Odp: Życie jest drogą ... - Camino Portugués
Pięknie snuje się opowieść, pięknie! ![]()
Nie jesteś zalogowany. Proszę się zalogować lub zarejestrować.
Strony Poprzednia 1 2
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Pięknie snuje się opowieść, pięknie! ![]()
O rany … po prawie rocznej przerwie od wyjazdu, ale lepiej późno, niż wcale
, a więc cd ![]()
Pragnienie
Chcę być jak Ty prosty.
Z duszą przejrzystą jak dzień.
Z głosem bez nut fałszywych, ze spojrzeniem głębokim niczym morze, ale ukojnym.
Nie ranić, ale poruszać każdą ludzką duszę,
która przychodzi spytać, gdzie Cię można znaleźć.
Kochać , kochać, kochać, oddać się bez granic
i nadaremnie, dzień w dzień i bez odpowiedzi.
Być mostem, a nie przystanią, być drogą,
którą się wędruje, niezapomnianą, być oknem
na rozległe pola twoich oczu i kochać Ciebie.
Chcę być odpoczynkiem, naczyniem pełnym wina Bożego,
dla ludzi przychodzących Cię szukać
z duszą pokrytą kurzem przebytej drogi.
/Valentín Arteaga/
**********
Jakież to trudne !!!
Na drodze z ludzi wychodzi to, co w nich najlepsze, i to, co w nich najgorsze. U niektórych ludzi zaskakuje cię czasem ich hojność, podczas gdy u innych złość i niemiłe odruchy, czy słowa. Czasem pojawiają się bardzo egoistyczne sposoby zachowania, skierowane głownie na zaspokojenie swoich własnych potrzeb. Podczas wędrówki objawia się też to, co w nas najlepsze. Pojawiają się ludzie gotowi służyć innym, troszczący się o pielgrzymów, wyciągający pomocną dłoń do najbardziej zmęczonych. Ludzie służący dobrym słowem, przyjaznym gestem, zwykłym ludzkim uśmiechem, którzy niczego nie wymagają w zamian, którzy okazują wdzięczność. Ludzie, którzy dostosowują swój krok do tych, którzy w większym stopniu potrzebują towarzystwa, pomocy, rozmowy.
Do Santiago de Compostela mamy ok. 100 km
Dużo … ? mało … ?
Trudno powiedzieć …, droga pokaże …
Hiszpania życzy nam ... ![]()
Od teraz będziemy wędrować przez hiszpańską Galicję.
Hiszpańska trasa z serwetki ![]()
Jeśli chodzi o pogodę, Hiszpania kojarzy się niemal każdemu z ciepłą, nawet gorącą aurą, zwłaszcza latem. Otóż północno-zachodnia prowincja Hiszpanii – Galicja - przeczy zupełnie tym wyobrażeniom. Dzięki bliskości Oceanu Atlantyckiego mamy tu odmienny nieco klimat, a mianowicie upały wcale nam jakoś szczególnie nie dokuczały. Owszem były dni, gdy rzeczywiście było gorąco (w południe), co zresztą nie powinno dziwić, natomiast trafiały się też w ciągu naszego pobytu w tej prowincji chłodne (nawet zimne) poranki oraz dni z deszczem, bywało, że ulewnym. A wszystko to w samym środku lata. Jest to jednak całkiem normalna pogoda, charakterystyczna dla występującego w tym regionie klimatu umiarkowanego ciepłego typu morskiego. Ponczo przydało się więc bardzo
. Swoją drogą zalecam kupno bardzo dobrego ponczo na tę trasę
. Moje sprawdziło się w stopniu średnim. Znowu to z Decathlonu okazało się lepsze
. Trochę żałowałam, że nie zabrałam ze sobą nieco cięższego wojskowego poncho, które zdecydowanie lepiej chroniło by mnie przed deszczem, ale liczyłam się przy pakowaniu z każdym gramem.
Pierwszego dnia Hiszpania wita nas całkiem podobną pogodą jaką przywitała nas Portugalia
. Wyruszamy jak zwykle wczesnym rankiem, zaczyna lekko siąpić. Żeby znaleźć się w Hiszpanii musimy najpierw przekroczyć duży stalowy most na rzece Minho. Ponoć wg legendy pod rzeką Minho wyznaczającą granicę hiszpańsko-portugalską znajduje się sekretny tunel, którym jedna z miejscowych księżniczek - Doña Uraca, wymykała się na spotkania ze swoim portugalskim kochankiem.
Od teraz oprócz żółtych strzałek, częściej drogę wskazywać nam będą betonowe słupki i żółte muszelki na niebieskim tle.
Czasami spotkać można również inne oznaczenia.
Jesteśmy w Tui, do Porriño - miejsca, gdzie przenocujemy, jest ok. 15,5 km, niedużo …
. Wielu pielgrzymów w Tui zaczyna swoją trasę do Santiago, ponieważ dzieli te miasta odległość 100 km. Tyle wystarczy przejść, aby otrzymać certyfikat odbycia pielgrzymki tzw. compostelkę.
Tui to ładne średniowieczne miasteczko z zadbanymi uliczkami i piękną katedrą na wzgórzu, przypominająca bardziej zamek, niż świątynię.

Źródło: wikipedia
Figurki ciemnoskórych świętych – rzadkość w naszych kościołach.
Zwiedzamy katedrę, po czym zaszywamy się w jednej z kawiarenek na pierwszą lampkę hiszpańskiego wina, kawkę i coś słodkiego.
Mżawka ustała, zrobiło się bardzo duszno.
Jeszcze parę rundek wzdłuż malowniczych średniowiecznych uliczek Tui. ![]()
Po tak miłym rozpoczęciu dnia ruszamy dalej. Wychodzimy z miasta.
Wkraczając w leśną drogę, która zaprowadzi nas do miasteczka Orbenlle mijamy most Ponte das Febras (Most Febry) na rzece Loura. Nazwa pochodzi od choroby na którą zapadł w tym miejscu jeden z pielgrzymów San Telmo w 1251 r. wracających z Santiago.
Podziwiamy pierwsze hiszpańskie wioski i krajobrazy. Na horyzoncie pojawiają się niewielkie wzniesienia.
Przydrożne studnie (wanienki) z zimną wodą pozwalają zamoczyć zmęczone stopy, zwilżyć czoło, umyć ręce.
W Orbenlle zatrzymujemy się na obiad. Trafiamy do typowej hiszpańskiej restauracji, która znajduje się w dużym domu (willi) z pięknym ogrodem.
Nie było nic innego w pobliżu, a my byliśmy już bardzo głodni
. Gospodarz częstuje nas tak pysznymi hiszpańskimi smakołykami, że trudno było się im oprzeć.
Na dodatek, nie pozwala odejść od stołu, jeśli wszystko z niego nie zniknie. ![]()
W ogrodzie wśród kwitnących drzew, podziwiając okolicę, pałaszujemy to co nam pan domu serwuje …
. Wszystko było przepyszne ! ![]()
Pimientos de Padrón - to smażone zielone papryczki uprawiane w hiszpańskiej Galicji, przepyszne, podawane najczęściej jako przekąska (tapas). Padrón to miejscowość wokół której uprawia się ich najwięcej. Zostały one sprowadzone w XVI wieku przez hiszpańskich zakonników z Meksyku. Klasyczny i właściwie jedyny w Hiszpanii sposób przygotowania pimientos to obsmażenie ich na oliwie, aż skórka zacznie brązowieć i pokryje się pęcherzykami. Potem posypuje się je grubą morską solą i je całe trzymając za ogonek. W Galicji cieszą się ogromną popularnością.
Po takiej uczcie nie chciało się wstać od stołu
. Poza tym wiedzieliśmy, że teraz czeka nas najbrzydszy, najbardziej monotonny i nudny odcinek trasy – przejście przez strefę przemysłową – Poligono Industrial - prawie 6 km asfaltu w spiekocie słońca (pomimo lekko zachmurzonego nieba można było go dostatecznie odczuć), w hałasie przejeżdżających aut, smrodzie (co kawałek innym), wśród mnóstwa fabryk, zakładów przemysłowych i przetwórczych. Tu wielu z nas się rozdzieliło, szło dwójkami lub samotnie. Ja przeszłam ten odcinek samotnie. Zdjęć z tego kawałka trasy prawie nie mam, ponieważ nie było co fotografować. Każdy skupiał się na tym, żeby szybko mieć go już za sobą. To był moment, żeby poczuć trud drogi, obolałe nogi, ciężar plecaka. Wcześniej bowiem, nie zwracaliśmy na to zbytnio uwagi, skupialiśmy się na tym co nas otaczało. Był to też czas na pobycie z samym sobą. Potrzebny czas.
Niektórzy pielgrzymi pokonują ten odcinek trasy autobusem. My jednak chcieliśmy cały czas iść piechotą.
Pod koniec strefy trzeba jeszcze przejść pod autostradą i wzdłuż torów kolejowych dochodzi się do miasteczka Porriño.
