Temat: Matterhorn
Pomysł wyprawy na Matterhorn, jednej z najpiękniejszych gór na świecie narodził się jakiś rok temu, gdy wraz z kolegą Pawłem obmyślaliśmy jakiś cel w górach na ten rok. Padło na Mata. Ot, tak po prostu Paweł wypalił- jedźmy na Matterhorn. Z początku myślałem że się przesłyszałem. Pamiętam jak kiedyś podczas luźnej rozmowy Robso powiedział niejako w żartach, że jak wejdzie na Mata to może iść na górską emeryturę. Matterhorn miał być swego rodzaju wisienką na torcie naszych górskich zmagań. Wtedy ten szczyt był dla nas tak odległy jak jakaś pozaziemska galaktyka. Owszem marzenia były aby tam wejść ale w nieokreślonej przyszłości. Zestawienie ja i Matterhorn brzmiało wtedy równie irracjonalnie jak kompilacja ja i papież. Zastanawiałem się czy aby nie porywamy się z motyką na przysłowiowe słońce? Cóż, klamka zapadła i choć targały mną z początku mieszane uczucia zacząłem mentalnie przygotowywać się do tej wyprawy. Matterhorn dosłownie mnie wciągnął w swoją orbitę. Wertowałem wszelkie relacje, opisy drogi, filmiki itp. rzeczy, które miały związek z tą górą. Niejako zacząłem ją poznawać z każdej strony. Im więcej o niej wiedziałem tym bardziej wydawała mi się przyjazna, tym bardziej zaczynałem wierzyć, że „to” ma realne szanse powodzenia. Szukaliśmy przed wyjazdem jeszcze kogoś kto by z nami pojechał. Dodatkowy zespół dwójkowy wydawał nam się dobrą opcją a jednocześnie sposobem na zmniejszenie kosztów. Niestety szło to opornie. Jedni mieli inne plany, ci ze znajomych, którzy raz już bezskutecznie próbowali za nic nie chcieli tam wracać, Robso z kolei też planował co innego ( skończył z Roncem na Duforze ostatecznie :mrgreen: ) W końcu stwierdziliśmy, że skoro chętnych brak to jedziemy sami mimo, że wiązało się to z większymi kosztami. Swoją drogą momentami miałem wrażenie, że Ci którzy odmawiali chyba nie bardzo wierzyli w nasze wejście na ten szczyt. Zaczęliśmy przygotowania od zebrania wszelkich informacji na temat góry, lokalizacji, dojazdu itp. w czym nieocenioną rolę odegrał nasz dobry kolega Raffi79, który udzielił na wielu cennych wskazówek. Nie bez znaczenia było przygotowanie kondycyjne i wytrzymałościowe. Priorytetem była dla nas pogoda a ponieważ czas mieliśmy ograniczony od 3 do 15 sierpnia więc postanowiliśmy jechać nad wybrzeże włoskie oddalone o 300-parę km od Zermatt i tam czekać na korzystne warunki zażywając przy okazji kąpieli w morzu. Miało to tę dobrą stronę, iż pozwalało na szybkie przemieszczenie się do Zermatt w odróżnieniu od długiej i męczącej drogi z kraju. Minusem był fakt przebywania na wysokości lustra wody. Nad morzem wylądowaliśmy w sobotę 4 sierpnia i już tego samego dnia dostaliśmy informację o mającej nastąpić poprawie pogody od poniedziałku.
