ w rzeczywistości odebrałam ją jako niezwykle „subtelne” dzieło sztuki. Dodam jeszcze, że jest pierwszą i jedyną (z czterech piet) tego artysty, na której zostawił swoje inicjały. Marmur do niej sam wybierał, a jego sprowadzenie do Rzymu trwało aż 9 miesięcy. Jest piękna. ! W Bazylice rzeźba znajduje się za szklaną pancerną szybą. W tym miejscu papież wdziewa ornat przed obrzędami liturgicznymi w bazylice.
fot: nena
W głębi widoczna konfesja nad głównym ołtarzem mieszczącym grób św. Piotra - jest to wykonany z brązu barokowy baldachim zaprojektowany przez Berniniego (warto o nim przeczytać) na polecenie papieża Urbana VIII. Brąz do wykonania konfesji św. Piotra pochodzi z belkowania przedsionka rzymskiego Panteonu. Baldachim znajduje się nad głównym ołtarzem, zwanym papieskim. Pod nim znajduje się krypta z grobem Świętego Piotra. Warto zaznaczyć, że w najważniejszych kościołach Rzymu znajdują się właśnie takie „baldachimy”. Jest to znak, że pod nimi kryje się grób świętego – najczęściej jest nim oczywiście patron świątyni.
fot: nena
Wykonany z brązu posąg Świętego Piotra szczególnie lubiany przez pielgrzymów. Dotykają lub całują prawą stopę Świętego w nadziei, że kiedyś znowu to miejsce odwiedzą lub zaskarbią sobie jego łaski. Ja już to sobie, jak widać, załatwiłam.
fot: Kasia
Warto zajrzeć też do ładnie urządzonych krypt papieskich. Spoczywają tam niemal wszyscy papieże i osobistości ważne dla Kościoła. Wstęp do nich jest bezpłatny.
fot: nena
fot: nena
fot: nena
Niezapomnianym przeżyciem było wejście na kopułę Bazyliki. Polecam, gdyż widok Rzymu z lotu ptaka jest fantastyczny, zapiera dech w piersiach. Można zapłacić za tą przyjemność 7 euro (wyjeżdżając windą lub 5 euro - nie korzystając z niej ). My oczywiście wybrałyśmy wersję drugą . 2 Euro przyda się na espresso , chociaż gdzie my w Rzymie espresso za 2 Euro wypijemy … , ale to już inna historia . Tak więc miałyśmy do pokonania sporo, bo aż 551 stopni schodów, mijając po drodze takie oto wpisy na temat urzędujących przez lata na Watykanie papieży.
fot: nena
Opłacało się, widoki z kopuły na Rzym - niezapomniane. jednak zdjęcia zupełnie tego nie oddają.
fot: nena
fot: nena
Najpiękniejszy chyba widok na Tybr i Plac św. Piotra.
fot: nena
i cały Rzym
fot: nena
fot: nena
Dom Świętej Marty – tuż obok Bazyliki, stanowi obecnie główne miejsce zamieszkania głowy Kościoła katolickiego.
fot: nena
Aula Pawła VI - to miejsce audiencji generalnych oraz spotkań papieża z księżmi i pielgrzymami z całego świata. To tutaj odbywają się watykańskie koncerty, pokazy filmowe i inne masowe wydarzenia. To tu m.in. Jan Paweł II spotykał się często z pielgrzymami.
fot: nena
Na wzgórzu po lewej – Watykańskie Obserwatorium Astronomiczne (Specola Vaticana)
Ten okazały budynek w centrum to Ołtarz Ojczyzny z pomnikiem Wiktora Emanuela II - pierwszego koronowanego króla zjednoczonych Włoch.
fot: nena
fot: nena
fot: nena
fot: nena
A wracając z powrotem na ziemię …warto przyjrzeć się jeszcze kolumnadzie na Placu św. Piotra. Wśród postaci Jezusa, apostołów i świętych, jest tylko jeden polski – św. Jacek.
Święty z monstrancją
fot: nena
fot: nena
fot: nena
fot: nena
fot: nena
Audiencja papieska
Udało nam się także wziąć udział w audiencji papieskiej. Tego dnia na Placu św. Piotra zgromadziły się tak wielkie tłumy, że nie sposób było dopchać się do barierek, skąd widok był najlepszy. Oczywiście możliwość żywego kontaktu z najwyższą głową kościoła też pozostawia niezapomniane wspomnienia. Papież Franciszek to ciepły, uśmiechnięty człowiek. W miarę możliwości (jeśli mu czas pozwoli) wychodzi ze swojego papa mobile do tłumów, zwłaszcza chorych, dzieci i młodzieży. Wszyscy czekają właśnie na tę chwilę. Można podczas objazdu wokół placu zostawić papieżowi list.
fot: nena
fot: Kasia
Na koniec kilka spostrzeżeń …
W samej Bazylice w dzień nie znajdziecie atmosfery do skupienia czy modlitwy. Przewijają się tam bowiem ogromne ilości turystów niejednokrotnie zainteresowani tylko robieniem fotek (zwłaszcza Japończycy , w sumie nie ma im się co dziwić – trzeba przecież gdzieś wypróbować najlepszy sprzęt ) Szukającym ciszy i spokoju polecam wieczorne godziny. Wtedy tłumy prawie znikają, robi się cicho. Dopiero wtedy można poczuć potęgę i majestat tego miejsca.
