Temat: Majowe rajdowanie po Bieszczadach
Końcem maja nadarzyła się okazja by spenetrować Bieszczady z Rajdem Tarnowskim, a że jeszcze mnie tam nie było...
Dzień pierwszy:
Praktycznie upłynął na dojeździe we wskazane w grafiku miejsce, czyli do Wetliny, do pensjonatu „U Rumcajsa”. Dojazd skutecznie utrudniały nam stojące na drodze białe i miękkie stwory, zwane OFFCAMI.

Po przyjeździe na miejsce i kwaterunku, czas na rekonesans w terenie, czyli poszukiwanie najbliższego sklepu.
Oprócz tego znajdujemy szyny z 1939 roku nieczynnej kolejki „grząskotorowej”, i poznajemy „lokalsów” ![]()

Dzień drugi:
Pogoda jak drut. Wybieram się na połoniny. Zamówione busy wiozą nas do Ustrzyk Górnych
, skąd zaczynamy wędrować. Idę spokojnie, focę, kontempluję widoki, peleton rozciąga się, i w pewnym momencie idę sam. Idę w pięknym lesie bukowym
z wielkimi połaciami Czosnku Niedźwiedziego
którego zapach było czuć już z 200-tu metrów.
Wychodząc ponad granicę lasu, słońce zaczęło mocniej przygrzewać, piękne pierzaste chmurki przewijały się po niebie - sielanka, ale zaczęło troszkę pizgać. 
Po jakiejś godziniepięćdziesiątpięć osiągam szczyt Połoniny Caryńskiej. 
Widoki powalające, białe chmurki dodają kontrastów, można focić do upadłego – co czynię – lecz po minucie przychodzi opamiętanie, przecież mam tylko jedną kartę i ładowarki nie zabrałem i 5 dni tu będę.
Muszę chłodno kalkulować
. 

Idąc przez Caryńską, nie wypadam z zachwytu, tu jest pięknie. Przejście i zejście do Brzegów Górnych zajęło mi ok. półtorej godziny. Żar z nieba lał się niesamowity, na szczęście zejście było lasem. 
Nawiedzam jeszcze przy parkingowy cmentarz, czytam cyrylicę – w końcu troszkę „liznęło się” tego języka

I robię mały popas na parkingu. Występuje tu zjawisko całkowitego braku zasięgu telefonii komórkowej. Niektórzy współmaszerowicze mają już dość, i czekają na cud w postaci busa, którego nijak nie można wezwać, więc pozostaje im ok. 10km asfaltu. Ja postanawiam, że lepsza połonina jak asfalt, kalkuluję zapasy wody, i mozolę się na Połoninę Wetlińską. Słońce grzeje w plecy, jest chyba ze 40 stopni – masakra.
Rzucam okiem i matrycą za siebie – OOOO ! TAM BYŁEM

Patrząc tak za siebie, widzę dwóch kompanów którzy poszli w moje ślady – lepiej połoniną niż asfaltem
. Po wyjściu nad granicę lasu pogoda jest łaskawsza – rusza się wiatr, słońce chowa się za dość sporą chmurą i zaczyna troszkę pizgać, ale to nic – jest super !
Po ok. półtorej godziny dochodzę do Chatki Puchatka – jedynego schroniska na połoninach i zapodaję żurek z jajcem. Jakby kto się chciał w cenach zorientować – proszę bardzo

Moi kumple, przybywszy wcześniej już zbierają się w drogę, ja kontempluję …..


Przy Chatce Puchatka spędzam około godziny sycąc oczy widokami.
Czas w dalszą drogę. Słońce z chmurami bawi się w chowanego, więc idzie się więc bardzo przyjemnie, ale troszkę pizga. W oddali majaczy Smerek, a ja zmierzam do przeł. Orłowicza.
Po słabo niedługim czasie jestem u celu. 
Na przełęczy nawadniam organizm resztkami niegazowanej “słowianki” I schodzę do Wetliny. Smerek mocno kusi, wszak to tylko pół godziny, ale nie dzisiaj…. (będę potem tego żałował).
Jak na pierwszy górski dzień w Bieszczadach, urobiłem ok. 24-25km. Spoko. ![]()
Dzień trzeci:
Pobudka o 7:00. Szybkie śniadanko i kawa. Dziś kurs na Rawki – małą i dużą. Idę ze znajomymi. Busy wysadzają nas na parkingu, i spacerkiem za pół godziny jesteśmy przy schronisku Pod Małą Rawką. 
Dzień zapowiada się parny i duszny – dbając o równowagę płynów, uzupełniamy je przy schronisku, na czym schodzi nam ok. godziny, a podczas mozolnego podejścia na Małą Rawkę również dbamy, by się nie odwodnić. 

Na szczycie troszkę pizga, więc odziewamy wewnętrzne “sweterki” (czytaj – krupnik) i jest całkiem przyjemnie. Towarzystwo stwierdza, że dojdzie do Dużej Rawki i zejdzie przez Dział do Wetliny. Ja nauczony Smerekiem, nie poddaję się tak łatwo – planuję dość na Krzemieniec. Reszta grupy na Krzemieńcu już była (w końcu to ja jestem pierwszy raz w Bieszczadach). Odłączam od grupy i swoim tempem „łykam” Dużą Rawkę …. (o k…. – jeszcze 45 min z D. Rawki)
… i podążam na Krzemieniec. Schodząc na przełęcz słyszę jakieś grzmoty. Jak się później okaże, nad połoninami przejdzie burza z wielkim deszczem z tych chmur.
Tym czasem ja szlakiem granicznym zmierzam ku trójstykowi. Gwałcę przepisy i przechodzę na „ich” stronę
pofocić, (później powiem, że byłem za granicą
)
Ze szlakowych 45min robi się godzina bo focę…..
Na Krzemieńcu póki co jestem sam. Załatwiam sprawy geocaching’owe, za chwilę dochodzi poznaniak z ekipy, i jeszcze Słowak, który w ramach przyjaźni polsko-słowackiej częstuje „Palinką”

