Temat: nie do końca udane Glarner Alpen
Drodzy forumowicze,
Tak się jakoś poukładało, że przyszło mi chwilowo zamieszkać z daleka od Beskidu Małego i podobnych mu miejsc, które są mi bardzo bliskie. Z tej okazji chwilowo szwendam się po górach bliższych mi z racji odległości, chociaż chyba jakoś tak wedle zasady, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, z dużo większym sentymentem wybrałbym się, mimo że po raz tysięczny, na Leskowiecz czy Madohorę (!).
Tak więc z wielką radością czytam zamieszczane tutaj Wasze relacje, w których sentyment budzą pojawiające się w nich znajome widoki.
Czując się wobec tego zobowiązany, postanowiłem podzielić się z Wami swoją relacją z wycieczki w tutejsze góry, również bardzo piękne, będące wciąż jednak substytutem miejsc, które zostały gdzieś daleko.
Tym więc razem, chciałbym opowiedzieć o wczorajszej wycieczce w Glarnen Alpen.
Jest to takie malownicze pasmo górskie we wschodniej Szwajcarii, w kantonie Glarus, od którego bierze swoją nazwę. Szwajcaria ma tą wspaniałą cechę, jeśli mowa o weekendowych wycieczkach , że cały kraj przejechać można w góra cztery godziny. Tak więc wystarczy wstać odpowiednio wcześnie i w sensownym czasie można dotrzeć w dowolny górski zakątek.
Dokładnie w ten sposób, tzn. wstając wczesnym rankiem, docieramy do miasteczka Ennenda i stąd zaczynamy podejście. 
Plan był co prawda nieco inny: między Ennenda a Schilt, szczytem który planowaliśmy zdobyć jest 1800m różnicy wysokości. Można pomóc sobie kolejką (których w Szwajcarii jest chyba milion!) i zyskać w ten sposób 1000m! Kolejka jednak, ze względu na kulawą zimę, była zamknięta o czym dowiedzieliśmy się na miejscu. Trudno więc – 1000m w tą czy w tamtą …
Pierwszy fragment drogi prowadził przez gęsty bukowy las ku mojej wielkiej uciesze. Wyglądało to zupełnie jak beskidzki szlak - dajmy na to czerwony z Międzybrodzia na Żar. 
Z jedną może różnicą, po drugiej stronie doliny, zamiast Czupla widać było niesamowity masyw Glärnisch. Jego wysokość w najwyższej części sięga niespełna 3000m, ale największe wrażenie robi Vorder Glärnisch, który od dna doliny (tj. ok. 450m n.p.m.) pnie się pionowo dwa kilometry w górę!
Po ok. dwóch godzinach ostrego podejścia docieramy do górnej stacji nieczynnej kolejki. Jest ciepło, słonecznie, nie ma ani grama wiatru, a śniegu jak na lekarstwo. Wpadamy więc na najbardziej idiotyczny pomysł dnia: skoro nie ma śniegu, po co taszczyć ze sobą rakiety kolejne 800m na szczyt – zostawmy je tutaj. Do przejścia mamy jeszcze dolinę Schilttal (ok 1h), a dalej jest już tylko przełęcz Rötard skąd na szczyt jest jakieś 30 minut. Tak więc zrobiliśmy.
… ok. 20 minut później pokazał się nieśmiało pierwszy śnieg.
Wszystko wyglądało jednak na tyle bajkowo, aby beztrosko kontynuować marsz. Widok rozciągał się na całą zachodnią część doliny Linth i naszym oczom ukazał się charakterystyczny kształt Tödi (ten z płaskim masywem szczytowym), najwyższego szczytu Glarnen Alpen (3614m).
… ok. godziny później śniegu było już wystarczająco dużo, aby poważnie utrudniać marsz. Cały masyw szczytowy Schilt zdawał się jednak być na wyciągnięcie ręki, według GPS została nam maksymalnie godzina drogi. 
Z kroku na krok jednak, dalsza droga (bez rakiet!) stawała się trudniejsza. W końcu osiągnęliśmy moment, w którym z trudnością przychodziło wygrzebanie się ze śniegu w który się zapadaliśmy. Ostatnie 100m pokonaliśmy w jakieś 20 minut. Było z tego masa śmiechu, ale jednogłośnie stwierdziliśmy, że to co robimy nie ma już najmniejszego sensu i pora na odwrót.
Droga w dół była oczywiście dużo łatwiejsza i, powiedziałbym, fotograficznie przyjemniejsza. 
Chowające się za góry słońce przyniosło piękne, miękkie i ciepłe światło. 
Na całym szlaku, przez 7 godzin, nie napotkaliśmy absolutnie nikogo. Alpejskie widoki mieliśmy tylko dla siebie.
I to tymczasem tyle. Po więcej zdjęć zapraszam na Flickr: http://flickr.com/ljanus.
Serdeczne pozdrowienia, Łukasz
P.S.
A i tak chętniej pojechałbym w Beskid Niski…