Zaglądnęłyśmy jeszcze w inne "kąty i zakątki" watykańskiej Bazyliki, jednak nie jestem w stanie tu tego wszystkiego pokazać , bo padłby nam serwer ... .
Nie udało mi się podczas tego pobytu zwiedzić ogrodów papieskich, Kaplicy Sykstyńskiej (na której mi zależało) i Muzeów Watykańskich (razem bilet do tych 3 miejsc to - 31 euro), a także skarbca (6 euro). Zajmuje to dosyć dużo czasu, a poza tym kolejki jakie ustawiały się codziennie od rana przed Kaplicą Sykstyńską skutecznie nas odstraszały. Do ogrodów papieskich trzeba się z kolei wcześniej zapisywać i zdobyć bilety. Widać to nie był jeszcze czas na nią i muszę kiedyś jeszcze raz wrócić w to miejsce .
Z Warszawy udaliśmy się na północny wschód. Kolejnym miejscem na naszej mapie podróży były Kruszyniany, obok Bohonik (post 28) - najbardziej znana tatarska miejscowość na Podlasiu. Tak jak w Bohonikach, prawdziwych Tatarów też już tu prawie nie ma. Starsi wymarli, a młodsi przenieśli się do miast. Żyją tu zaledwie 3 tatarskie rodziny. Do Kruszynian przyjeżdżają jedynie z okazji zjazdów rodzinnych czy świąt religijnych. Pomimo tego Kruszyniany ciągle jeszcze pozostają jednym z dwóch głównych ośrodków islamu w Polsce. Zwiedziliśmy oczywiście cenny zabytkowy meczet z XVIII w. i położony niedaleko niego ciekawy tatarski cmentarz – mizar, ze starymi XVIII - wiecznymi nagrobkami. Kruszyniański meczet jest położony na uboczu. Otoczony jest kamiennym murkiem. Jego bryła różni się nieco od bohonickiego, gdyż przypomina bardziej wiejskie drewniane kościoły spotykane w Polsce północno-wschodniej. W ten sposób chciano niejako podkreślić związek Tatarów z polskością i miejscowymi tradycjami.
foto: nena
foto: nena
Kruszyniany założono w I połowie XVI w. w Puszczy Kryńskiej podczas akcji kolonizacyjnej rozpoczętej przez królową Bonę, ale ziemie te były zasiedlane prawdopodobnie już dużo wcześniej, o czym świadczą istniejące we wsi dwa stare cmentarzyska. Po najeździe moskiewskim w XVII w. ziemie kruszyniańskie zostały nadane chorągwi tatarskiego pułkownika Samuela Murzy – Krzeczowskiego za zasługi wojenne, a dokładniej ponoć płk. Krzeczowski w bitwie pod Parkanami ocalił życie królowi Janowi III Sobieskiemu (słynny bunt Lipków, o którym wspominałam przy opisywaniu Bohonik). Wdzięczny król podarował mu dobra ziemskie, a jakiś czas później miał odwiedzić swojego wybawcę podczas podróży na sejm do Grodna. Kruszyniańscy Tatarzy znani byli z waleczności. Brali udział w prowadzonych przez Rzeczpospolitą wojnach i powstaniach narodowych.
Wnętrze meczetu w Kruszynianach
foto: nena
minbar - kazalnica - standardowe wyposażeniem meczetu, ustawiona na prawo od mihrabu
foto: nena
foto: nena
mihrab - nisza w sali modlitw w meczecie. Wskazuje kierunek Mekki, w którym powinni modlić się wierni. Zwykle jest bogato zdobiony.
foto: nena
Za białą zasłonką (firanką) jest osobne pomieszczenie, gdzie modlą się kobiety, a na balkoniku dzieci i młodzież.
foto: nena
foto: nena
Osiedlający się w Kruszynianach Tatarzy nie pochodzili z dzikich stepów, tylko z rodów osiadłych na Litwie już za czasów Witolda. Z biegiem wieków „dzicy” Tatarzy zamienili się w Kruszynianach w spokojnych rolników, którzy jednak nie do końca zapomnieli sztukę wojenną i słynna jazda tatarska wiernie służyła ojczyźnie, aż do II wojny światowej.