1 dzień , niedziela:
W niedzielę po południu jedziemy do Zermatt. Trochę późno ale inne sprawy nie pozwoliły na wcześniejszy wyjazd. Wg planu mamy dojechać do miasteczka, wyjechać kolejką na Schwarzsee Paradise i dojść na noc do schroniska Hornlihutte. Z góry zakładamy nocleg w schronisku bo po doświadczeniach wielu znajomych doszliśmy do wniosku, że nie będziemy się obciążać klamotami i pójdziemy na lekko. Poza tym faktycznie lepiej dozbierać więcej kasy i poświęcić na schron by potem atakować wypoczętym i najedzonym. Tak nam doradzono i tego staramy się trzymać, nie ma sensu wyważać otwartych drzwi kiedy sprawdzone rozwiązania podane są na tacy. Mimo rezygnacji z części ekwipunku plecaki skutecznie przyciskają nas swoim ciężarem do gleby. Od początku jednak wszystko idzie żle. Do Zermatt przyjeżdżamy za późno, kolejka już nie chodzi więc pozostało szukać noclegu w miasteczku. W dodatku pogoda pod psem, choć na szczęście przestało padać. Tułamy się tu i ówdzie odbijamy od drzwi do drzwi by w końcu znaleźć ‘’tanią’’ kwaterę. Niestety nie było wyboru. Na koniec dnia, głodni idziemy do pobliskiej pizzerii gdzie fundujemy sobie pizzę średniej wielkości za ok. 95 zł. Masakra…
2 dzień, poniedziałek :
Nazajutrz z rana udajemy się do pobliskiej kolejki i wyjeżdżamy na Schwarzsee Paradise. Spotykamy po drodze dwóch łojantów z Polski i jednego starszego gościa także krajana co stwierdzam po plecaku Wisporta, który po raz czwarty w karierze próbuje ugryźć Mata. Do tej pory bezskutecznie i z tego co nam mówi będzie to jego ostatnia próba, jak się potem okaże również nieudana. Poza tym żywej duszy, nikt poza nami nie podąża w stronę schronu. Nie dziwi to jednak w kontekście tego co widać na niebie. Po około 2 godzinach marszu dochodzimy do schronu. Niestety niebo w dalszym ciągu zasnute chmurami i nadal nie widać naszej góry.
Wg prognoz pogoda ma być jutro jak kryształ a i dziś pod wieczór zapowiadana jest poprawa. Czas pokaże, zobaczymy.
W drodze do schroniska

Widok na masyw Monte Rosa w HDR

Momentami się przejaśnia...
...niestety tylko na chwilę

Monte Rosa w HDR
Matterhorn skutecznie ukrywa swoje oblicze
Schronisko Hornlihutte jest opustoszałe. Prócz nas i trojga naszych rodaków nikogo kompletnie nie ma. Niedobrze, to widomy znak, że warunki są na tyle złe, iż nikt nie kwapi się do wejścia na szczyt w najbliższym czasie. Słowem pogoda barowa, żeby nie powiedzieć zimowa gdyż ledwie co przekroczyliśmy próg schronu jak zaczął sypać gesty śnieg. No to nieźle myślę sobie. Wprawdzie prognozy przewidywały opad ale po tym co widzimy nie nastraja nas to optymistycznie. Ostatecznie jesteśmy zdeterminowani czekać do końca tygodnia na poprawę pogody byle tylko dostać swoją szansę. Sypie bardzo intensywnie. Założenia są takie, że jutro postanawiamy nie ruszać się stąd cały dzień i zaatakować dopiero pojutrze czyli w środę. Chcemy w ten sposób choć trochę przyzwyczaić organizm do wysokości a co najważniejsze dobrze wypocząć. W między czasie jeśli warunki pozwolą ruszymy na krótki rekonesans drogi takie, ot wejście aklimatyzacyjne. Późnym popołudniem zaczyna się przejaśniać. Nareszcie.

Pierwszy widok na Mata
Wrażenie niesamowite

Jak na razie prognozy są niezawodne. Po czasie doszło jeszcze do schronu parę osób. Są jacyś Hiszpanie , Rumun i dwóch Chińczyków ale za to żadnego przewodnika hmm… Na zewnątrz robi się całkiem przyjemnie no i wreszcie możemy zobaczyć w całej okazałości Matterhorn. Imponujące wrażenie. Góra dosłownie przytłacza swoim ogromem a zarazem ma w sobie coś majestatycznego co przyciąga. Już choćby z tego względu warto stanąć u jej podnóża i delektować się jej niebanalną, wręcz idealną nieskazitelnością kształtów. Nie przypadkowo uważana jest przez wielu za górę doskonałą i jedną z najpiękniejszych na świecie. Obcując z takim zjawiskiem natury trudno zaprzeczyć tej opinii. Matterhorn niejako wisząc tuż nad naszymi głowami uzmysławia nam dobitnie skalę wyzwania jakiego się podjęliśmy a tym samym wzbudza respekt i szacunek jakim zwykle darzy się godnego przeciwnika. Tu nie ma miejsca na dyletanctwo, lekceważenie i improwizacje. Statystyki są nieubłagane, ta góra pochłonęła mnóstwo ludzkich istnień a tabliczki z nazwiskami ofiar u jej podnóża stanowią groźne memento dla śmiałków. Każdy błąd, fałszywy krok, błędna decyzja może się zemścić i zadecydować o sukcesie bądź przegranej. Póki co nasza gra jeszcze się nie rozpoczęła bowiem to pogoda gra tutaj pierwsze skrzypce. Wykorzystując jej łaskawość korzystamy z pierwszych tego dnia promieni słoneczka i z nudów pomagamy obsłudze schroniska odśnieżyć stoliki i taras za co skarbimy sobie wdzięczność jej damskiej części.