Do Albergue de peregrinos de O Porriño trafiliśmy późnym popołudniem. Jakże przyjemnie było po takim dniu położyć się na wygodnej „pielgrzymiej pryczy”
.
c.d.n.
Ostatnio edytowany przez nena (2015-07-22 20:08:08)
O rany … po prawie rocznej przerwie od wyjazdu, ale lepiej późno, niż wcale
, a więc cd
... tym bardziej się cieszę, że się zdecydowałaś i dziękuję! ![]()
Głodny się zrobiłem po obejrzeniu niektórych zdjęć. Idę coś zjeść. ![]()
Z Porriño do miejscowości Pontevedra jest ok. 32 km. Dzielimy tę trasę na dwa odcinki, nocując w albergue w Redondeli. Mieści się ono w XVI wiecznym budynku, dawnym dworku. Ilość miejsc - 42, śpi się na piętrowych łóżkach.
Wędrując przez hiszpańską Galicję wiele razy mijamy po drodze ciekawe kamienne lub drewniane domki na nóżkach. Stoją niemal przy każdym domu. Niektóre są całkiem ładne, z krzyżem na dachu. Z początku nie wiedzieliśmy co to może być ? W końcu nasza ciekawość została zaspokojona. Po prostu zapytaliśmy o nie jednego z właścicieli albergue, gdzie nocowaliśmy. ![]()
Hórreo - to podstawowa nazwa dla tej budowli, chociaż każdy region w Galicji wymyśla własne dla niej nazewnictwo. Można się więc spotkać i z innymi nazwami np. cabazo.
Jest to nic innego, jak spichlerz, gdzie przechowuje się płody rolne. Galicja słynie z wilgotnego klimatu, dlatego należało zadbać o to, aby zebrane plony nie uległy zniszczeniu przez wilgoć, oraz aby nie zostały zjedzone przez gryzonie. Najczęściej przechowuje się w nich kukurydzę i inne zboża. W Hiszpanii odbywają się nawet konkursy na najciekawiej zbudowany spichlerz.
Z Porriño wychodzimy w deszczu, który towarzyszy nam dosyć długo tego dnia. Pomimo całkowicie przemokniętych poncz, dobry humor nas nie opuszcza.
Monotonię i chlupanie w butach przerywamy sobie śpiewem, albo modlitwą. Droga wtedy się nie dłuży, czas szybko ucieka. Po kilku kilometrach marszu w deszczu marzy nam się jakaś kawiarnia, żeby chociaż na chwilę zdjąć z siebie nieprzyjemne mokre plastiki. Udało nam się znaleźć coś po drodze. Ściągamy z siebie mokre rzeczy, zamawiamy coś do picia i jedzenia.
Na śniadanie Galisjanie często jedzą coś słodkiego i do tego zamawiają kawę. My jesteśmy nauczeni zjeść coś bardziej sycącego, dlatego często prosiliśmy o coś ekstra. Przeważnie były to przepyszne długie bułki, zawsze świeżutkie. Najlepiej smakowały z jajecznicą
, bekonem, pomidorami, albo serem. W wielu przypadkach jako jajecznicę serwowano nam jajko sadzone
. To nam jednak nie przeszkadzało. Jajko to jajko !
W tym miejscu o mało nie straciłam na dobre swojego szkiełka z aparatu, który dzień wcześniej uległ małemu wypadkowi. …
Zostało przydeptane przez jakiegoś Francuza. Na szczęście zrobił to w miarę delikatnie i aparat do dzisiaj działa. ![]()
Po zakwaterowaniu w albergue w Redondeli ruszamy na miasto, rzucić coś na ząb, a przy okazji trochę się rozejrzeć. ![]()
Jedni zamawiają hiszpańską pastę,
inni próbują chorizo i serów kozich.
Chorizo to tradycyjna kiełbasa hiszpańska robiona z wieprzowiny. Istnieją różne rodzaje chorizo. Ma mocny i charakterystyczny zapach. Do jej produkcji wykorzystuje się słodką paprykę wędzoną lub/i suszoną jako główną przyprawę. Stąd ten pomarańczowy kolor.
Do tego po szklaneczce dobrze schłodzonej, orzeźwiającej sangrii - tradycyjnego hiszpańskiego napoju alkoholowego, który całkowicie różni się smakiem od tego co oferują nam nasze sklepy.
Najedzeni idziemy zobaczyć co ciekawego ma do zaoferowania miasto
. W jednym ze sklepów trafiamy na polski akcent ![]()
W pewnym momencie naszą uwagę przykuwa grupa ludzi z instrumentami. Może uda się wstrzelić na jakiś koncert.?
Ponieważ wszyscy byli ubrani na czarno, przez moment pomyśleliśmy, że pewnie jakiś pogrzeb będzie. …
Grzecznie zapytaliśmy , co tu się będzie działo, powiedzieliśmy skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy i wtedy się zaczęło. Jak usłyszeli, że jesteśmy pielgrzymami z Polski, z kraju Jana Pawła II zaprosili nas na oficjalną część uroczystości urodzinowej głowy rodziny całego zebranego z tej okazji rodu.
tj. na ów koncert. W ten sposób znaleźliśmy się w pięknej kamienicy znanej i cenionej w Rodondeli m.in. z działalności dobroczynnej arystokratki - Rity Otero Fernández. Na uroczystość zjechali się niemal wszyscy członkowie rodziny ok. 100 osób z całego świata. Spędziliśmy ten wieczór z dziećmi, wnukami i prawnukami solenizantki. Po koncercie oprowadzono nas jeszcze po domu oraz ogrodzie opowiadają przy tym historię rodziny. Było też pamiątkowe zdjęcie
.
Pod zdjęciem krótki fragment koncertu ![]()
Tak to spędziliśmy przyjemnie wieczór w Redondeli.
Do Pontevedry mamy ok. 16 km. Trzeba się wyspać
.
c.d.n.
Nawrócenie
Nie przestawaj się pochylać nade mną Panie.
Nie przestawaj mnie modelować,
choćbym się opierał.
Jakaż to śmiałość z mojej strony myśleć,
że posiadam klucz do samego siebie !
Przecież ja nic o sobie nie wiem !
Przecież jedynie Ty możesz mi powiedzieć,
co noszę w sercu.
Jedynie Ty możesz sprawić, że zawrócę
z mojej drogi,
tak niepodobnej do Twoich ścieżek. […]
Droga cię zmienia, zmienia cię fizycznie. Hartujesz się , przyzwyczajasz do niewygód. Odkrywasz , że jesteś silniejszy, niż ci się wydawało. Następuje też w tobie cała seria zmian wewnętrznych. Pojawiają się nowe cele i zamiary. Zaczynasz postrzegać w odmienny sposób swoje życie, które teraz, z perspektywy, łatwiej ci jest ocenić.
Właściwie po 100 km jest Ci wszystko jedno czy będziesz spać na pryczy czy na podłodze. Z wielu rzeczy jesteś w stanie zrezygnować i rezygnujesz. Na wiele rzeczy jesteś w stanie przymknąć oko i przymykasz, a na niektóre rzeczy patrzysz zupełnie innym, dojrzalszym, okiem.
Z Redondeli wychodzimy wcześnie, mijając zatokę Ria de Vigo, nad którą leży miasto. Rankiem nad okolicą unoszą się mgły. Jest rześko
. Dobrze, że mamy polary. ![]()
Powoli wchodzimy w strefę leśną. Wcześniej jednak zatrzymujemy się przy ładnie wyeksponowanym źródełku - Fuente Outerio de Penas, na którym widnieją pielgrzymie symbole.
Mijamy ślady przechodzących tędy pielgrzymów
Następnie wchodzimy w pachnący eukaliptusowy las.
Robi się coraz bardziej gorąco. Robimy sobie mały rest. KaŚ musiała się podzielić jabłkiem z osą. Cóż, to też Boże stworzenie, potrzebuje jeść.
Leśną ścieżką dochodzimy do wzniesienia … Alto de Lomba ( 155 m n.p.m.), a następnie powoli schodzimy z ów góry
do miasteczka Arcade, leżącego nad zatoką Ria de Vigo.
Z zatoki wypływa rzeka Verdugo. Jest na niej średniowieczny kamienny most – Ponte Sampaio, przez który przechodzimy, chociaż nie powinniśmy, ponieważ most przeznaczony jest tylko dla samochodów
. Widząc często nieuświadomionego i zagubionego pielgrzyma … przymyka się na to oko
. Most znany jest z tego, że w czasie wojny o niepodległość hiszpańscy powstańcy zmusili właśnie tu wojska francuskie do odwrotu. Jest tu tak ładnie, że urządzamy sobie małą sesję fotograficzną wśród starych średniowiecznych miejskich zabudowań. ![]()
Dalej był kolejny most i strefa leśna, która na końcu przebiegała częściowo wśród winnic.
Na długim odcinku trasy nie ma żadnego baru, ani restauracji. W końcu trafiamy do małej domowej „przystani”.