Robię mały popas, słychać grzmoty, czas wracać. Jest niemiłosierna „parówa”. Podejście na Dużą Rawkę wyciska ze mnie dziewiąte poty (siódme to za mało… ). Na szczycie spoglądam na Caryńską. Burza która straszy jest właśnie tam. Ktoś ma „nie ciekawie”…..
Czym prędzej podążam w kier. Małej Rawki, skąd przez Dział schodzę do Wetliny. Muszę wrzucić 5-ty bieg. Przypomniałem sobie, że ja mam klucz od pokoju, a poza tym goni mnie burza…… i dogania w ¾ drogi. Przeczekuję 15-minutową ulewę pod drzewem, na szczęście nie grzmi. 
Dalsza droga – to miód malina. Mokre liście, krzaki i borowiny przemaczają mnie od yayec w dół. Na szczęście wyszło słońce. Znajomych doganiam już na asfalcie i te 1,5km idziemy sobie niespiesznie razem. Nawet spodnie zdążyły wyschnąć. Buty trzeba będzie dosuszyć.
Jeszcze u zaznajomionego sklepikarza zaopatrzenie (m.in. w krupnik) i tak zastał nas zachód słońca
Dzień trzeci:
Po trudach związanych z krupnikiem, i przebytych km ciężko było wstać. Jak to powiedział jeden Lechu „Nie chcem, ale muszem” …. Ja także….. Dzisiaj Tarnica. Jakby nie było – najwyższy szczyt Bieszczad i szczyt zaliczany do KGP. Jest motywacja.
O 8:30 busy parkują w Wołosatem. Przed nami Tarnica.

Po drodze mijamy hodowlę konia huculskiego, a same one biegały wolno po pastwisku – piękny widok wolnych koników, bez żadnego żelastwa… ![]()


Szlak na Tarnicę to trasa W-Z - szeroko, miejscami schodki, tylko w górnej partii szlaku trochę kamieni i skałek. Podziwiam widoki na Halicz, Bukowe Berdo…. Kiedyś tam pójdę…

W końcu docieram na Tarnicę, luda troszkę jest, niezauważenie podejmuję skrzyneczkę, I robię mały popas. Mam w końcu paprykarz i dwie bułki, że o herbacie nie wspomnę….

I żeby nie było, że mnie tam nie było…. ![]()

Widoki z Tarnicy baaaardzo przednie, aż nie sposób opisać każdego szczytu….. Dobrze widać, bo Tarnica w cieniu, a słońce oświetla okoliczne szczyty….

Schodzę z Tarnicy, podziwiam widoczki, gra światła i chmurek powala….


Po drodze spotykam złotozielone żuczki
I ślady jakiegoś dużego zwierza (filterek ma 55mm średnicy…)
Ostatnia część szlaku prowadzi lasem
Po takim trakcie….
A to zdjęcie zamieszczam specjalnie – to część naszej grupy. W sumie mają pewnie ze 150-160 lat. Oj, żebyśmy w takiej kondycji tak sędziwego wieku doczekali….. 
Spod Kremenarosa zabierają nas do Wetliny zamówione wcześniej busy. Oczywiście nie zapominam o odpowiednim się nawodnieniu
, zakupach w Wetlinie, oraz pogłębianiu znajomości z autochtonami...
Dzień czwarty:
Po zawarciu bliższych kontaktów z autochtonami, wróciliśmy dość późno na kwaterę…. Jednogłośnie stwierdzamy - PAS. Dzisiaj dzień „lajtowy”. Śniadanie, i uderzamy na rozpoznanie Wetliny. Znajdujemy muzeum PRL-u, pracownię w której robimy zaopatrzenie w suweniry….
…. i walimy nad rzekę odpocząć. Odnajdujemy Bazę Ludzi z Mgły i tam raczymy się złocistym…..
Miałem chęć zrobić jeszcze Smerek (zachodowo) ale zostałem skutecznie zniechęcony (a mogłem w pierwszy dzień zrobić…. ) i pozostał mi tylko taki zachodzik z drogi przez Wetlinę…. 
Dzień piąty:
Trzeba by zakończyć rajd jakimś górskim akcentem…. Dzisiaj lajtowy szlaczek – Z Przysłup’a przez Jasło na Fereczatą i zejście do Smereka.
Zaczynamy spod smażalni.

Tam idziemy…
Szlak na jasło pnie się mozolnie, część lasem, część na odkrytej przestrzeni. Po dojściu na szczyt oczywiście mały popas…. Każdemu się spieszy, bo wieczorem ognisko.
Tutaj na Okrąglik’u – że byłem – znaczy się…. ![]()

Na Fereczatej….
I Jasło z Fereczatej
Zejście z Fereczatej do Smereka – lasem. Jak na szlak międzynarodowy E-8 to oznakowanie marnej jakości….
W oczekiwaniu na busa - okupujemy tą oto karczmę….
Dzień szósty:
Wyjeżdzamy – pogoda się psuje
Pięć dni pogody ŻYLETA ! Nawet się nie spodziewałem takiego fuksa ![]()
Podsumowując:
- pierwszy raz w Bieszczadach
- one są niesamowite
- nawet 3 tyg. to mało by Je ogarnąć
- bardzo mi się podobało
- na pewno tam wrócę
- itd., itp……
Cała galeria TUTAJ
Jak ktoś przez to przebrnął – to podziwiam i gratuluję
Zapraszam do komentowania.
http://picasaweb.google.pl/marekk500
http://picasaweb.google.pl/marekk500cd