Łopata i do dzieła ![]()
Nasz efekt pracy
Liczyliśmy przy tej okazji na jakiś rabacik tudzież miłe towarzystwo ![]()
Z toczonych rozmów z innymi wynika, iż niemal wszyscy jutro uderzają na szczyt. Na dodatek otrzymuję z Polski telefon od Raffiego z informacją, że jedyne okno pogodowe w najbliższym czasie ma być tylko jutro a potem znowu załamanie pogody. Obrazuję mu jakie panują warunki i co dzieje się na zewnątrz na co stwierdza, że w istniejącej sytuacji szanse na wejście są minimalne ale decyzja zależy od nas Stanęliśmy przed nie lada dylematem, co robić w tej sytuacji? Pokusa jest ogromna ale rozsądek i jakiś wewnętrzny głos podpowiada by nie iść. Chwila wahania, burza niespokojnych myśli pod kopułą i ostatecznie decydujemy, że z uwagi na istniejące warunki tj. sporo śniegu i spodziewanego oblodzenia skały wyjście w dniu jutrzejszym mija się z celem. Niech słońce zrobi swoje i to trochę przytopi, w przeciwnym wypadku będziemy musieli walczyć ze śniegiem, lodem, trwonić siły, czas i na szczyt nie wejdziemy. W naszej decyzji utwierdza nas też miła pani z obsługi schroniska, która odradza nam jutrzejsze wyjście. Przyznam szczerze, iż była to chyba najtrudniejsza decyzja w czasie trwania całej wyprawy. Suma sumarum okazało się, że mieliśmy całkowitą racje. Przed pójściem spać dochodzi jeszcze do kuriozalnej sytuacji. Nasi współlokatorzy w pokoju, Rumun i Chińczyk proszą nas o zgrozo o instruktaż na temat wiązania się liną, buchtowania itd. Cóż nie tylko w Polsce trafiają się oryginały i potencjalne ofiary gór
Rumun okazuje się pojętnym uczniem natomiast Chińczyk kompletnie nic nie kuma, z angielskim też nie daje rady, nic nie rozumie. Jutro obaj wyruszają na Mata jako przypadkowy zespół dwójkowy i mimo całej dla nich sympatii choć życzymy im jak najlepiej to sukcesu im nie wróżymy.

Panorama z okolic schroniska Hornlihutte

W stronę Zermatt

Jeszcze jedna panoramka z okolic schronu

Breithorn & Klein Matterhorn
3 dzień, wtorek:
Nazajutrz wypoczęci jak lordy snujemy się po pustym schronisku i z dala wypatrujemy zmagania na grani. Pogoda wspaniała, na niebie nie ma ani jednej chmurki i panuje niczym niezmącona cisza przerywana tylko odgłosem spadających kropli wody z roztopionego śniegu. Korzystając z okazji podstawiam pod rynnę schronu kubek i łapie życiodajny płyn, którego brak w schronie jest pewną uciążliwością. Przy okazji za załomem skalnym mogę się wreszcie spokojnie ogolić co by nie wyglądać jak pospolity bandyta ![]()
Pogoda marzenie
Chce się żyć


Momentami nachodzą mnie wątpliwości potęgowane tym co widać na zewnątrz czy aby dobrze postąpiliśmy zostając w schronie, może dziś to była faktycznie ta jedna jedyna szansa by spróbować ? To trudny niewątpliwie dla każdego z nas moment ale staram się odgonić złe myśli. W dniu dzisiejszym wyruszyli też na zdobycie góry nasi łojanci drogą braci Schmidt niosąc ze sobą niewyobrażalną ilość sprzętu co mieliśmy okazje zobaczyć podczas ich przygotowań do wyjścia w schronie. Ciekawi jesteśmy tych dzisiejszych zmagań toteż obserwujemy co dzieje się na grani Hornli. Zdaje się, że widzimy naszą parę rumuńsko-chińską w niższej partii Mata. Stoją praktycznie w jednym miejscu i ani w prawo ani w lewo. Nie wróży to dobrze ale nie czas teraz się nimi zajmować gdyż dochodzi południe więc zgodnie z planem ruszamy na rekonesans.