Byliśmy potwornie zmęczeni upałem, nogi odmawiały posłuszeństwa. Ludzie tam żyjący, chyba wiedzą, co pielgrzymom w takiej chwili potrzeba …
. Gospodarz zaserwował nam swojskie czerwone wino, z winogron z własnej winnicy
, a jak mu zdradziliśmy skąd jesteśmy ..., to na odchodne poczęstował nas jeszcze czymś ekstra
– wódką eukaliptusową ...
Czegoś takiego jeszcze nie próbowaliśmy. Dla niepoznaki nalewał ją z butelki po coca coli
.
Wino swojskie na wsi podaje się i pije w glinianych czarkach.
Pan Geniu na pamiątkę zostawił tu oczywiście polskie barwy narodowe, które zawsze nosił, w razie potrzeby
, w plecaku. Zresztą barwy polskie nie były obce w tym miejscu, co było dla nas bardzo miłe
.
Łatwo się domyślić, że po takim poczęstunku, nagle siły odzyskaliśmy i raźnym krokiem doszliśmy wszyscy do albergue w Pontevedra...
Przed samym miastem, w miejscowości Tomeza, wstąpiliśmy jeszcze do Kaplicy św. Marty, która stoi tuż przy szlaku.
Albergue w Pontevedra znajduje się na przedmieściach miasta. Jest to nowoczesny budynek z 56 piętrowymi łóżkami, dużymi łazienkami z „otwartymi” prysznicami
, kuchnią, jadalnią, biblioteczką i dużym holem
.
Spało się tu wyśmienicie. Kolejnym celem było Barro
, tylko 11 km
Im bliżej celu tym bardziej próbowaliśmy go sobie – „oddalić”, tak miło się nam razem wędrowało, tak dobrze było razem przeżywać tę drogę, tak wspaniale było dzielić razem ten czas
.
c.d.n.
Nena ależ cudnie opowiadasz,dzięki bardzo.
Zdjęcia urokliwe,spotkania na szlaku równie piękne.
Dania smakowite,wino przepyszne tak,aż chce się laptopa liznąć
Normalnie czuje że tam jestem/byłem z Wami więc chyba zrezygnuję z własnych planów ![]()
...
Normalnie czuje że tam jestem/byłem z Wami więc chyba zrezygnuję z własnych planów
Ja chyba też zrezygnuję.
Za słabą wątrobę mam na takie ilości tamtejszych napojów.
Nenuś, czyta się wyśmienicie. ![]()
Nena ależ cudnie opowiadasz, dzięki bardzo.
Zdjęcia urokliwe, spotkania na szlaku równie piękne.
Dania smakowite, wino przepyszne tak, aż chce się laptopa liznąć![]()
Normalnie czuje że tam jestem/byłem z Wami więc chyba zrezygnuję z własnych planów
Ja chyba też zrezygnuję.
Za słabą wątrobę mam na takie ilości tamtejszych napojów.
![]()
![]()
. Nenuś, czyta się wyśmienicie.
Dziękuję ! ![]()
Z niczego nie rezygnujcie !
Wręcz przeciwnie plany trzweba realizować, a marzenia spełniać
.
Z tymi napojami to aż tak strasznie nie było.
Spokojnie …
, nie wypiliśmy gospodarzowi ani całego wina, ani całej eukaliptusówki
! Każda wątroba jest w stanie przeżyć takie ilości
.
Po tych pięknych opowieściach człowiek czuje się głodny dalekich podróży
Lasy eukaliptusowe jakżesz odmienne od naszych polskich lasów, ale widzę że z polskim akcentem paprociowym w postaci orlicy pospolitej ![]()
(...) Im bliżej celu tym bardziej próbowaliśmy go sobie – „oddalić”, tak miło się nam razem wędrowało, tak dobrze było razem przeżywać tę drogę, tak wspaniale było dzielić razem ten czas
No widać, że ekipa "do tańca i do różańca"!
Nie jest łatwo pisać o tak dłuuuugiej wyprawie
i tym bardziej podziwiam i czytam z przyjemnością - nudy ni ma ![]()
Chcę tę moją relację z drogi do św. Jakuba w końcu skończyć i mam nadzieję , że tym razem mi się uda
Nawet nie wiecie jak ciężko jest pisać po prawie 1,5 rocznej przerwie.
Wiem, że na pewno coś sknocę
, po takim czasie pamięć co do szczegółów niestety zawodzi
, postaram się jednak napisać to, co jeszcze pamiętam
.
Mówisz mi, żebym budował drogi
„Nie ma dróg w moim życiu, Panie;
Zaledwie ścieżki,
Które dziś wydeptuję , a już jutro ich nie ma.
Żyję w wieku dróg:
Dróg krzyżujących się i równoległych.
Żyję na rozstajach,
A mój kompas
Nie wskazuje północy.
Biegnę, zmęczony, do mety,
A pył drogi
Każdym krokiem przywiera mi do stóp
Niczym ciemność nocy.
Biegnę , pędzę , galopuję,
Po omacku szukam śladów,
Idę po odciskach stóp i pytam sam siebie:
Dokąd wiedzie ta droga ? […]”
/Anonim/
Barro jest kolejnym naszym celem. Jest to niewielka, spokojna mieścina i właściwie nic w niej nie ma.
. Brak sklepów, barów, najbliższy znajduje się jakieś 2,5 km od pielgrzymiego szlaku. Jest tu jednak małe refugio, kameralne schronisko dla pielgrzymów z charakterystycznymi niebieskimi okiennicami. Za oknem tory kolejowe, co jakiś czas słychać przejeżdżające pociągi. Tu się zatrzymamy na nocleg. Ale o refugio napiszę jeszcze później. ![]()
No więc od początku tj. początku kolejnego dnia
.
Z Pontevedra wyruszamy wcześnie rano. Na niebie pełnia, zimno, trzeba ubrać polary.
Niesamowity widok – wśród polnych zarośli ukazuje się nam nagle biały koń, rumak … , rany, skąd on się tu o tej porze wziął … czyżby zapowiedź czegoś niedobrego … ? Eeeeee tam, bzdury, nikt tak nie myśli
.
Dalej droga prowadzi przez zasnute poranną mgłą winnice . Oooo piękny ślimak nawet nam na drodze stanął
.
Po iluś tam kilometrach
, z czasem się już ich nie liczy
podchodzimy we mgle do pięknie położonej świątyni. Niestety nie możemy jej zwiedzić, jest zamknięta. Robimy więc parę fotek w porannej mgle. We wschodzącym słońcu wychodzą bardzo ładne. ![]()
Do celu, ze słupka odczytujemy, zostało nam 36, 419 km
. Damy radę !
Minąwszy świątynię wkraczamy po jakimś czasie na ulicę, a właściwie na drogę szybkiego ruchu i trza nią iść tj. poboczem …
Nie jest to przyjemne, asfalting raz, a dwa , samochodowy hałas … Grunt to obrać dobry kierunek
My oczywiście – w lewo - do Santiago !
![]()
Po kilkudziesięciu metrach marszu poboczem skręcamy w lewo. Tak się składa, że większość późniejszej trasy prowadzi wzdłuż linii kolejowej. Próbuję więc wśród tej monotonii znaleźć coś dla siebie
.
Na 32 km (od Santiago) wkraczamy znowu na leśny, eukaliptusowy, kukurydziany i winoroślowy trakt.
Trafia się nawet kasztan jadalny (Castanea sativa)
Końcem końców trafiamy do refugio w Barro.

Refugio nieduże. W końcu mogę tu wysuszyć ubrania w pełnym słońcu i wietrze. Do tej pory „kisiły” się na plecaku. Pogoda nie sprzyjała.
W schronisku w Barro zabrakło dla nas łóżek (przyszliśmy bowiem późno po południu), musieliśmy spać na materacach. Powiem jednak, że nie robiło to dla nas żadnej różnicy. Mogę stwierdzić nawet, że sen na materacach niczym nie różnił się o tego na pryczach, a nawet był o wiele lepszy. W schronisku w Barro brak jest kuchni, ale za to mogą się tu zatrzymać pielgrzymi na powozach konnych. Jest tu bowiem sprzęt do czyszczenia i pojenia koni. Po kolejnym męczącym dniu - zasypiamy
.
c.d.n.
Ostatnio edytowany przez nena (2019-07-30 20:42:42)
Z Barro do Padrón mamy do pokonania ok. 31 km. Postanawiamy sobie kolejnego dnia nieco tę trasę skrócić i robimy tylko 6 km, zatrzymując się na nocleg w prywatnym obiekcie Albergue Catro Canos w Tivo niedaleko miasta Caldes de Reis. Cena noclegu 10 Euro. Bardzo sympatyczni gospodarze przyjęli nas serdecznie pod swój dach. Pan domu podwiózł nas nawet do pobliskiego miasta, gdzie odprawiliśmy wieczorem Mszę św. w kościele Santa María de Bemil, (tzn. ks. Tomasz odprawił
), a następnie z powrotem wrócił z nami na miejsce noclegu.
![]()
Dlaczego ten odcinek drogi się nam tak skrócił … , zaraz opowiem
.
