Temat: Szlakiem dawno zdobytych już szklanic
... czyli Biesy i Niski na bani ![]()
Jako, że nie da się dwa razy opisać tego samego, przeklejam tu relację, którą popełniliśmy wspólnie z vidraru na forum GBG.
A propos. Forum nie chciało łyknąc relacji w jednym kawałku, że niby za duża, ale co ja na to mogę
No to jedziemy
Dzień 1, 27 sierpnia, niedziela Bieszczady
Tłukliśmy się 9 godzin w podróży po to żeby walnąć dżepa z pluszowym psem.
Dzień 2, 28 sierpnia, poniedziałek Tarnica
W założeniu miał być tylko Niski na dwa tygodnie, ale udało się urwać dodatkowy tydzień urlopu. Skoro tak, skoro w te rejony już jedziemy, rzucam temat Tarnicy do wspólnego KGP
„Czemu nie, kocham Cię za te głupie pomysły”…
Ok., pobudka zbyt wcześnie. PKS zdzierca do Pszczelin Widełek i zaczyna się dwugodzinna monotonia podejścia lasem, choć z drugiej strony – piękny ten las, bukowo-jodłowy, wysoki, stary, czarodziejski i dziki. Czasami chaszczing. Kawka przy wiacie BPN-u, rozmowa z dwiema paniami, które idą przed nami i nagle się zaczyna, a właściwie kończy się las…
Góry aż po horyzont… A właściwie nie tylko góry dookoła… Po daleką/niedaleką Ukrainę… Morza zeschniętych traw, zrudziałych borowin i oczojebnie błękitnych goryczek… A nad tym wszystkim kłęby chmur przeplatanych ze słońcem… Kolory babiego lata bieszczadzkiego… „Bo jedno jest takie niebo, bieszczadzkie niebo sierpniowe…”
Wchodzimy na Bukowe Berdo. Najpiękniejszy w naszej opinii zakątek wysokich Bieszczad. Berdem Bojkowie nazywali ostry, skalisty grzbiet górski. A skałek tu dostatek. Gra światła i cieni co rusz zmienia kierunek i to Caryna i Wetlińska w świetle a Tarnica – nasz cel – w cieniu, to fantastyczne urzeźbienie pierwszego wierzchołka Berda w świetle, za chwilę tonie w chłodzie i orzeźwia wiatrem. Najlepszym opisem Bukowego Berda niech będą zdjęcia…
Jeszcze tylko spojrzenie w dal na Pikuja i zwalamy przez Krzemień. I niech k***a ziemia lekką będzie tym (z Zakopanego), co budowali te schody do piekła z Krzemienia na Przełęcz Goprowską. I dalej na Tarnicę. Drogę umilają nam dzikie zwierzęta piętra połonin…
To są oczywiście ograniczniki erozji gruntu rozdeptanych przez ceprów ścieżek. Mamy tego świadomość, ale iść się po tym za ch**a nie da w żaden sposób komfortowo. No cóż, nie jesteśmy tu dla przyjemności… Zwłaszcza, że robi się zbyt tłoczno, spotkać można nawet Janusza turystyki górskiej w sandałach i z popisową dziurą na objętość całej pięty w prawej skarpetce.
W połowie podejścia z przełęczy napotkany pan: „380! To jest wasza liczba na dziś! (pan liczy schody) Do przełęczy! Bo stamtąd jest 272!” „Nie do końca jestem pewien, czy chciałem mieć tego świadomość!” – śmieje się Darek.
Cóż, stało się. Gorzej miały pieski, które dotarły na szczyt, bo musiały urobić łapkami więcej niż my w buciorach. I tak oto o 13:20 padła nam u stóp najdalej na wschód wysunięta perełka w koronie – nr 3, nieplanowana Tarnica.
Ludziów jak mrówków, bitwa o zdjęcie pod krzyżem – kto pierwszy. Piwo zwycięzców, pół bułki z konserwą, fajka. Wieje tak, że łeb z płucami urywa, to spierdzielamy – przez Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych.