Pogoda nastraja optymistycznie
Pierwsze dotknięcie ściany Mata.
Matterhorn - pierwsza krew ![]()
Drogi nie znamy ale kierujemy się mniej więcej za kopczykami i śladami. Skała krucha trzeba cholernie uważać za co się chwyta. Poza tym topiący się śnieg sprawia, że co chwilę coś wyjeżdża spod nóg. Droga robi się coraz bardziej zawikłana. Kilka razy zawracamy.
Krucho jak diabli
No i gdzie teraz ?
Kluczymy tu i tam, momentami kręcimy się jak g…no w przerębli. Dochodzimy wreszcie do miejsca, w którym nie bardzo wiadomo którędy iść. Przy okazji natykamy się na „naszych łojantów” schodzących z góry z kwaśnymi minami. Autentycznie są wkurzeni gdyż w pewnym momencie zawrócili z powodu braku czasu jak nam powiedzieli. Ktoś naopowiadał im ponoć bajek, że wejdą na Mata w kilka godzin. Podejrzane to trochę bo obserwujemy jak asekurują się na sztywno w miejscu gdzie my przechodzimy na żywca bez większych trudności. Robi się późno, czas wracać. Okazuje się, że robiliśmy średnio 100m przewyższenia/godzinę i wyszliśmy raptem kilkaset metrów ponad schron. Niedobrze, w takim tempie na Mata nie wejdziemy, tyle że choć początek drogi mamy rozeznany. Wniosek nasuwa się sam- jutro idziemy za przewodnikami, którzy drogę znają jak nikt inny.
Wracamy do schronu
W drodze powrotnej spotykamy jeszcze znajomą parę chińsko-rumuńską, która kompletnie wyczerpana schodzi na dół. Ponoć byli pod Solvayem ale brakło im sił na dalszą wspinaczkę. Nasze przypuszczenia się sprawdziły, tego dnia nikt nie zdołał wejść na szczyt co niejako uspokoiło moje sumienie co do powziętej wczoraj decyzji. Podczas naszego krótkiego wypadu schronisko się zapełniło a w jego pobliżu pojawiło się kilka rozbitych namiotów. Jest też kilku przewodników z klientami-dobry prognostyk na pogodę w dniu jutrzejszym. Na szczęście tłoku jednak nie ma co wydaje się dziwne gdyż zwykle Grań Hornli jest bardzo okupowana z sezonie. Najwidoczniej dotychczasowe warunki pogodowe odstraszyły wielu śmiałków i dobrze :mrgreen: . Zgodnie z radą Raffiego, który rok temu zdobył Mata przed jutrzejszym wyjściem zamawiamy obfitą kolację oraz śniadanie na rano. Faktycznie kolacja jest mega obfita do tego wysokokaloryczna i nie sądzę by ktoś mógł czuć po niej niedosyt.