Dziś Tatara ciężko odróżnić od zwykłego mieszkańca Kruszynian i okolicy. Może nieco po wyglądzie. Na ogół są to ludzie średniego wzrostu. Mają ciemne włosy, piwne oczy o nieco skośnych powiekach, ciemne, szerokie brwi, nieco płaski nos, szeroką twarz o śniadej cerze. Poza tym tak jak pozostali mieszkańcy posługują się na co dzień dialektem białoruskim. Z języka tatarskiego zachowali tylko niektóre słowa. Niewielu z nich przestrzega obowiązujących w islamie zakazów spożywania wieprzowiny, czy picia napojów alkoholowych. Jedyne co zachowują to tradycyjną oprawę najważniejszych obrzędów w życiu muzułmanina czyli chrztu, ślubu i pogrzebu.
Tak pokrótce wyglądają te trzy obrzędy wg Macieja Konopackiego – Tatara z pochodzenia, znawcy białostockiej Tatarszczyzny. Można się doszukać pewnych podobieństw do obrządków chrześcijańskich.
Chrzest
Imię niemowlęciu nadaje imam (przełożony meczetu) w mieszkaniu rodziców. Po wykąpaniu dziecko układane jest główką w kierunku południowym na stole, gdzie znajdują się chleb, sól i woda, a obok Koran. Na wstępie imam odmawia siedmiokrotnie formułę wyznania wiary, trzymając noworodka za palec wskazujący prawej ręki. Następnie trzema palcami prawej ręki ujmuje za prawe uszko dziecka i recytuje modlitwę zwaną azan. Potem ujmuje dziecko lewą ręką za lewe uszko i odmawia modlitwy kammet. Właściwy obrządek nadania imienia odbywa się przez trzykrotne powtarzanie słów : „Pamiętaj swoje imię (tu wymienia je) do Dnia Sądnego”. W tej ceremonii uczestniczą dwaj świadkowie i zaproszeni goście. Uroczystość chrztu kończy przyjęcie.
Ślub
Ceremonia zaślubin odbywa się w domu narzeczonej. Ona przyodziewa biały strój i welon, on czarny garnitur. Młodzi stają na kożuchu lub wojłoku (filcowym dywaniku). Towarzyszą im dwaj świadkowie – wekilowie. Po odmówieniu przez imama modlitwy przyszli małżonkowie łączą środkowe palce, a następnie modlą się wraz ze świadkami. Następnie pada pytanie, czy para pragnie zawrzeć ślub. Po jej zaprzysiężeniu dokonuje się odpowiedniego zapisu w księdze metrykalnej, z wymienieniem wysokości posagu (niekiachu) . Następuje kolejna modlitwa, przy której zakrywa się oblicze panny młodej welonem. Tatarzy mówią wtedy, że się ją „zaharemia” (ciekawe słowo ... ). Po następnej modlitwie następuje wymiana obrączek, która kończy cały ceremoniał. Goście składają nowożeńcom życzenia i udają się na ucztę weselną.
Pogrzeb
Tuż przed zgonem chorego muzułmanina odwiedza imam, który recytuje krótkie modlitwy tzw. imany. Po śmierci ktoś z najbliższych zamyka zmarłemu oczy. Zwłoki układa się na specjalnej ławie albo na drzwiach i obmywa. Robią to specjalnie w tym celu wynajęci ludzi. Towarzyszą temu modlitwy. Nos i uszy nieboszczyka zatykane są watą, a ciało spowijane w białe płótno zwane sawan. Pod płótnem zostawia się długie zwoje białego papieru z tekstami modlitewnymi. Po odpowiednim przewiązaniu zwłok, przykrywa się je sukiennym całunem zielonego lub czarnego koloru. Modły przy zmarłym trwają cała noc przy świetle świec. Pogrzeb odbywa się zwykle na drugi lub trzeci dzień po południu. Przed przeniesieniem zwłok na cmentarz odmawia się modły (tzw. deur) za opuszczone przez zmarłego modlitwy i posty ramadanowe, przyjmując na siebie wszystkie jego grzechy. Na czele orszaku pogrzebowego idzie imam. Nad grobem w trzech rzędach ustawiają się mężczyźni, zwróceni twarzą na południe. Następują modlitwy, po których ciało zostaje spuszczone do głębokiego grobu na ręcznikach lub kawałkach płótna. Zmarły jest zwrócony głową ku zachodowi, aby w dniu Sądu Ostatecznego, powstawszy z grobu, mógł pójść na wschód. Ciało okłada się szczelnie deskami, tworzącymi ostrosłup. Imam rzuca trzy pierwsze garście piasku, a za nim inni zasypują grób. Po usypaniu podłużnego kopczyka, okładają go po bokach kamieniami, a u głowy i u nóg umieszczają po dużym kamieniu.
foto: nena
Na koniec imam polewa mogiłę wodą święconą, modli się i każe zebranym cofnąć się o 40 kroków. Po modlitwie wszyscy zbliżają się ponownie do mogiły i spożywają sadogę. W dalszej kolejności zebrani dotykają prawą ręką kopczyka, żegnając się w ten sposób ze zmarłym. W domu zmarłego odmawiają jeszcze modlitwę umór-namaz i w ten sposób kończą rytuał pogrzebowy. Żałoba po zmarłym trwa 40 dni.