Ze schroniska w Barro wychodzimy bardzo wcześnie rano. Pamiętam tylko, że wszyscy na sali jeszcze spali, a my próbowaliśmy jak najciszej (nie zawsze to wychodzi gdy trzeba prawie po ciemku spakować wszystkie swoje graty i wyjść). Nieraz zdarzało się, że przyświeciło się komuś śpiącemu czołówką w oczy
… . Cóż, taka już dola pielgrzyma …
.
Kolejny rześki poranek, który zapowiadał upalny dzień. Mijamy kolejne miejscowości, winnice, pola kukurydziane, leśne trakty. Humory nas jednak, pomimo strasznego zmęczenia, nie opuszczają
.
Na chwilę zatrzymujemy się w świątyni, znajdującej się tuż przy szlaku. Postanawiamy wejść do środka i trochę się ochłodzić.
Typowe hiszpańskie Madonny, ubrane w czarno – złote suknie.
Obok kościoła był cmentarz, a właściwie kolumbarium.
Te „puste skrytki” zrobiły nam nie dziwne wrażenie
, choć w sumie chyba nie powinny… .
Przy kościółku robimy fotkę przy figurze św. Jakuba, a w środku przy towarzyszącym nam przez całą drogę św. Józefie.
W południe słońce piecze już niemiłosiernie. Sił nam zaczyna brakować. Zatrzymujemy się więc w przydrożnym barze. Szklaneczka piwa Mahou, jednego z najbardziej popularnych piw w Hiszpanii, skutecznie gasi nasze pragnienie i motywuje do dalszej walki
. Dosiada się tu do nas jakiś gość, któremu chcemy przymknąć czymś buzię, tak nadawał – jak katarynka
.
Po „zregenerowaniu sił”,
wyruszamy w dalszą drogę.
Wiedzie nas ona wśród ukwieconych pół z widoczkiem na galisyjskie wzgórza. Na niektórych są farmy wiatraków, pasą się konie. W przydomowych ogródkach kwitną hibiskusy. ![]()
Spiekotę dnia i zmęczenie próbujemy pokonywać polewając się wodą z przydrożnych studzienek. Niektórych dopada głupawka. Ale to zdrowa reakcja.
.
Część drogi prowadzi przez las.
Strasznie się ten dzień ciągnął, aż w końcu naszą uwagę przykuł niecodzienny widok - taki oto bar.
.
Też się z tym zgadzam
!
Oooo, jest nawet polska bandera. ![]()
I odlotowa łazienka. ![]()
Było tu dosłownie wszystko ! ![]()
Po krótkim namyśle wchodzić, nie wchodzić …
Wchodzimy !
Jesteśmy głodni, nie wiemy ile jeszcze drogi przed nami.
Siadamy przy stole. Właściciel jakiś "niemowa" ...
, podał nam kartę dań. Myślimy sobie, gdzie nam to jedzenie tu przygotują …
? Trochę przyszło nam czekać zanim ów Pan, który, notabene, okazał się później znakomitym kucharzem, przygotował dla nas prawdziwe hiszpańskie gazpacho i do tego jeszcze coś pysznego, nie pamiętam już niestety nazwy tej potrawy. Jako przystawka musiały być oczywiście solone papryczki pimientos de Padrón.
Gazpacho to hiszpańska zupa - chłodnik zrobiona głównie z bardzo dojrzałych pomidorów, wywodząca się z Andaluzji. Dodatkiem mogą być również inne warzywa.
Gazpacho podał nam w tradycyjnych glinianych miseczkach. Koniecznie należało go jeść z tak rozdrobnionymi, namoczonymi kawałkami chleba, jak na zdjęciu. Gospodarz nie pozwolił nam jeść inaczej !
I druga potrawa, podana na gorąco, smażone jajka z dodatkiem mięska i papryki, nawet sporą ilością papryki. ![]()
Po przyniesieniu jedzenia usłyszeliśmy, że jak nie zjemy do końca, to nie wyjdziemy … ![]()
Zajadamy się więc tymi potrawami, były naprawdę bardzo smaczne. Gospodarz z minuty na minutę robi się bardziej „ludzki”
My stajemy na głowie, żeby choć odrobinę o sobie opowiedział. Ciężko. !
Udaje nam się jedynie z niego wydobyć, że pływał na jakiś statkach, potem osiadł w tym miejscu i prowadzi taką oto knajpę. Zdradził nam, że bardzo lubi ludzi, którzy pomimo tego co zobaczą, przekraczając próg jego baru, odważą się w nim zostać i coś zamówić !
Ot, taki ekscentryk
. Wielu bowiem, jak mówił, jak zobaczy obejście baru, omija go szerokim łukiem
.
Dowiedziawszy się na koniec skąd jesteśmy, przynosi co ? … kieliszki. ![]()
Były to raczej kieliszeczki na przepiórcze jajka na miękko
, odrobinę zakurzone
. Widać, że Polaków dawno nie przyjmował ...
Do tych kieliszków nalewa nam jakąś cytrynóweczkę życząc przyjemnej dalszej drogi .
Czyżby nas polubił !
Rozleniwiło nas to miejsce strasznie i nie chciało się stamtąd odchodzić
, tym bardziej, że już było późne popołudnie.
I stąd te 6 km się uzbierało.
.
Zbieramy się jednak jakimś cudem i w dobrych humorach doczołgujemy się do miejscowości Tivo, rzut beretem od miasta Caldes de Reis. ![]()
Tu zatrzymujemy się w prywatnym albergue, o którym pisałam na początku tego wątku. Od gospodarza dowiadujemy się co to są hórreo - charakterystyczne galisyjskie budowle. Mam na myśli spichlerze. Gospodarz po zmroku wyprowadza nas na podwórko i pokazuje, na czym polega ochrona zbiorów kukurydzy przed gryzoniami. Sam bowiem też posiada za domem taki spichlerz.
Wieczorem zaś wiezie nas do miasta na Mszę św. do kościoła. W środku świątyni odnajdujemy polski akcent
.

Po mszy wracamy do albergue i zapadamy w głęboki sen
. Jutro przed nami droga do Pontescesures, przedmieść Padrón’u, przedostatniego odcinka w drodze do Santiago.
.
c.d.n.
Ostatnio edytowany przez nena (2026-03-28 19:07:44)
[…] Czy to Ty nakreślasz drogę w moim życiu ?
Która z tych dróg jest moja?
Jeżeli dostałem ja od Ciebie,
to znaczy, że do mnie należy.
Dokąd mnie prowadzi ?
Jeżeli to Ty ją nakreśliłeś,
Chcę wiedzieć, gdzie jest meta.
Panie, szukam Twojej drogi,
Ufam Twemu Słowu.
Daj mi siłęi wytrwałość w każdym kroku,
żeby móc iść z Tobą […]
/Anonim/
Daje się wyczuć, że zbliżamy się do Santiago. Niedługo będziemy na miejscu. Dotrzemy do celu. Do końca tego pięknego doświadczenia
.
Nie wiadomo dlaczego tak strasznie rozciągamy w czasie dojście do celu … . Jakoś tak, nie chce nam się kończyć zbyt szybko tej drogi
. Bardzo dobrze nam razem, pomimo ogromnego już zmęczenia. Teraz są momenty, kiedy już nie zwraca się uwagi na otoczenie, tylko idzie, tak po prostu, przed siebie, nierzadko milcząc … . Nogi bolą, ale też jakoś nam to już nie przeszkadza, nie myśli się o tym bólu w ogóle. I trochę żal, że się ta wspólna przygoda powoli kończy …
.
Padrón leży w prowincji A Coruña. Nazwa miasta pochodzi od hiszpańskiego słowa padrón, co oznacza głaz lub kamień, do którego miał przycumować statek wiozący ciało św. Jakuba. Jest to przedostatni punkt na naszej drodze do Santiago
.
Ponieważ chcemy dogonić grupę
, zostaliśmy bowiem nieco w tyle, ruszamy w dalszą drogę z samego rana. Dzień znowu zapowiada się bardzo gorący.
Hortensje – najczęściej spotykane rośliny w ogrodach, ale też przydrożnych rowach i co ciekawe zawsze koloru niebieskiego. Kwiaty miały gigantycznych rozmiarów.
Są też kozy i małe kózki …
Kurczę, w takim tempie to my nie dojdziemy do Padrón’u.
.
Przechodzimy też przez malownicze wioski z winnicami.
Ale na tych schodach, tuż przy drodze szybkiego ruchu, wysiadamy … ![]()
Rany tak się wleczemy, że do Padrón’u wkraczamy wczesnym popołudniem. Docieramy najpierw do Punto de Vista - punktu widokowego na część przemysłową miasta oraz przystań w Pontescesures na rzece Rio Ulla z miastem Padrón leżącym z kolei wzdłuż rzeki Rio Sar.
W mieście uwagę przykuwa nam od razu stojący na wzgórzu klasztor Convento do Carme ze źródełkiem Fuente del Carmen.
Fuente del Carmen.