Kaptur na głowę, wiatr nie odpuszcza, drogą odwrotu. W borowinkach przy szlaku kicają sobie siwerniaki, dają się fotografować z odległości metra od obiektywu i w ogóle się nie boją. A za nami Tarnica w całej swej okazałości w popołudniowym świetle…
I tak pomaleńku z połonin toczymy się do granicy lasu. Wychodzi słonko, kulamy się piękną buczyną karpacką prościutko do łożyska potoku Terebowiec i chwilę później zasłużone po 8 godzinach drogi piwko pod sklepem.
Obiadokolacja pod postacią krupniku z kiełbasą i makaronem w stodole, przy czerwonym winie. Jutro wyjdzie pod postacią żółtego stolca…
Dzień 3, 29 sierpnia, wtorek Przystanek Balnica
Rozpoczyna się pożegnalnym piwkiem pod sklepem w Ustrzykach z poznanymi dwa dni temu w tym samym miejscu Magdą i Mateuszem z Bartoszyc. Przemiła para, szkoda, że nie poznaliśmy się lepiej. Może jeszcze będzie ku temu okazja, mam nadzieję…
Dziś przerzucamy się do Cisnej, na obiad w Siekierezadzie, a potem coraz dalej na zachód.
Jedliście kiedyś w Siekierce? Tego się nie da dojeść… Trzeba mieć ze cztery żołądki… Ledwo żywi po doznaniach kulinarnych, z dopakowanymi do granic worami wystawiamy kciuki. Kciuk skutkuje po ok. godzinie. Sympatyczny kolega z Gorlic podwozi nas aż do Maniowa, nawet za daleko niż chcieliśmy. No, ok., to się przejdziemy Balnicą… Ten niewdzięczny skurwiel na plecach ciąży niemiłosiernie. Grawitacja ma zero szacunku dla człowieka. Po drodze udaje nam się odnaleźć cerkwisko w dawnej wsi Balnica. Siadamy na pieńku pośrodku polany (w dawnym centrum wsi) i jakże tu pasują słowa „Deesis” Na Bani… „Porosły drzewa, gdzie umarły chaty, zamknęły się cerkwi widmowe wierzeje, opuścił sioło Chrystus Pantokrator, zgięty wpół krzyż samotnie niszczeje…”
A potem to już z górki – obok ostoi bobrowej na Górnej Osławie, po torach kolejki (nieczynnych), prosto do Przystanku Balnica.
Wojtka nie ma, widzieliśmy jak jechał na dół, ale ma godnego zastępcę, swojego wnuka Natana. Mały, sprytny cwaniaczek, na oko 10 lat, ze smykałką do interesów, bo orżnął nas na piwie o 4 zeta, co Wojtek nam później zwrócił. Ogólnie o Balnicy – jedna jedyna chata na końcowym przystanku Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, przemili gospodarze. Jeśli ktoś nie umie sobie wyobrazić końca świata, powinien tam przenocować. Jeszcze tylko okrzyki sowy na dobranoc i zagaszamy ognisko…
Lokowanie produktu - http://www.balnica.pl/
Dzień 4, 30 sierpnia, środa Spotkanie na Końcu Świata
Pobudka po 6:00 idzie okrutnie niemrawo. Kawa, pół bułki i ruszamy torami kolejki w stronę doliny Solinki, gdzie odwiedzamy cerkwisko…
I znów to uczucie… „Słupy dymu z nagła podparły ciężkie chmury, gdy od nieba dzielił nas tylko ikonostas, umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne, które miały tu pozostać…”
A potem drogą na Żubracze… Trasę umilają nam takie oto literackie przemyślenia…
Okazuje się, że leciał tędy Bieg Rzeźnika. A my wkraczamy na drogę i zaczyna się męczenie kciuka. Do Cisnej podrzuca nas pan ze Straży Leśnej. Wczesny lunch w Siekierce i na raty odwrót znów stopem do Woli Michowej. Bo dziś mamy tu misję… Trzy dni temu dowiedzieliśmy się, że w Woli właśnie nasza kumpela Ola urzęduje jako sprzedawca w sklepie z nalewkami regionalnymi. Trzeba się spotkać koniecznie!