Po meczecie oprowadził nas Dżemil Gembicki, opiekun meczetu i przewodnik (pod nazwiskiem krótka historia Dżemila). Jego przodkowie przybyli do Kruszynian w XVII wieku. Dżemil ożenił się z katoliczką. Szczególnie przyjaźnie wypowiadał się na temat religii chrześcijańskiej, zwłaszcza katolickich tradycji, które wraz z islamskimi pielęgnują wraz z żoną w swojej rodzinie.
foto: nena
Niedaleko meczetu, na wzgórzu, wśród starych sosen znajduje się mizar. Podobnie jak meczet otacza go kamienny murek. Najstarsze nagrobki pochodzą z XVII i XVIII wieku. Wykonano je z głazów narzutowych. Najnowsze mają postać szlifowanych marmurowych płyt, ostrosłupów lub kolumn. Często są bogato zdobione. Widnieją na nich półksiężyce i cytaty z Koranu.
foto: nena
foto: nena
Kamienne kopczyki w środku lasu, a często są to już tylko same kamienie, robią wrażenie.
foto: nena
foto: nena
foto: nena
foto: nena
Egzotycznie brzmiące imię Mustafa to popularne imię Stefan.
foto: nena
Podczas muzułmańskich świąt Tatarzy przychodzą na cmentarz się modlić przynosząc ze sobą sadogę (placki, pieczywo, owoce i słodycze). Spożywa się ją wspólnie w intencji zmarłych dusz.
foto: nena
foto: nena
Odwiedzając Kruszyniany nie sposób nie trafić, ale też koniecznie należy odwiedzić bardzo znane gospodarstwo agroturystyczne Tatarska Jurta prowadzone przez tatarską rodzinę Bohdanowiczów. Znajduje się naprzeciwko meczetu.
foto: nena
foto: nena
Gospodyni domu - Pani Dżenneta Bohdanowicz jest osobą znaną w Polsce z promowania tatarskiej kultury i kuchni, a także samej miejscowości. W stylowo urządzonym pensjonacie panuje iście domowa ciepła atmosfera. Gospodyni osobiście wita gości i zaprasza do spróbowania tradycyjnych tatarskich potraw.
foto: nena
foto: nena
foto: nena
foto: nena
foto: nena
foto: nena
Oczywiście nie mogliśmy tej okazji zaprzepaścić.
foto: nena
foto: nena
Żeby poczuć smak prawdziwej kuchni tatarskiej Pani Dżanneta zaproponowała nam skosztować kilku potraw. Jej daniem popisowym jest słynny ”pierekaczewnik” potrawa w formie cienkich placków (przypominają nieco francuskie ciasto) poprzekładanych nadzieniem, zwiniętych w rulon i zapieczonych. Nadzienie może być słodkie np. z twarogu i rodzynek, jabłek lub suszonych śliwek, albo mięsno-warzywne z baraniny, wołowiny, gęsiny lub z mięsa indyka. My wybraliśmy mięsne. . Tradycyjnie Tatarzy jedzą dużo baraniny, jednak nam Polakom nie zawsze baranina smakuje, dlatego często zastępuje ją się innym mięsem, najczęściej indyczym.
pierekaczewnik foto: nena
Oprócz pierekaczewnika spróbowaliśmy jeszcze innych potraw:
kołduny tatarskie i jeczpoczmak
Kołduny to pierożki nadziewane mięsnym farszem. Z ich przyrządzaniem, a następnie z jedzeniem, wiąże się podobno cały rytuał. Tatarzy twierdzą, że gdy dziewczyna potrafi robić ząbki na pierogach, wtedy może już wychodzić za mąż. Kołduny mogą być małe, duże, pieczone, gotowane. Najważniejsze jednak by były gotowane w rosole wołowym.
foto: nena
foto: nena
azu pieczone w glinianym garnuszku – tradycyjne danie kuchni tatarskiej. Jest to duszone mięso z różnymi warzywami.
foto: nena
foto: nena
foto: nena
tatarska babka ziemniaczana – smakuje jak placki ziemniaczane.
foto: nena
Wszystko było pyszne i pięknie podane! . Objedliśmy się wtedy strasznie. .
nenuś oznacz mi proszę jeszcze tą roślinkę Żeby mieć kwiaty w dwu kolorach na jednej łodyżce? Co to za dziwoląg?