Albergue w Padrón położone jest tuż za źródełkiem, w budynku XVIII – wiecznego klasztoru karmelitów, z którego można podziwiać piękny widok na miasto i rzekę Sar. Tu zatrzymuje się większa część naszej grupy. Byli po prostu wcześniej
. Niestety w tym dniu dla naszej piątki zabrakło już w nim miejsca. Przyszliśmy za późno. Cóż, trzeba było zatem szukać innego noclegu. Nie mamy sił już iść dalej, ale …, niedaleko klasztoru wypatrzyliśmy jakiś warsztat samochodowy …
. Wchodzimy !
Pytamy o jakieś najbliższe albergue. JEST ! w Pontescesures, to jakieś 2 km od Padrón. Nie dojedziemy, nie mamy już sił. Prosimy, błagamy
mechanika samochodowego o podwiezienie. Bez problemu bierze nas do jakiegoś dostawczego busa
. Uszczęśliwieni ładujemy się na tyły
. Wszystko nam jedno, że siedzimy na podłodze, wśród jakiś tektur czy czegoś tam …
Jakie to ma znaczenie
Liczy się to, że mamy gdzie spaaaaać !
Nasza radość zostaje podwojona widząc to, co zastajemy na miejscu … puste, czyściutkie, bo całkiem nowiutkie albergue, tylko 6 Euro za nocleg. Całe dla nas !
Pan kierowca nie wziął od nas ani centa, pomimo tego, że chcieliśmy mu zapłacić za dojazd. Powiedział nam, że od pielgrzymów nie może brać pieniędzy. Prosił tylko o modlitwę
Takie właśnie momenty i tacy ludzie zostają na zawsze w pamięci
.
Rozpakowujemy graty, ja robię małe pranie. W albergue jest pralka i można sobie coś uprać. Notabene właśnie w tym schronisku zostawiłam najprawdopodobniej moje krótkie spodenki
XD (ponoć, gdzie się coś zostawi, tam się wróci
), zostawiłam jeszcze ładowarkę do aparatu z akumulatorkiem, ale o tym w dalszej części opowieści
. Cóż … jest jeszcze całkiem wczesna pora dnia, szkoda by było spędzić ten czas tylko w schronie, więc postanowiliśmy z powrotem dostać się do miasta
. Tym razem pozostaje nam tylko TAXI
. Nie jest to wcale wygórowana kwota, chyba z 4 albo 5 Euro, więc jedziemy zwiedzić Padrón. ![]()
Klasztor na wzgórzu
Żródełko Carmen
Robimy tu sobie na pamiątkę słit focię.
![]()

Po zwiedzeniu miasta wracamy na nocleg
. Jutro musimy tu wrócić niestety pieszo i stąd zacząć dalszą wędrówkę.
.
c.d.n.
Ostatnio edytowany przez nena (2026-03-28 19:09:35)
Final … ? ![]()
Itaka
Jeżeli masz wędrować do Itaki,
życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka,
pełna przygód i doświadczeń.
Nie obawiaj się Lajstrygonów i Cyklopów
ani gniewnego Posejdona. Nigdy
nie spotkasz ich na swojej drodze,
jeśli myśli twe będą wysokie
i jeśli nigdy ani ducha twego, ani ciała
nie dotkną pospolite uczucia.
Ani Lajstrygonów, ani Cyklopów,
ani Posejdona szalonego nie ujrzysz nigdy,
jeżeli ich nie kryjesz w głębi własnej duszy,
jeśli twa dusza nie wznieci ich przed tobą.
Życzyć sobie winieneś, by długa była wędrówka.
Oby wiele było poranków letnich,
w których – z jakąż rozkoszą, z jakąż radością! –
będziesz podpływał do portów
przedtem ci jeszcze nie znanych.
W handlowych stacjach Fenicjan
zatrzymywać się musisz,
aby zakupić piękne rzeczy,
perły i korale, bursztyn i heban,
wszelkie rodzaje rozkosznych wonności –
ile tylko zdołasz błogich olejków znaleźć.
Musisz odwiedzić wiele miast egipskich,
by uczyć się i jeszcze się uczyć – od tych, co wiedzą.
Nie wolno ci nigdy zapomnieć o Itace,
dotarcie do niej bowiem jest twoim przeznaczeniem.
Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży.
Lepiej, by podróż trwała wiele lat,
abyś stary już był, gdy dotrzesz do swej wyspy,
bogaty we wszystko, co zdobyłeś po drodze,
nie oczekuj wcale, by Itaka dała ci bogactwa.
Itaka dała ci tę piękną podróż,
bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
I choćbyś ujrzał, że jest biedna –
nie oszukała cię Itaka.
Wróciwszy tak mądry, po tylu doświadczeniach,
zrozumiesz prawdziwie, co to jest Itaka.
/Tłumaczenie: Zygmunt Kubiak (1979)/
I o to jesteśmy krok od celu. Początek drogi został daleko w tyle, a wszystkie związane z nią przeżycia kłębią się w pamięci, w sercu, ciążą w bardzo zmęczonych już nogach. Dzięki Tobie wiele się nauczyłem. I , przede wszystkim, szedłem z Tobą. Byłeś i jesteś słowem w mojej ciszy, światłem moich dni, siłą moich kroków. […]
Droga to wspaniała metafora życia. Tak jak i w życiu mamy punkt wyjścia, odległość do przebycia oraz metę. Po drodze zaś dzieją się rozmaite rzeczy. Zdarzają się dobre i złe dni. Radości i smutki. Choroba, zmęczenie, radość, zaskakujące krajobrazy, spotkania z ludźmi, którzy pozostawiają w nas trwałe ślady, oraz z innymi, których drogi krzyżują się z naszą niemal bez echa. […] Naszym wspólnym przeznaczeniem jest odbycie wędrówki, podczas której powinniśmy dotrzymywać sobie towarzystwa, pomagać sobie nawzajem, dzielić się tym, co niesie z sobą życie. […] Nam się to myślę – udało ! ![]()
To, że dzisiaj osiągniemy upragniony cel, jakoś do nas nie dochodziło. Wstajemy bardzo wcześnie rano. Jak na wczesny poranek jest ciepło. Pakujemy rzeczy. Musimy dojść na piechotę do Padrón, żeby „złapać” szlak. Wychodzimy. Idzie się bardzo przyjemnie. Po jakiś 10 min. drogi zauważyłam, że nie mam akumulatorka w aparacie :]. Kurczę, został w albergue. Ładował się przez noc. Co robić. Hmm … przez chwilę myślę, e tam, trudno, nie wracam. Z drugiej strony …, przecież, teraz najlepsze przed nami. I jak to tak, bez zdjęć
? Towarzysze wędrówki mówią, wracaj po niego, my na Ciebie zaczekamy.
. Jest ciemno, po drodze błąkają się jakieś bezpańskie psy. Matko … zeżrą mnie
, idę więc z bijącym i oszalałym ze strachu sercem do albergue i co zastaję ? – zamknięte na trzy spusty drzwi.
Zamykały się bowiem automatycznie, po wyjściu z budynku. Wiedziałam jednak, że późno w nocy dołączył ktoś jeszcze do nas na nocleg. Walę więc w te drzwi, może się ktoś obudzi, w końcu pewnie też niedługo będą wychodzić. I tak chyba z 10 min., cisza … , myślę, cóż, trudno, nie ma co niepokoić śpiących, wracam. Tam na mnie czekają. Szkoda czasu. I nagle słyszę i widzę …, schodzi zaspana kobieta
! Przepraszam bardzo, że ją obudziłam, próbuję wytłumaczyć o co mi chodzi
. Kobieta wszystko rozumie i się śmieje
, ja zabieram swój akumulatorek i szczęśliwa wracam do mojej grupy
. Notabene zostały tam jeszcze na sznurku moje krótkie „gacie”, które wczoraj uprałam, ale o nich to sobie dopiero przypomniałam w Santiago
.
Bardzo wcześnie rano wkraczamy więc jeszcze raz do Padrón. Jesteśmy głodni, chcemy coś zjeść i napić się kawy. Tylko gdzie, wszędzie pustki, wszystko pozamykane. Rozglądamy się tu i tam i nagle widzimy małą knajpkę, w której tli się jakieś życie
. Jak się okazało była to słynna na szlaku do Santiago Cafeteria Don Pepe
. Don Pepe przygotowuje nam pyszne kanapki i kawę. Stawiają nas one na nogi ! Don Pepe to mega pozytywnie nastawiona do świata i pielgrzymów osoba
. Każdego z nas na koniec obcałowuje i życzy szczęśliwego dotarcia do celu !
Tak to najedzeni i napojeni ruszamy w drogę. Nie spieszymy się. Wiemy, że nie dotrzemy na pewno do Santiago na 12.00 w południe, żeby wziąć udział w uroczystej Mszy św. dla pielgrzymów. Ale to nic. Msza taka odprawiana jest każdego dnia o 12.00. Postanawiamy więc spokojnie dotrzeć na miejsce, znaleźć nocleg, odpocząć, a na mszę udać się dopiero dnia następnego
. Chcemy bowiem tę uroczystość przeżyć na spokojnie
. No bo po co się śpieszyć !