Monte Rosa na tle zachodzącego słońca
Zmierzch nad Matterhornem
4 dzień, środa:
Pobudka o 4 , zbieramy się szybko i schodzimy na dół na śniadanie. Jeść się nie chce więc wrzucam tylko dwie kromeczki na szybko i wychodzimy, żeby nam przewodnicy nie uciekli. Wiążemy się jeszcze przy schronie w świetle czołówek i ruszamy. Z daleka widzę, że w połowie Mata są już ludzie o czym świadczy wężyk światełek mozolnie wijący się ku górze. To z pewnością ci z namiotów, musieli wyjść co najmniej o 3. Nie czas się jednak nimi zajmować. Wchodzimy w ścianę, od razu mocne tempo. Trochę nas zatyka z wysiłku na początku, widomy znak, że organizm po nocy jeszcze nie chodzi na pełnych obrotach i się buntuje. Z czasem jest coraz lepiej. Trzymamy się „naszego” przewodnika, który okazuje się bardzo sympatycznym młodym człowiekiem. Zresztą podczas wczorajszego wyjścia spotkaliśmy go wraz z klientem i wymieniliśmy uprzejmości
. Tutaj taka mała dygresja, otóż przed wyjazdem słyszeliśmy sporo negatywów na temat tego co dzieje się na grani Hornli, zachowań ludzi a zwłaszcza przewodników wobec innych. Na całe szczęście nic takiego nie doświadczamy wręcz przeciwnie. Być może to zasługa pogody, która skutecznie przerzedziła szeregi potencjalnych zdobywców przez co na grani nie panuje ani tłok ani nerwowa atmosfera. Trudno powiedzieć, widocznie albo mamy szczęście albo czuwa nad nami Stwórca tego świata. Tak czy inaczej jesteśmy mile zaskoczeni. Oglądam się do tyłu, tuż za nami idą następni przewodnicy z klientelą. Takich jak my jest garstka. Staramy się iść równym tempem, żadnej szarpaniny. „Nasz” przewodnik staje na chwilę z klientem więc go mijamy. Po chwili się okazuje, że jest obok nas ale jakoś wyżej. Z uśmiechem pokazuje nam ręką właściwą drogę. Cały czas napieramy równym tempem, sporadycznie zakładając przeloty. Nie ma czasu ani miejsca by bawić się w to częściej. Z tego samego powodu jak i panujących ciemności niemożliwe jest robienie zdjęć. Idzie dobrze- to najważniejsze. Powoli się rozwidnia i droga staję się czytelniejsza. Widać już blisko schron Solvay.
Podejście pod Solvay
Już pod schronem w dolnej części płyty Mosleya natykamy się na czwórkę Ukraińców tworzących zator. Czekamy cierpliwie aż wejdą. Trwa to jednak dosyć długo więc zniecierpliwieni wymijamy ich a nawet uprzejmie korzystamy z ich sprzętu. Widać ewidentną różnicę w prędkości poruszania się zespołu dwójkowego w stosunku do czwórki co nie jest bez znaczenia w przypadku wspinaczki na taką górę jak Matterhorn.
Chwila oddechu koło schronu Solvay
Chwila odpoczynku koło schronu i ruszamy w dalszą drogę. Zostało 478 m przewyższenia w trudniejszym niż do tej pory terenie. Blok szczytowy wydaje się blisko ale wiem, że to złudzenie. Stąd gdzie jesteśmy wydaje się kolejną jakby osobną górą, która właśnie teraz płonie w świetle wschodzącego słońca. Z daleka gdzieś z dołu z Zermatt albo okolic Gornegratt, czy Dufora widok musi być fantastyczny w tę stronę. Napieramy dalej. Nasz przewodnik nas minął kiedy odpoczywaliśmy ale widzimy kolejnego. Co prawda droga jest już ewidentnie czytelna ale z powrotem w dolnej partii lepiej iść za kimś.