To pszeniec gajowy (Melampyrum nemorosum) roślina z rodziny zarazowatych. Jest półpasożytem roślinnym tzn. część składników produkuje w procesie fotosyntezy przy pomocy chlorofilu zawartego w chloroplastach, natomiast niektóre składniki potrzebne do tego procesu takie jak sole mineralne i wodę musi pobierać od innych roślin. Służą mu do tego specjalne ssawki. U pszeńca kwiaty są żółte natomiast te fioletowe to przysadki kwiatowe. Jest to roślina trująca. Jeśli krowy zjedzą za dużo pszeńca, to dadzą niesmaczne mleko o niebieskawym zabarwieniu. Rośliną tą (przy większym spożyciu) mogą zatruć się także inne zwierzęta pasące się na łące np. owce, konie.
Ja tam będę nadal wzdychać do tych łączek. Prześliczne. !
Wiatrołomy to rzeczywiście coś okropnego. Podziwiam za wytrwałość. !
Jolanta napisał/a:
Gospodyni - Pani Ela poczęstowała nas herbatką z łącką śliwowicą i nie wiadomo kiedy zaczęły się snuć opowieści… o życiu na Studzionkach zanim drogę do Ochotnicy zrobiono, o strasznych burzach, huraganach, srogich zimach i głodzie na przednówku, o kapliczce co ją postawiono jakiś czas temu i teraz ksiądz w niedzielę przyjeżdża odprawić tam Mszę świętą… Przodowała w opowieściach Babuleńka. Widać, że te gawędy sprawiały jej przyjemność
Takie miejsca i miłych ludzi pamięta się długo. Opowieść o dwóch siostrach z jednym mężem ... debeściarska. !
Jednym słowem – piękny kolejny odcinek trasy i piękne wspomnienia ! Czekamy na ciąg dalszy.
Ciekawe przyrodniczo miejsce. Świetne na popołudniowe i weekendowe wypady za miasto . Piękny przykład rekultywacji. Na Śląsku potrzeba takich miejsc. Pomysł z lunaparkiem byłby wg mnie porojony (znowu kasa !). Myślę, że nawet ingerencja w postaci pozwolenia na używanie kajaków czy rowerów wodnych zakłóci spokój tego miejsca i z pewnością negatywnie wpłynie na żyjącą tam faunę, zwłaszcza ptactwo. Co też trzeba mieć w głowie, żeby rodziły się w niej takie pomysły … . Czy nie można by np. wokół tych stawków i jeziorek stworzyć ładnych ścieżek spacerowych czy rowerowych oczywiście z zachowaniem odpowiedniej odległości od miejsc szczególnie cennych przyrodniczo ? Z pewnością kosztowałoby to mniej i byłoby z korzyścią dla rozwijającej się tam bujnie przyrody i dla mieszkańców spragnionych ciszy i kontaktu z przyrodą również. Nie po to myślę zakłada się zespoły przyrodniczo – krajobrazowe, rezerwaty, parki itd., żeby potem zamieniać je w hałaśliwe lunaparki. Miejmy nadzieję, że miejsce to pozostanie jak najdłużej tak urokliwe, jak go uwidoczniłeś na zdjęciach kris_61.
Dobrze, że nie pomyliliście Chatki Wielkanocnej z Chatką Noworoczną m.
Do Nowego Roku trochę czasu jest , więc jeszcze wszystko przed nami … Bylebyśmy nie pomylili i nie nastawili GPS –a na (F)Chatę Morgana …
Dariusz Tlałka napisał/a:
Czy piątek 13-tego jest pechowy ? Po relacji można wywnioskować że nie i mi się 13-tego w piątek dobre rzeczy też przydarzają .:)
Oczywiście, że nie, gdyby wszystkie piątki 13 – tego tak się kończyły … słowo pech zniknęłoby ze słownika …
Dariusz Tlałka napisał/a:
Dzięki tej relacji moje wspomnienia z Karkonoszy z lat 2006-2007 odżyły i też miałem okazje odwiedzić Śnieżne Kotły które wtedy również zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Bogactwo flory po prostu tutaj szaleje, a prawdziwą perełką Śnieżnych Kotłów jest Żyła Bazaltowa
Miło mi Darku, że mogłam przywołać Twoje wspomnienia z wycieczki w to piękne miejsce. Wspomniana przez Ciebie bazaltowa ściana znajduje się właśnie w Małym Kotle Śnieżnym i ponoć jest tam co oglądać !. Czy byłeś wówczas w obu Kotłach ?
Dariusz Tlałka napisał/a:
Dzięki za zdjęcia paprotników i trochę zazdroszczę fotki zmienki górskiej której nie posiadam w swoich zbiorach wykonanych aparatem cyfrowym
Rośnie wśród granitowych piargów. Ujęła mnie jej delikatność. Dodam jeszcze, że paproć ta znajduje się pod ścisłą ochroną gatunkową. Figuruje w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin z kategorią CR, czyli krytycznie zagrożona i na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski z kategorią V, czyli zagrożona wyginięciem.
emilu zdjęcia powalają , zachwycałam się nimi przy kawie . Widzę, że śnieg szybko spływa. Ten z Zawratu też spłynie. Masz rację trasa do MOKa jest okropna. Szkoda, że nie można tego odcinka jakoś obejść.