Reszta naszej grupy załapała się na południową mszę. Wyszli bowiem nieco wcześniej od nas z Padrón.
Tak więc po śniadaniu u Don Pepe naszą uwagę przykuwają coraz częściej kamienne przydrożne słupki, na których widnieje ile jeszcze km zostało nam do końca.
Trzeba przyznać, że ten ostatni
odcinek drogi do Santiago jest trochę nudny. :] Zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie finisz.
Droga prowadzi często wzdłuż trasy szybkiego ruchu i torów. Daje się to odczuć nie tylko w nogach (asfalting
) ale też w uszach, ponieważ trzeba znosić hałas samochodowy. Teraz coraz mniej zwracamy już uwagę na otoczenie. W głowie mamy już tylko finisz - Santiago, jak tam jest, co nas tam czeka ? Jaki jest ten św. Jakub
? W głowie kłębi się tysiące różnych pytań. ![]()
Miły fioletowy akcent ![]()


Poza tym kilka odcinków trasy to droga „pod górkę”. Teraz naprawdę niewielkie wzniesienie, no ba, podejście, wydaje się odcinkiem nie do pokonania, sprawia ból i spowalnia znacznie nasz marsz. Trzeba częściej robić postoje, żeby zregenerować siły.




Na jakiś 3 kilometrach od celu spotykamy przy drodze mężczyznę ze swoją rodziną. Pokazuje swoim dzieciom … co ? – chrząszcza – jakiego ? – kurczę – jelonka rogacza ! Pierwszy raz w życiu mam okazję zobaczyć na żywo tego chrząszcza, który, jak wiadomo jest w Polsce objęty ścisłą ochroną gatunkową
. Był naprawdę – piękny ! !
.
Samo wejście do Sanitiago zupełnie przeczy naszym wyobrażeniom. Kupujemy tu colę, siadamy na ławce, chce nam się strasznie pić i jesteśmy potwornie zmęczeni drogą.
Przedmieścia Santiago są (jak dla mnie) brzydkie i nieciekawe.
W głębi Santiago de Compostela.

c.d.n.
Świat w twoich rękach
Możesz oczyścić swe rany
Albo wpaść w przygnębienie
Możesz się pławić w smutku
Albo zrzucić go z siebie.
Możesz budować
mosty
szpitale
i szkoły
albo stawiać niedostępne zapory.
Możesz kołysać do snu innych
Albo obejmować samego siebie.
Możesz malować nowe krajobrazy
Albo rozmazywać pędzlem horyzont.
Możesz krzesła rozstawić
Dla gości wokół stołu
Albo na kłódkę zamknąć drzwi.
Możesz rzeźbić posągi na wieczność.
Możesz pisać palcem po wodzie
Albo w kamieniu żłobić słowa.
Możesz zapalić światło
Albo pozwolić, żeby zgęstniała mgła.
/Josíé María R. Olaizola/
Kiedy dociera się do mety jest wiele powodów do świętowania. Osiągnięcia. Wszystko to, czego się nauczyliśmy. Co przeżyliśmy. Każde święto ma swoje własne rytuały. Na Camino de Santiago są to: odebranie Compostelki, odwiedzenie grobu apostoła, wzięcie udziału we mszy dla pielgrzymów, zwiedzanie miasta … być może wspólny obiad z przyjaciółmi, beztroski odpoczynek ze świadomością, że cel został osiągnięty. Ale dotarcie do mety stawia też przed nami pytania. Co teraz ? Jak wrócić do normalnego życia ? Jakże przyjemnie jest teraz spojrzeć wstecz i zdać sobie sprawę, że nie jest się tym samym człowiekiem, który wyruszał w drogę. Tyle się bowiem nauczyłem. Rozwinąłem się. Tyle przemyślałem. Być może Bóg jest mi bliższy. Mam teraz przed sobą tyle możliwości … .
Pomimo ogromnego zmęczenia cieszyliśmy się bardzo, że udało się nam dotrzeć do celu. Wszystkim, całej 13 – stce. To co każdy z nas przeżył/wał podczas tej drogi pozostanie na zawsze w naszych sercach. Tak jak pozostali pielgrzymi mieliśmy teraz wiele powodów do radości i do tego, żeby świętować.
Do Santiago de Compostela wkraczamy wczesnym popołudniem. Jesteśmy, tak jak wcześniej wspomniałam, bardzo zmęczeni.
W tym dniu było bardzo gorąco. Postanawiamy oczywiście odwiedzić katedrę, a potem udać się na nocleg. Albergue mieliśmy na przedmieściach Santiago, na wzgórzu Monte Do Gozo (Wzgórze Radości). Tam też przybyły z Polski pocztą do przebrania nasze czyste ubrania. Na Monte do Gozo znajduje się Europejskie Centrum Pielgrzymowania im. Jana Pawła II. Informacje o nim po kliku na poniższe zdjęcie .
Przewodniczy w nim polski ksiądz saletyn O. Roman Wcisło. Można tam również spotkać polskich wolontariuszy, pracujących tu sezonowo. Warunki są tu bardzo dobre. Na terenie albergue znajduje się kaplica, restauracja z pysznym menu del peregrino oraz pole campingowe.
Wirtulany spacer po albergue na Monte de Gozo - po kliku na zdjęcie
W albergue można skorzystać z pokoi wieloosobowych z łóżkami piętrowymi. Za nocleg płacimy wtedy donativo, czyli „co łaska”. Można również skorzystać z pokoi dwuosobowych z łazienką. Wtedy trzeba za nie zapłacić. Nie jest to jednak jakaś wygórowana cena. O ile dobrze pamiętam nie więcej niż 15 Euro.
Ze Wzgórza Radości rozpościera się szeroka panorama na Santiago i lekko górzystą okolicę. Ładnie widać stąd dwie wieże Katedry w Santiago. Docieramy do naszego ostatniego już albergue podmiejskim autobusem.
Po wejściu do miasta postanawiamy najpierw udać się na modlitwę do Katedry. Sama świątynia i jej otoczenie robią wrażenie. Szkoda tylko, że obie wieże przechodziły w tym czasie remont i były zarusztowane. Nie można więc było podziwiać budowli w całej krasie.
Wokół Katedry przewalają się codziennie tłumy pielgrzymów i nie tylko.
Fragment Pórtico da Gloria (Portal Chwały) – romańskiego rzeźbiarskiego dzieła sztuki
I kolejna architektoniczna perełka: Puerta de las Platerias (Brama Złotników)
Poniżej krótki filmik znaleziony na youtube pokazujący wnętrze Katedry. Na zdjęciach jej wielkości nie da się niestety pokazać.
Poza tym świątynia i wyzłocony ołtarz główny oświetlone są tylko w czasie mszy. W pozostałych godzinach panuje w niej lekki półmrok.
Posąg św. Jakuba w ołtarzu głównym.
Św. Jakub wydaje się uśmiechać, ma bardzo zdziwione oczy i lekko otwartą buzię.
Chyba nie może uwierzyć w taką ilość pielgrzymów, którzy go codziennie odwiedzają … . ![]()
Tak szczerze, nigdy i nigdzie nie widziałam takiego uśmiechniętego i zdziwionego posągu świętego.
Niesamowite ! może św. Jakub w Santiago musi tak wyglądać, żeby rozbroić pielgrzymów, którzy nieziemsko utrudzeni drogą padają przed nim na kolana ? …
![]()
Jest w zwyczaju po dotarciu do Santiago objąć św. Jakuba. Robi się to tak, że wchodzi się za ołtarz, za figurę. Prowadzą do niej schodki. Obejmuje się Świętego za szyję, szepcząc mu do ucha swoje prośby. ![]()
Po modlitwie i uściskach
oraz zwiedzeniu katedry postanawiamy się trochę zrelaksować spacerując wokół katedry po uroczych uliczkach Starego Miasta. Zdobycie compostelki, udział w uroczystej Mszy św. dla pielgrzymów oraz odwiedzenie Grobu Świętego mamy bowiem zaplanowane na dzień następny. Łażąc tak człowiek robi się w końcu głodny. Zbliżała się bowiem pora kolacji. ![]()
Wstępujemy do jednej z knajp coś zjeść, a że w oko wpadł nam hiszpański likier El Afilador, postanawiamy go spróbować. A co ! Mamy przecież co świętować !
Hiszpański tost z jajkiem.
Padło na El Afilador’a kawowego !
, którego pije się ponoć "na trawienie", zwłaszcza po obitym posiłku. Wprawdzie nasz posiłek zbyt obfity nie był, ale za to likier smakował nam bardzo. ![]()
Tak to pierwszy dzień w Santiago dobiegł końca. Wracamy do albergue na nocleg, ale wrócimy tu znowu dnia następnego.
******
Kolejnego dnia mamy bardzo rześki ranek. Zapowiada się więc kolejny piękny dzień. Uzbrojeni w pełni naładowany sprzęt fotograficzny ruszamy na przystanek i jedziemy do miasta. To będzie dla nas bardzo ważny dzień.