Coraz wyżej
Szczyt wydaje się blisko, w rzeczywistości to kolejna góra do zdobycia
Dochodzimy do pionowej ścianki. To zdaję się górna część płyty Mosleya. Wiszą tutaj grube poręczówki, o wpięciu w nie czegokolwiek mowy nie ma. Wdrapujemy się na żywca i zmierzamy w kierunku ramienia bloku szczytowego. Po drodze mijamy tych, którzy wyszli wcześniej w nocy schodzących już ze szczytu. Gdzieś po drodze ubieramy raki i dochodzimy do poręczówek przy bloku szczytowym. To chyba najtrudniejsza a przynajmniej najbardziej wysiłkowa część Grani Hornli. Odczuwamy już trudy drogi ale czujemy się nadspodziewanie dobrze. Czekamy przy poręczówkach aż zejdą ci ze szczytu. Co chwilę na nasze głowy sypią się małe bryłki strącanego śniegu. Jedną z nich oberwałem w twarz ale bez konsekwencji. Trwa to dość długo więc zniecierpliwiony idę do przodu kiedy tylko poczułem, że lina się zwolniła. Wysiłek ogromny, w pewnym momencie czuje wisząc na linie, że nie bardzo mam gdzie oprzeć nogi. Ściana wydaje się lekko przewieszona. No tak, Bozia poskąpiła wzrostu to i nóżki krótkie. Dobrze, że choć ręce stworzone nie tylko do klepania na klawiaturze i podcierania tyłka
. Jakoś siłą woli i rąk pokonuje ten odcinek. Wybieram linę i pomagam Pawłowi, któremu też daje się we znaki ten fragment trasy. Dalej teren się kładzie do ok. czterdziestu kilku stopni i stanowi płytę szczytową pokrytą sypkim śniegiem. O dziaby aż się prosi.
Najgorsze za nami
Figurka Św. Bernarda patrona alpinistów tuż pod szczytem
Z wydatną pomocą czekanów wspinamy się na grań szczytową mijając po drodze figurkę Św. Bernarda patrona alpinistów. Na śniegu wyraźne ślady krwi, prawdopodobnie oznaka przeforsowania organizmu albo braku dostatecznej aklimatyzacji. W samotności wchodzimy wreszcie na grań i idziemy w kierunku wierzchołka. W pewnym momencie grań bardzo się zwęża, miejsca starcza ledwie na buty. Luft z obu stron a ekspozycja z gatunku tych- w Imię Ojca i Syna… Wreszcie ok. 12.10 szczęśliwi stajemy na szczycie Matterhornu.
Fragment grani szczytowej

Panorama ze szczytu

Widok na włoską strone, w tle w oddali Mont Blanc
Monte Rosa
Chwila oddechu, pamiątkowe zdjęcia i krótkie filmiki. Jesteśmy samotni na wierzchołku. Cóż człowiek czuje w takich momentach stojąc na szczycie zrozumieć może jedynie ten kto doświadcza podobnych chwil. Uczucie spełnienia, wielkiej radości i satysfakcji ? To chyba zbyt proste i prozaiczne słowa by wyrazić swój stan ducha. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałem się jak wygląda niebo, raj i co jest pełnią szczęścia to właśnie dziś otrzymałem odpowiedz a zarazem dar, za który w głębi duszy dziękuje Bogu, także za to, że dał mi siły i determinacje bym mógł dotknąć nieba. Również za to, że czuwał nad nami. W pobliżu szczytu co jakiś czas pojawia się śmigło a to z klientami, to znowu ratowniczy. Warunki idealne, niemal zero wiatru a widoki przyprawiają o szybsze bicie serca i zawrót głowy. Czegóż tu nie ma? Gdziekolwiek się obrócę jestem otoczony słynnymi alpejskimi gigantami. Mniej więcej od strony północnej piętrzą się takie tuzy alpejskie jak Zinalrothorn czy Weisshorn, od wschodu szczególnie pięknie z kolei wygląda Lodowiec Gorner oraz grupa Monte Rosy z Duforspitze i Nordentem na czele. W bezpośrednim sąsiedztwie o swojej obecności przypomina Klein Matterhorn oraz Breithorn natomiast od południowego zachodu piętrzy się majestatycznie najwyższy szczyt Europy Mont Blanc. Można by tak wymieniać i wymieniać a w środku tego wspaniałego alpejskiego królestwa stoi samotnie niczym król Matterhorn- zaiste jego symbol i władca. Niestety czas nie słup, nie stoi więc pora kontemplacji nieuchronnie dobiega końca. Od strony włoskiej obserwujemy jak wchodzi zespół Ukraińców , z którymi chwilę rozmawiamy po czym zabieramy się w drogę powrotną.
Paweł na grani
Śmigło z klientem, któż bogatemu zabroni ? ;-)
Wierzchołek od włoskiej strony Monte Cervino
Widok na Mont Blanc
Aro ![]()
Stąd Duforspitze wygląda jak sporo mniejszy brat.
