Temat: Budynek SS na Kotelnicy zrównany z ziemią
- To barbarzyństwo - mówią mieszkańcy Międzybrodzia Bialskiego. Właśnie rozebrano tu ośrodek wzniesiony przez więźniów Auschwitz dla niemieckich żołnierzy. Została po nim tylko sterta desek. A urzędnicy są w szoku
Z dawnego pensjonatu esesmanów została sterta desek
Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta
Z dawnego pensjonatu esesmanów została sterta desek
Pusty plac, na którym stał budynek zwany przez miejscowych willą Hoessa
Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta
Pusty plac, na którym stał budynek zwany przez miejscowych willą Hoessa
ZOBACZ TAKŻEDla więźniów obozów wejście Rosjan było wybawieniem
Tablica dla najmłodszej ofiary Marszu Śmierci
Mistrz wszechwag KL AuschwitzO ośrodku w Kotelnicy, niewielkim przysiółku Międzybrodzia Bialskiego na Żywiecczyźnie, zrobiło się głośno kilka lat temu. Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie wystawiło wtedy ponad sto niepublikowanych wcześniej zdjęć świetnie bawiącej się załogi Konzentrationslager Auschwitz. Uśmiechnięci obozowi oprawcy odpoczywają na leżakach albo słuchają muzyki, towarzyszą im młode dziewczyny ze służby pomocniczej SS. Można wśród nich dostrzec m.in. znanego z okrutnych eksperymentów medycznych Josefa Mengele czy dowódcę oświęcimskiego garnizonu SS Rudolfa Hoessa.
Fotografie zostały zrobione w 1944 roku właśnie w domu wypoczynkowym w Kotelnicy wzniesionym przez więźniów obozu. Album ze zdjęciami należał do Karla Hoeckera, esesmana z Auschwitz. Został przekazany do muzeum przez byłego oficera amerykańskiego wywiadu, który go znalazł.
Po wojnie w okolicy zaczęło przybywać kempingów. Dawny pensjonat esesmanów znalazł się na terenie ośrodka kempingowego Złoty Stok. Wszyscy znali jego historię, nazywany był willą Hoessa. Jacek Kozak, zastępca wójta gminy Czernichów, na której terenie leży Międzybrodzie, opowiada, że jednej z pracownic urzędu udało się nagrać rozmowę z kobietą, która tam pracowała. To kilka godzin poruszającej opowieści.
- Dlatego byliśmy wszyscy w szoku, gdy dziennikarz lokalnej "Kroniki Beskidzkiej" zadzwonił z pytaniem, dlaczego ośrodek został rozebrany - opowiada Kozak.
Na miejsce od razu pojechał jeden z urzędników. Niestety, z ośrodka została już tylko sterta desek. - Ale nawet wtedy trudno nam było uwierzyć, że doszło do czegoś podobnego. Jeden z mieszkańców, który był świadkiem rozbiórki, opowiadał, że była błyskawiczna - dodaje Kozak.
Ludzie są wstrząśnięci. Mówią, że to barbarzyństwo.
Jak do tego doszło? Willa stała na prywatnym terenie. Krzysztof Fiołek, rzecznik prasowy żywieckiego starostwa, tłumaczy, że do urzędu trafił wniosek o pozwolenie na postawienie budynku wielofunkcyjnego wraz z remontem utwardzonych powierzchni. Znajdowała się w nim informacja o planowanej rozbiórce stojącego tam budynku. Willa nie była wpisana do rejestru zabytków, nie chroniły jej też odpowiednie zapisy w planie miejscowego zagospodarowania przestrzennego. Ewidencja Miejsc Pamięci Województwa Śląskiego, na której znajdował się obiekt, nie jest dokumentem, do którego urzędnicy mają obowiązek zajrzeć, wydając w takiej sytuacji pozwolenie, a w planie zagospodarowania przestrzennego nie było informacji o takim zapisie. Biorąc pod uwagę fakt, że do starostwa nie wpłynęły żadne zastrzeżenia, urzędnicy musieli wydać pozwolenie na budowę. Inaczej byłoby to niezgodne z prawem.
Adam Siwek, naczelnik Wydziału Krajowego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mówi, że faktycznie przepisy dotyczące ochrony miejsc pamięci są nieprecyzyjne. - Brakuje dokumentu o randze ustawy czy rozporządzenia, które by to regulowało - mówi naczelnik.
Na mocy ustawy chronione są cmentarze wojskowe, budynki, które są równocześnie zabytkami. - Jeśli to jest inny obiekt, to, niestety, zdarzają się takie właśnie sytuacje - mówi Siwek. W dodatku w majestacie prawa. Siwek dodaje, że gdy rada wie o sprawie odpowiednio wcześniej, zawsze może próbować negocjować, przekonywać do innego rozwiązania. - Teraz jest na to za późno - mówi Siwek.
Inwestorem w Kotelnicy jest Warszawska Szkoła Reklamy. Od Anny Kot, jej rzeczniczki, próbowaliśmy się dowiedzieć czegoś na temat inwestycji. Odesłała nas do wicedyrektora szkoły, który miał jednak wyłączoną komórkę.