Przed południem próbujemy znaleźć biuro pielgrzyma w Santiago i ustawić się po compostelkę. Szybko go znajdujemy, mało tego, jakimś cudem, udaje nam się też otrzymać bardzo szybko certyfikat potwierdzający odbycie naszej wędrówki. Praktycznie bez stania w długiej kolejce. Super !
Moja compostelka
.
Mamy więc dodatkowy czas, żeby jeszcze coś zwiedzić i kupić jakieś pamiątki, zanim udamy się na Mszę św.
Spacerując ulicą św. Franciszka nie sposób nie wstąpić do pięknego Iglesia de San Francisco - Kościoła św. Franciszka.
Wieże i kolumnę z posągiem św. Franciszka widać z daleka.
Wnętrze kościoła - ołtarz główny
Prawie w każdym kościele, który odwiedzaliśmy podczas naszej drogi, była figura św. Józefa. Św. Józef nie opuszczał nas ani na krok, był naszym wiernym towarzyszem. ![]()
Scena śmierci św. Józefa
W kościele św. Franciszka spotkała nas niespodzianka. Otrzymaliśmy tu jeszcze jedną compostelkę
. Okazało się, że w roku 2014 przypadała 800 rocznica przybycia św. Franciszka z Asyżu jako pielgrzyma do Santiago de Compostela. Z tej okazji wszyscy odwiedzający świątynię i Santiago w tym roku mogli otrzymać taką pamiątkę
. Tak więc zdobyłam drugą „compostelkę”. ![]()
Z dwoma certyfikatami w ręce biegniemy na Mszę do Katedry, odpowiednio wcześnie, żeby sobie zająć dobre miejsce.
. Miło nam było, że przy ołtarzu zobaczymy naszego przyjaciela – ks. Tomasza
. Dla niego musiało to być z pewnością dodatkowe mega przeżycie. ![]()
W świątyni zbiera się codziennie o 12.00 ogromna ilość pielgrzymów i turystów z całego świata. Trzeba mieć niesamowite szczęście, albo być sprytnym, żeby przebić się przez tłum i stanąć jak najbliżej ołtarza głównego. Nam się, można powiedzieć, udało.
Świątynia podczas nabożeństwa jest pięknie oświetlona. Wszyscy zgromadzeni czekają z niecierpliwością na najważniejszy punkt całej ceremonii - Botafumeiro.
Botafumeiro to największa na świecie kadzielnica. Ma 160 cm wysokości i waży 60 kg. Można o niej i o zwyczaju okadzania Katedry w Santiago poczytać klikając w link
Zawieszenie Botafumeiro pod kopułą Katedry
Filmik poniżej przedstawia cały ceremoniał zapalania i okadzania katedry. Jest to bardzo spektakularny rytuał, któremu towarzyszy nieprzerwanie, aż do końca, błysk fleszy, nawet zza ołtarza
.
Msza św. dla pielgrzymów w Santiago de Compostela pozostanie na długo w naszej pamięci
.
Po nabożeństwie udajemy się do Grobu św. Jakuba. Znajduje się on pod ołtarzem głównym. To srebrny sarkofag z relikwiami św. Jakuba i jego uczniów: Teodora i Anastazego. Trzeba stać do niego w długiej kolejce. W krypcie nie można robić zdjęć. W ciszy i skupieniu oddajemy więc w modlitwie niesione przez całą drogę prośby do św. Jakuba. Pozostawiamy tu również swoje karteczki z intencjami
.
A potem … , z uradowanymi sercami, to się naprawdę czuje, ruszamy na dalsze zwiedzanie miasta. Jest to już nasz ostatni dzień w Santiago. Trzeba więc go odpowiednio uczcić
.
Zaczynamy od otoczenia Katedry. Nie wszystko bowiem udało nam się zobaczyć w pierwszym dniu, po wejściu do miasta. Została nam m.in. fasada północna katedry i towarzyszące jej budynki.
Oglądamy przez chwilę występy przed katedrą.
W końcu opuszczamy, można powiedzieć, otoczenie katedralne i przenosimy się na przeurocze uliczki Starego Miasta.
Wpadamy do jednej z knajp na pyszną sangrię. ![]()
Niektórzy byli tak spragnieni zupy, że zamawiają kolejny raz tę samą, ponieważ innych chyba tu nie gotują ...
. Jednym słowem, zupy nie są specjalnością zarówno Portugalczyków, jak i Hiszpanów. To jest moje zdanie.
Na ulicy naszą uwagę przykuwa taki oto pan …
Pan po prostu w ten sposób zarabia pieniążki - ostrzy noże, nożyczki, co tam komu potrzeba. ![]()
Wałęsamy się nadal po mieście, oglądamy wystawy i wypatrujemy dobrej restauracji. Co jak co, ale na pewno należy nam się porządny obiad !
.
Owoce morza – wypadałoby spróbować jak one tu smakują.
O matko … XD, a to co ? jakieś/czyjeś pazury … ?
Znaleźliśmy ! …, padło na paellę – jedno z tradycyjnych dań hiszpańskich. Mięsko do paelii kazano nam sobie wybrać, a następnie wyłowiono nam je z restauracyjnego akwarium …
.
Ale mi było żal tego homara, albo langusty, ponieważ nie pamiętam już dokładnie, co w końcu wybraliśmy. Paella, którą nam przyrządzono, była wyśmienita. Do tego podano nam jeszcze świeżutki chleb, sałatki i piwo. ![]()
Niektórzy zamówili dodatkowo mięsiwo
, a innych znowu skusiła zupa –„lura” …
![]()
Pamiętam, że tylko raz zamówiłam „zupę jarzynową” w Portugalii. I o dziwo, nie zawiodłam się … . Naprawdę mi smakowała, choć można powiedzieć, że była ona właściwie mocno marchewkowa. Innych jarzyn się w niej nie dopatrzyłam.
Na koniec naszej „paellowej” uczty kelner podał nam jeszcze na odchodne likier, który już gdzieś chyba widzieliśmy …
- El Afilador. Tym razem kremowy. No na dobre trawienie, ma się rozumieć !
![]()
Po sytym obiedzie podziwiamy nadal barwne życie pielgrzymkowego Santiago. Raz po raz mijamy umęczonych fizycznie, ale z blaskiem i radością w oczach, pielgrzymów, z "domem" na plecach, albo rowerem przy boku.
]
Uliczni grajkowie próbują zarobić parę groszy, śpiewając pop szlagiery. Można sobie u nich zamówić song. Zaśpiewają wszystko.
Uliczki do późnych godzin wieczornych tętnią w Santiago życiem.
My jednak powoli musimy wracać na Monte de Gozo. Pozostało nam dziś jeszcze zakupienie biletów do Finisterry - ostatniego punktu na Szlaku św. Jakuba.
******
Finisterra (Cabo Fisterra)
Nie mamy już niestety więcej czasu. Dotarcie do Finisterry piechotą zajęłoby nam jakieś 4 dni. Jest to bowiem odległość ok. 90 km. W takim razie tam pojedziemy. Bilet kosztuje 24 Euro w obie strony. Podróż trwa 3 godz. Autobus wyjeżdża rano o godz. 9.00, ale nie dojeżdża do samego cypla. Z samego miasteczka portowego trzeba iść na przylądek jakieś 3 kilometry piechotą. Można podjechać sobie taksówką. Ale po co !
Idąc ścieżką wzdłuż szosy podziwia się cudowne turkusowe zatoczki, plaże i klify oraz ma się przed oczyma ogrom oceanu.
Sama podróż autobusem wzdłuż wybrzeża jest bardzo ciekawa. Przejeżdża się m.in. przez rybackie wioski i miasteczka.
No to jedziemy ! ![]()
Finisterra albo po galicyjsku Cabo Fisterra to nazwa przylądka w północno-zachodniej Hiszpanii. W dosłownym tłumaczeniu znaczy „koniec ziemi”. Jest to ważne, kultowe miejsce dla wszystkich pielgrzymujących do Santiago.
Nieco o legendzie Finisterry
Średniowieczny pielgrzym, który docierał, czasem po kilkumiesięcznej wędrówce do Santiago najczęściej wiedział już, że niedaleko (90 kilometrów od sanktuarium) jest koniec świata. O tym miejscu krążyły legendy – przylądek, wysokie skały, w dole spienione morze, za którym nie ma już nic. To costa da morte, wybrzeże śmierci. Średniowieczny koniec świata. I wielu pielgrzymów gnanych ciekawością szło obejrzeć ten kraniec ziemi. Mieli też powód inny, ważniejszy, by ruszyć jeszcze dalej od Santiago na zachód – wg Kodeksu Calixtino (to XII-wieczny rękopis poświęcony kultowi Santiago i pielgrzymowaniu) uczniowie św. Jakuba powędrowali na Finisterrę w poszukiwaniu legata rzymskiego, który miał im dać zgodę na pochowanie św. Jakuba w Compostela. Zostali uwięzieni, uciekli, a pogoń nie zdołała ich dogonić tylko cudem.