Dziwne ale po nas nikt nie wychodzi na szczyt. Trochę mnie to niepokoi bo przecież szedł za nami przewodnik z klientem. Najwidoczniej klient w pewnym momencie powiedział stop. Robimy pierwszy zjazd potem drugi. Idzie to jakoś nieporadnie i długo trwa, zbyt długo. Zaczynam się irytować więc stwierdzam, ze dalej idziemy na krótko, na lotnej miejscami asekurując się niemal na sztywno. W zasadzie gdybym wiedział, że tak będzie to zamiast 50 m liny którą mieliśmy w zupełności wystarczyłoby zabrać 25m. Czuje się dobrze ale długa droga przed nami. W ogóle to jestem totalnie zaskoczony reakcją swojego organizmu na wysiłek i wysokość. Mimo trudu drogi i rosnącej wysokości nie czuje specjalnie większego zmęczenia. Wpływ wysokości jakby mnie nie dotyczył a przynajmniej świadomie tego nie odczuwam. W każdym razie bez wątpienia w życiu tak dobrze w górach się nie czułem. Być może świadomość zdobycia szczytu dodała skrzydeł i wyzwoliła dodatkowe pokłady energii ?
Gdzieś w ścianie pod blokiem szczytowym
Jestem nastawiony na zejście do schroniska Hornli ale Paweł, któremu zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki sugeruje postój w Solvayu. Nocleg w tym schronie w ogóle podczas planowania wyprawy nie był brany pod uwagę ale wobec powyższego i późnej pory zdecydowaliśmy się z niego skorzystać. Nic na siłę, nikt nas nie goni. Lepiej odpocząć niż ryzykować zejście po ciemku tym bardziej, że w schronie jesteśmy dopiero koło godz. 19. Jak wiadomo najwięcej wypadków jest przy zejściu kiedy człowiek zmęczony jest bardziej zdekoncentrowany.
Górna część płyty Mosleya
Całkiem niezła ekspozycja
Paweł w akcji ![]()
Okazuje się , że schron jest zajęty przez czwórkę z Ukrainy, którą dziś mijaliśmy pod Solvayem. Ponieważ później nigdzie ich nie spotkaliśmy byłem święcie przekonany, że doszli tu na nocleg i szczyt zaatakują jutro. Jak nam powiedzieli byli ok. 200 m od wierzchołka i zawrócili z braku sił. Jutro schodzą na dół. Aż dziw, że jutro nie próbują wejść ale widać mają ku temu ważne powody. Chłopaki leżą na czterech pryczach, my siadamy na ławce przy stole. Ściągam raka z lewego buta a potem…potem to mi się już totalnie nic nie chce. Siedzę i gapię się w ścianę i blat stołu jakby coś tam pisało ciekawego. Totalna zawiecha. Dopiero teraz opada ze mnie napięcie i schodzi „powietrze”. Dopóki byłem w ruchu miałem energie i przysłowiowego „chcieja” ale wystarczyło tylko usiąść… Tkwię tak dobre parę minut aż w końcu z odrętwienia wyrywa mnie matka natura i gna za potrzebą. Dalszy opis cokolwiek śmiesznych czynności pominę, mając na względzie wrażliwość estetyczną czytelników
Przed zachodem słońca wychodzę jeszcze przed schron i ze zdziwieniem obserwuję dwie sylwetki schodzące ze szczytu. Jak się potem okazało była to para Francuzów, która dobiła do Solvaya dobrze po północy. Spaliśmy w pomieszczeniu gospodarczym gdzie był jakiś materac i kilka kocy. Wspomniana para zwaliła nam się na głowę niemal dosłownie bo spali tuż nad nami na deskach zawieszonych u sufitu.
Schron Solvay zaprasza ![]()
Od razu robi się bardziej swojsko ![]()
5 dzień , czwartek:
Z obawą o pogodę wstajemy o poranku. Jeśli będzie kicha to jesteśmy w ciężkiej dupie. Z ulgą w brzasku wschodzącego słońca widzimy sznur ludzików podchodzących pod schron. Jest ich zdecydowanie więcej niż wczoraj. Niebo czyste. Zbieramy się szybko i schodzimy.