Ja tam w przesądy nie wierzę, więc sami osądźcie czy był pechowy … .
Tak więc w ubiegły piątek po południu wyruszam po raz pierwszy w Sudety (nigdy nie miałam okazji zobaczyć tego pasma górskiego), dokładnie w Karkonosze, a żeby jeszcze bardziej uściślić, celem weekendowej wyprawy jest Wielki Śnieżny Kocioł. Dlaczego właśnie on ? Istnieją ku temu co najmniej trzy powody . Pierwszy – tajna misja naukowa , drugi – jedno z piękniejszych miejsc w Karkonoszach, a trzeci wiąże się z miejscem, w którym miałam nocować – „urocza” Chatka Wielkanocna.
Punkt startu – miejscowość Jagniątków niedaleko Szklarskiej Poręby - osiągamy (o dziwo!) w rewelacyjnie szybkim czasie, co nas bardzo cieszy. Odbieramy u Pani Marysi klucz do naszej (w ten weekend chatki) i jedziemy w kierunku ośrodka edukacyjnego KPN-u (dla uściślenia - Karkonoski Park Narodowy - żeby nie było … ), gdzie znajduje się Karkonoski Bank Genów. Utworzono go w 2010 r. w celu ochrony różnorodności gatunkowej Karkonoszy. Parkujemy samochód pod budynkiem. Uciekając przed chmarą wrednych meszek, w towarzystwie miejscowego kota przekraczamy bramę parku . Jest ok. 21:00. Aha ! - zapomniałabym … – towarzyszy mi sprawca całego zamieszania – Staszek.
Nie śpiesząc się (bo i po co , wiemy przecież, że do celu dotrzemy po ciemku) człapiemy sobie (G)Koralową Ścieżką (niebieski szlak) pod górę (dlaczego taka nazwa – poniżej na fotce).
Powoli zaczyna zapadać zmrok, niebo jest lekko zachmurzone, ale gdzieniegdzie migoczą gwiazdy. Noc zapowiada się w miarę ciepła. Koralowa ścieżka to bardzo lajtowy, przyjemny szlak. Na kilku odcinkach można pokonywać go nawet w szpilkach .
Takie drewniane mostki czy kładki, nie wiem jak to nazwać, wybudowano na podmokłych, bagiennych terenach, w celu m.in. ochrony przed zadeptaniem przez turystów. Trzeba też dodać, że w ten sposób oprócz samego szlaku chroni się przede wszystkim obszary cenne przyrodniczo. Fajny pomysł, a i drogi się trochę nadrobi, ponieważ można nawet bez patrzenia pod nogi szybszym tempem przemaszerować spory odcinek trasy. Nieco bardziej strome i kamieniste podejście było pod sam koniec, ale do przeżycia, nawet z ciężkim plecakiem .
No to maszerujemy … aż się nam ściemniło całkiem … Mało tego, jakieś 30 - 40 min. przed „celem” (wg GPS-a – Staszka, bo dziękuję Bogu, że nie miałam jakiegoś swojego sprzętu … ) zapada gęsta mgła, zaczyna siąpić. Z każdym kolejnym krokiem zaczyna mocniej padać, widoczność spada. Decydujemy się założyć pałatki, żeby nie przemoknąć. W ciemności i tak gęstej mgle łatwo nie zauważyć zupełnie niezauważalnego skrętu do chatki. My też skrętu nie zauważamy, a że nam się nie chce zawracać – postanawiamy przejść na przełaj, przez chaszcze – do teraz nie wiem jak mi się udało przejść przez te wystające ostre wiatrołomy, borowaciny, dziury i Bóg wie co tam jeszcze po drodze było … . Adrenalina robiła swoje …, ciężaru plecaka w pewnym momencie już nie czułam … Ale to nic – najlepsze dopiero było przed nami … . W strugach deszczu, zmoknięci prawie do suchej nitki, ja w butach mam powódź, pałatka wprawia mnie w dziką furię, ponieważ cały czas ją sobie przydeptuję , buuuuuuuu, ale dzielnie zaciskam zęby i mówię sobie – nareszcie jesteśmy przy chatce – yes , yes, yes !!! – zrzucę ten wredny ciężki plecak, ściągnę z siebie to mokre dziadostwo, ogrzeję się przy ogniu … muaaa, bo jakżeby inaczej … i wskoczę do ciepłego śpiworka - jest bowiem ok. 1:00 w nocy .