Z czasem ten ostatni etap stał się dla średniowiecznych pielgrzymów rytuałem. Przychodzili na wybrzeże, palili ubrania w których maszerowali przez wiele tygodni i kąpali się w oceanie (było to dla nich takie symboliczne oczyszczenie), a na koniec zabierali ze sobą muszlę na dowód, że „byli i widzieli”. Dziś wiadomo nie tylko, że Cabo Fisterra to nie koniec świata, ale nawet nie koniec Europy (najdalej wysuniętym punktem na zachód Europy jest bowiem Cabo da Roca w Portugalii). Ale symbol pozostał. I to właśnie na przylądku Finisterra ustawiono ostatni słupek camino z oznaczeniem 0,00 km.
Źródło: http://blogi.dziennikzachodni.pl - blog Anny Ładuniuk
Spacer na „koniec świata” ![]()
Ruszamy ! ![]()
Gdzieś w połowie drogi wstępujemy do kościółka Iglesia de Nuestra Señora de las Arenas. Wbijamy tu jedną z ostatnich pieczątek w naszych credencialach.
W tak upalny dzień unosił się wszędzie anyżowy zapach porastających strome klify ziół. ![]()
Turkusowe zatoczki.
Latarnia morska na samym cypelku. Za nią już tylko woda i błękit.
Jakże miło było spędzić tu cały dzień, poleżeć w słońcu i zamoczyć zmęczone stopy w chłodnej, nawet bardzo, wodzie, ale za to mega czyściutkiej !.
Miejsce z racji swojej ciekawej historii - legendy wydawałoby się, że powinno być bardziej oblegane przez turystów. Sprawiało jednak wrażenie spokojnego i cichego. Idealne na końcowy relaks przed powrotem do domu
.
Słupek z oznaczeniem 0,00 km. - prawdziwy KONIEC !
Do albergue wracamy wieczorem. Musimy się spakować przed jutrzejszym wyjazdem do Porto, ponieważ stąd polecimy do kraju.
Ostatnie promyki słońca na Finisterrze. ![]()
Szkoda, że to koniec, ale cieszymy się bardzo, że już niebawem uściskamy swoich najbliższych. ![]()
Rano wyruszamy na dworzec kolejowy. Do Porto pojedziemy pociągiem z przesiadką w Tui. Czas przejazdu to ok. 4 godz.
Do Porto docieramy wieczorem. Jest już ciemno. Samolot do Polski z przesiadką we Frankfurcie mamy nad ranem. Musimy przespać się już na lotnisku.
Epilog
Skończyło się. Już po wszystkim. Powoli droga odchodzi w przeszłość. […] Wracają zwykłe zajęcia codzienność, rutyna. A jednak Panie, to nie może być to samo. Wszystko czego się nauczyłem, musi teraz stać się częścią mojego życia, muszę podzielić się tym doświadczeniem z innymi, nieść je coraz dalej […]. Nie jesteś jedynie Bogiem, który był ze mną podczas drogi. Towarzyszysz mi również teraz. To na tym polega zmiana, to dlatego wszystko jest teraz inne !
W porównaniu z Camino del Norte, Camino Francés, czy Via de la Plata przebyte przeze mnie kilometry to niewiele. Niemniej nie odległości są w tej drodze, czy jak kto woli, pielgrzymce, najważniejsze. Iść to codziennie przeżywać i doświadczać trudu drogi, krok po kroku. Ileż to podczas takiej wędrówki może się pięknego, ale i niekoniecznie – wydarzyć. Tak samo, jak w naszym codziennym życiu. W obcym kraju zdany jesteś na samego siebie. Dobrze, jeśli ktoś ci towarzyszy. W życiu też ...
. Nie szłam sama, dlatego było mi dużo łatwiej. Wierzę, że każde spotkanie, każda rozmowa podczas tej pielgrzymki były po coś. Prawdą jest, że człowiek wraca z takiej długiej wędrówki nieco inny, ubogacony o nowe doświadczenia, wyciszony, ale też bardziej otwarty na świat i ludzi. Przewartościowuje swoje życie.
Właśnie czytam kolejną książkę o Santiago „Moja droga do Santiago – opowieść pielgrzyma – agnostyka” autorstwa Roberta Warda, kanadyjskiego pisarza i podróżnika, który wyruszył na Camino po raz piąty.
. Czyta się świetnie. !

***** FINAL !!! *****
PS. Jeśli KOGOŚ zainspirowałam do tego, aby ruszył w drogę to bardzo się cieszę - Buen Camino !
Dziękuję Wam za cierpliwość, wytrwałość i liczne odwiedziny tego tematu. Muszę przyznać, trochę mi zeszło z tym pisaniem …
.
Literatura:
- A. Laskowska , J. Grabowska – Markowska: Camino Portugués – Portugalska Droga św. Jakuba – Przewodnik , wyd. Salwator, Kraków 2013
- K. Jachimska – Małkiewicz : Modlitwy Pielgrzyma, wyd. WAM, Kraków 2014
Zdjęcia: nena, KaŚ, Tomek F.
Ostatnio edytowany przez nena (2026-03-28 19:16:27)
Nena wspaniała opowieść.
Bardzo Ci za nią dziękuję ![]()
Pielgrzymka do Camino to w ostatnich latach sprawa wielu osób, celowo nie piszę, że ta droga stała się popularna czy modna bo chyba nie o to w tym wszystkim chodzi... Oczywiście pobudki wędrujących są różne, ale każdy ma je prawo mieć ![]()
W związku z tym w sieci jest sporo relacji na ten temat i każda z nich jest na swój sposób inna, tak jak inna, "swoja" jest droga każdej wędrującej osoby.
Twoja relacja była dla mnie ważna bo znam Cię osobiście i to jest zupełnie inne czytanie. Czytałam z zaciekawieniem, niecierpliwie oczekiwałam dalszego ciągu i bardzo, bardzo się cieszę, że ją doprowadziłaś do końca. Nie chciałam naciskać, sugerować bo wiadomo... każdy z nas ma wiele absorbujących nas spraw...
Często wracałam do wybranych fragmentów, tych, które były dla mnie w jakiś sposób ważne, potrzebne... najważniejszy był chyba ten, że inni są dla nas drogą i my dla kogoś tez jesteśmy drogowskazami... to tak w wolnej interpretacji
Jestem zdecydowana ruszyć Twoim śladem
chociaż raczej z domu. Najbardziej obawiam się bariery językowej i finansów, ale potraktuję to jako wyzwanie ![]()
Bardzo Ci dziękuję za tą relację, za muszlę pielgrzymią, którą otrzymałam od Ciebie...

... i za Twoją obecność w pewnym etapie mojego życia! ![]()
Jesteś wspaniałym długodystansowcem! ![]()
Dziękuję mały pikusiu
. Miło mi, że to czytałeś i dotrwałeś do końca. ! ![]()
Joluś do takiego długodystansowca jak Ty, to mi daleko
:* !
Też się cieszę, że udało się doprowadzić tę relację do końca. Zdecydowanie zbyt długo to trwało
.
Często wracałam do wybranych fragmentów, tych, które były dla mnie w jakiś sposób ważne, potrzebne... najważniejszy był chyba ten, że inni są dla nas drogą i my dla kogoś tez jesteśmy drogowskazami... to tak w wolnej interpretacji
Miło mi, że się przydały…
Jestem zdecydowana ruszyć Twoim śladem
, chociaż raczej z domu. Najbardziej obawiam się bariery językowej i finansów, ale potraktuję to jako wyzwanie.
Bardzo się cieszę i polecam, chociaż byłabym spokojniejsza, gdybyś szła z kimś, ale wiem, że masz ogromną wprawę w „samotnych” wędrówkach. Poza tym droga do Santiago nigdy tak naprawdę nie jest wędrówką w pojedynkę.
Język owszem, może być barierą, ale można też na różne sposoby sobie z nim poradzić
.
Bardzo Ci dziękuję za tą relację, za muszlę pielgrzymią, którą otrzymałam od Ciebie...
Jedną rzecz (pielgrzymi atrybut) na początek już masz z głowy
! A bywa, że jest z problem z kupnem takiej muszli na szybko na początku trasy, tak jak my mieliśmy.
... i za Twoją obecność w pewnym etapie mojego życia!
Ja za Twoją Kochana, również
Nie chcę z niego szybko zniknąć i liczę na to samo !
:*
Ostatnio edytowany przez nena (2019-07-30 19:26:22)
Język owszem, może być barierą, ale można też na różne sposoby sobie z nim poradzić
Jasne, póki ręce zdrowe ![]()
Język owszem, może być barierą, ale można też na różne sposoby sobie z nim poradzić
Jasne, póki ręce zdrowe ![]()
We wrześniu zeszłego roku ukazała się książka - przewodnik "Camino de Santiago. Droga Świętego Jakuba. Przewodnik dla turystów i pielgrzymów", której autorem jest Łukasz Supergan. Opisuje w niej aż 10 najważniejszych szlaków Camino de Santiago.
Strony Poprzednia 1 2
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
[ Wygenerowano w 0.042 sekund, wykonano 13 zapytań ]