Brzask o poranku wnosi otuche w nasze serca
Powoli schodzimy
Historia się powtarza. Znów zator robią nam koledzy z Ukrainy, którzy jednak nas przepuszczają i wspaniałomyślnie użyczają nam swojej liny do zjazdu. Dalej idzie sprawnie, ślady w miarę czytelne więc idziemy niemal jak po sznurku. W dolnej partii góry zaczęły się jednak schody… w pewnym momencie orientujemy się, że mimo śladów droga na pewno nie jest tą, którą wchodziliśmy wczoraj. Teren staję się sypki i niebezpieczny. Zawracamy kawałek i Paweł proponuje inny wariant.
Krucho jak diabli, trzeba uważać
Sejsmografy na grani a w tle Zermatt
Idziemy więc w kierunku zwisającej taśmy na ścianie. Notabene taśmy wiszą w różnych miejscach i wcale nie muszą sugerować właściwej drogi. Dochodzimy do pionowego komina, który kojarzę ze zdjęcia kolegi Rafała. Na zdjęciu wisiała poręczówka, teraz odcięta leży pewnie gdzieś na dole. Waham się czy jest sens tędy schodzić żeby potem nie wpakować się w teren bez wyjścia. Paweł jednak wybija mi z głowy wątpliwości i schodzimy. Szczęściem okazało się ,że ten wariant łączy się z ‘’aktualną’’ drogą. Idziemy blisko grani i znów dopadają nas rozterki. Teren zawikłany jak cholera. Przystajemy na chwilę i oglądamy się za siebie. Widząc schodzącego z góry przewodnika decydujemy się czekać. Schodzi bardzo szybko więc staramy się go nie stracić z oczu. Mam wrażenie, że w ogóle nie patrzy pod nogi. ‘’GPS-ik’’ prowadzi nas niezawodnie
. Wreszcie teren robi się znajomy i dalej już samotnie schodzimy do schroniska.
Pić mi się chce cholernie bo pod koniec skończyła mi się woda i nawet roztopiony w ustach śnieg niewiele pomaga. Szczęśliwi i świadomi zdobycia symbolu Alp dopadamy do schroniska. Uwalniamy się szybko ze szpeju po czym zamawiam piwo
. Pamiętam tylko, że nazywało się Heineken bo smak miało jakiś niewyraźny. Pamiętam za to doskonale do dzisiaj smak Matterhornu- „naszej góry”
. Opatrzności dziękować przychodzi, że tak wszystko pięknie się ułożyło mimo nienajlepszego początku, zwłaszcza za to, że za pierwszym razem w tak kapitalnej pogodzie udało się bezpiecznie wejść a co najważniejsze zejść z góry. Nie wszystkim jest to dane i tym większa wdzięczność przepełnia moje serce.
Widać, że słoneczko zrobiło kawał dobrej roboty ze śniegiem
Z kolegami z Ukrainy
Po przepakowaniu się w schronie i krótkim odpoczynku schodzimy na dół do kolejki i zjeżdżamy do Zermatt. Zostało nam jeszcze kilka dni jakże zasłużonego odpoczynku nad morzem
. Żal nam wracać, myślami człowiek wraca jeszcze do minionych chwil, które pozostawiły niezatarte wrażenie, do tego co utrzymywało w nas w stałym napięciu i powodowało szybsze bicie serca. Tak to już jest, że w życiu piękne są tylko chwile jak to śpiewał kiedyś śp. Rysio Riedel ale właśnie dla takich chwil warto żyć.
Żal wracać
No coment ![]()
Naszym celem był Matterhorn ale także pomoc malutkiej dziewczynce - Basi wymagającej rehabilitacji. To dla niej także weszliśmy na tę górę, gdyż dzięki reklamie na szczycie mieliśmy możliwość zebrania datków na ratowanie jej zdrowia. W osiągnięciu tego celu szczególnie dziękuje mojemu przyjacielowi Pawłowi, z którym razem dzielimy trudy górskich zmagań, Nince G. za niezawodne prognozy pogodowe, Raffiemu79 za cenne informacje i wszystkim tym, którzy trzymali za nas kciuki.



Zermatt - miło ![]()