Chatka owszem jest, wspaniała, z kamienną podmurówką, z wodą tuż obok (chociaż pierwsze wrażenie ujęcia wody, jak dla mnie, wyglądało jak szambo , drugie, na szczęście było bardziej przyzwoite … ). Po wielokrotnym i różnorodnym wypróbowaniu kluczy od Pani Marysi, które mieliśmy przy sobie, okazało się, że do tej kurde chatki nie pasują … buuuuuuuuuuuuu (ten fragment mojej relacji pozostawiam do wyjaśnienia Staszkowi i ponoszę wszelkie konsekwencje jego ujawnienia ).
Taaaaaaaa … leje niemiłosiernie, jest ok. 1:30 w nocy . Jesteśmy … , jak się okazuje (dobrze, że Staszek zerknął w górę) … przy "Chatce pod Śmielcem”. To wszystko wyjaśnia !!!, tzn. to, że klucze nam nie pasowały … ech … . Przez chwilę przeszła nam nawet obojgu przez głowę myśl o włamaniu …:| (chyba tylko przez dach lub kominem ).
Ja pierniczę … w takim razie czeka nas jeszcze trochę drogi . Musimy znaleźć Chatkę Wielkanocną. Ale to niedaleko, wg GPS-a …, jakieś 30 min. jeszcze … . Wracamy więc na szlak. Jest mi już wszystko jedno … , chcę ciepła i spać . Staszek nie wiem – bałam się zapytać … . Idziemy wg GPS-a. Idziemy, idziemy, chaszczingujemy, chaszczingujemy, minuty lecą , zbliża się 2:00, a my „Chatki Wielkanocnej” znaleźć nie możemy … . Łazimy tak z 40 min. , jak się potem okazuje … wokół Chatki. Noc robi swoje. W dzień znaleźlibyśmy ją na pewno, tzn. zapewne byśmy ją zauważyli. W nocy, w deszczu i we mgle to nie to samo. Co się okazało, współrzędne podane na mapie galileos okazały się błędne. Staszek myślę lepiej to wytłumaczy. Jedno jednak muszę tu napisać. To straszne, jak błędne podanie współrzędnych na mapach potrafi człowiekowi utrudnić dojście do celu (a to przecież bardzo ważna rzecz !). Wiem, że rozbieżność w metrach była w tym przypadku bardzo duża. Można powiedzieć, że prawie przez pół godziny chodziliśmy wokół celu. No ale w końcu się udało. !
Nie wiem jak Staszek, ale ja byłam najbardziej happy z tego, że zrzuciłam z siebie w końcu mokre ubranie i ten ciężki plecak . Chatka Wielkanocna zrobiła na mnie piorunujące wrażenie ! Staszek stanął na wysokości zadania i pierwsze co zrobił to rozpalił OGIEŃ . Zresztą, o ogień to ja się od początku nie martwiłam . A tak na serio w takiej sytuacji jak my się w tym dniu znaleźliśmy, ogień to było to, co nam najbardziej było potrzebne – ogrzanie się (ja byłam prawie całkiem zmoknięta). Ogień w kominku wynagrodził trudy całej wędrówki . Miło było po otwarciu wrót chatki (co też nam chwilę zajęło … ) zobaczyć, że ktoś dla kolejnego gościa zostawił zapas wody do picia i mycia i suche drewno na rozpalenie ognia w kominku . Nie trzeba było już o to się martwić. To BARDZO WAŻNE !. Nie zawsze bowiem dotrzemy do celu o tej porze, którą sobie zaplanowaliśmy ! Najlepszym przykładem byliśmy my. W takim dniu (albo raczej środku nocy) suche drewno i woda to było zbawienie !. Bardzo za nie dziękujemy. !!! Wiemy ile to znaczy, dlatego sami też się tym samym na koniec naszego pobytu odwdzięczyliśmy.
Taki to był nasz piątek, albo raczej już sobota ...
Dzień 2 – sobota
Hmmm… w sumie to nie pamiętam kiedy się położyliśmy spać Było coś chyba nad ranem. Wykańczający piątek sprawił, że sobota nam się we śnie przedłużyła . Z rana dzień zapowiadał się całkiem dobry, potem pogoda nagle się zmieniła, jak to w górach. Z planowanych naukowych wypadów w Wielki Kocioł - nici – pozostało więc spędzenie miłego dnia w chatce . Pogoda tego dnia była w kratkę, raz słońce, raz mgła i deszcz.
Dopiero pod sam koniec dnia okazała się całkiem przyjemna i postanowiliśmy zrobić małe rozeznanie w terenie. Wyruszyliśmy pod wieczór na poszukiwanie wody do picia i mycia . Udało się, a przy okazji złapaliśmy kilka wieczornych promyków zachodzącego słońca .
Wodę trzeba czerpać albo ze źródełek, albo ze stawków roztopiskowych.
Wielki Kocioł we mgle - kwitnące teraz jarzębiny jesienią muszą temu miejscu nadawać niezwykłego klimatu.
Pod wieczór dane nam było podziwianie niezwykle spektakularnego zachodu słońca . Chatka Wielkanocna w świetle zachodzącego słońca w górskiej scenerii to – coś niesamowitego
Chcę tu zostać ...
Przecudny zachód słońca
Dzień 3 – niedziela
Cel naszej niedzielnej wycieczki – Wielki Śnieżny Kocioł
Niedziela zaraz z rana wyskoczyła z hasłem – koniec leniuchowania ! – czas do pracy ! Wielki Kocioł Śnieżny i to jest ta ów tajna misja naukowa, o której wspominałam na wstępie mojej relacji.
Przybliżę nieco to niezwykłe miejsce, ponieważ naprawdę warto .
W Karkonoszach jest 12 kotłów polodowcowych, z tego po naszej, polskiej stronie jest połowa. Te nasze, np. Wielki i Mały Kocioł Śnieżny nie są tak duże, jak te czeskie, ale posiadają dobrze wykształcone, pocięte żlebami ściany skalne. Jestem Wielkim Kotłem po dziś dzień zauroczona . Czułam się w nim tak, jakbym nie była w Polsce tylko gdzieś w Superstition Mountains w Arizonie . Swoim wyglądem bowiem trochę je przypomina.
Taka, a nie inna rzeźba tej części Karkonoszy świadczy o jej przeszłości, a mianowicie o obecności w tej części lodowców górskich w okresie zlodowaceń plejstoceńskich czyli całkiem niedawno, bo ok. 10 tys. lat temu. Ciekawostką jest to, że po dzień dzisiejszy, właśnie w Śnieżnych Kotłach zachowały się bardzo dobrze ślady po lodowcach w postaci rzeźby poglacjalnej. np. cyrki polodowcowe, wały moren czołowych i jeziorka śródmorenowe. Dzisiaj prezentują się niezwykle malowniczo, oczu od nich nie można oderwać .
Z kolei sam Wielki Kocioł Śnieżny to miejsce, gdzie botanicy i geomorfolodzy mają co robić . Oprócz oczywiście spływów gruzowych (nad czym rozczulał się w tę niedzielę Staszek), wśród tych skalnych rumowisk można było znaleźć (i z tego ja miałam wielką frajdę ) ogromne bogactwo różnorodnych roślin, w tym wiele rzadkich reliktów polodowcowych.
W Wielkim Śnieżnym Kotle odnalazłam specjalnie dla Darka Tlałki – zmienkę górską (Cryptogramma crispa) – paproć należącą do rodziny orliczkowatych, porastającą granitowe stożki piargowe. Bardzo ładna, delikatna paproć oraz widlicza alpejskiego (Diphasiastrum alpinum).
Z
Zauroczył mnie zawilec narcyzowy, którego znalazłam wśród granitowym piargów – przepiękny !
Górnoreglowa świerczyna sudecka z roślinnością bagienną
Na skale udało mi się wypatrzyć płochacza halnego.
Roślin chronionych w Wielkim Śnieżnym Kotle można spotkać bez liku. Jeszcze bardziej bogaty pod względem flory jest Mały Kocioł Śnieżny. Już teraz się uśmiecham pięknie do Staszka w nadziei, że mnie tam kiedyś zabierze – wszelkie niedogodności biorę na swoje barki . Wiem, że tak piękne miejsce wynagrodzi mi to stukrotnie.
Oj nie chciało się opuszczać tego urokliwego miejsca, nie chciało … Z Chatki Wielkanocnej do samochodu wyruszyliśmy ok. 16.00 . Wiedzieliśmy z góry, że do domu wrócimy bardzo późno. Nic to – to co przeżyliśmy w ciągu tych 2 a nawet 2,5 dnia liczy się najbardziej , a był to piękny i zapewne niezapomniany dla nas weekend . Polecam wszystkim surowość, spartańskie warunki i niezwykły klimat Chatki Wielkanocnej . Osobiście chętnie bym w niej jeszcze nie raz przenocowała.
Staszku bardzo dziękuję za towarzystwo, wsparcie w trudnych chwilach i to co wspólnie przeżyliśmy i oczywiście za OGIEŃ i WODĘ . Dziękuję, że zabrałeś mnie w tak piękne miejsce.
Schodząc zatrzymały nas jeszcze Paciorki - grupa granitowych skał, z których rozpościera się wspaniała panorama.
kociołek zwietrzelinowy
Na koniec mapka miejsca w którym byliśmy.
Źródło:http://www.karkonosz.org
oraz niezwykle „klimatyczny” filmik Maćka Wojtasa, który znalazłam na youtube, przedstawiający Śnieżne Kotły zimą . Dodam jeszcze, że Śnieżne Kotły są ulubionym miejscem wspinaczy wysokogórskich. Patrząc z bliska na te granitowe „prawie odpadające od ściany skały” nigdy bym się osobiście na wspinanie po nich nie odważyła . Ale przecież do odważnych świat należy …. . Miłego oglądania .