Po drodze zatrzymujemy się przy kościółku pw. Św. Marii Bieszczadzkiej. Właśnie trwa konserwacja, dlatego możemy zajrzeć do środka. Kościół wg projektu inż. Bogdana Jezierskiego z Łupkowa budowali cieśle z Podhala. Nad wejściem głównym znajduje się wieża słupowa o wysokości 14m, która podkreśla karpacki styl budowli. Zaczęto go budować w 2007 roku. W 2010 roku nastąpiło uroczyste przeniesienie ikony Matki Boskiej z macierzystego kościoła w Nowym Łupkowie.
Pani sklepowa opala się i czyta książkę. Powitanie, siedzimy, gadamy do zamknięcia sklepu. Potem Ola odwozi nas na skład drewna w Balnicy. Pożegnanie na końcu świata…
Lokowanie produktu - http://www.śpiewanychleb.pl/
Stąd dwa kroki, 20 minut do chaty Wojtka. Dwaj handlarze Natan i Franek uhandlowały stówkę na sprzedaży książek z kufra zawiezionego na stację kolejki taczkami. Siedzimy przy palenisku i gdy nad Balnicą powoli zaczyna kończyć się dzień, granicą lasu idzie śpiew… i jest to wilczy śpiew, nawoływanie watahy… Słychać je ledwie kilka minut, idą blisko, lasem tuż za torami, wyraźne i bliskie… Niezapomniane…
Dzień 5, 31 sierpnia, czwartek Komańcza
Generalnie znowu wozimy dupy… Ale najpierw śniadanie i kawa o poranku na końcu świata… Rozmowa z Wojtkiem i po 10:00 ruszamy doliną Balnicy na Maniów, gdzie po około 20 minutach łapania dwie panie z Warszawy zgarniają nas na stopa prosto do Komańczy. Szybkie rozpakowanie na kwaterze i ruszamy na kciuka do Rzepedzi, stamtąd do Turzańska (1,5 km klapkingu + 100 ml żołądkowej).
Cerkiew w Turzańsku wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, dlatego pan przewodnik nie pozwala na robienie zdjęć wewnątrz. Cerkiew prawosławna pw. Św Michała Archanioła wzmiankowana już w I połowie XVI wieku, jednak obecny budynek powstał w latach 1801 – 1803. W cerkwi zachowały się elementy oryginalnego wyposażenia: ikonostas z 1895r, polichromia z przełomu XIX i XX wieku. Dzwonnica przy cerkwi jest najwyższa w tego typu budowlach w całych Karpatach – 21 metrów. Ciekawostką są malowidła na ścianach nawiązujące bardzo blisko do gór, natury i fragmentów wiejskiego życia.
Stąd mamy tylko ulotkę… i kilka zdjęć z zewnątrz...
W drodze powrotnej na Komańczę zatrzymujemy żeglarza na śląskich tablicach a pod klasztorem zupełnie przypadkowo wbijamy okazjonalnie do auta kolejnym wybawcom, którzy pytają, czy w Komańczy oprócz klasztoru coś jeszcze można zobaczyć. Pewnie, że można! To my pokażemy! Tylko czy możemy się zabrać? I kto tu jest majster of logistic?
Najpierw prawosławna cerkiew pw. Opatrzności Matki Boskiej z 1802 (oryginał). W 2007 roku w tym miejscu były tylko zgliszcza spalonej cerkwi i samotna dzwonnica otoczona dzikim murem. Dziś cerkiew jest odbudowana, piękna, dostojna, aż się łza w oku kręci… Można? Można…
Zaraz poniżej jest greckokatolicka cerkiew pod tym samym wezwaniem, murowana. A dalej za mostem… trzeba zajrzeć tradycyjnie z tyłu sklepu…
Wieczorem na kwaterze sympatyczne towarzystwo a później przychodzi na sępa rudy chytrusek…
Dzień 6, 1 września, piątek Bieszczadzka Grażyna
Historia lubi się powtarzać… Dwa lata temu Darek z bąblem do Duszatyńskich w klapkach, dziś czeka to mnie, choć jeszcze o tym nie wiem… Podeszwa z niezniszczalnego od 13 lat Meindla nagle zaczyna udawać krokodyla… A przed nami 2 tygodnie Niskiego. Nie doszliśmy nawet do Prełuk. Trudno, na razie buty lądują w plecaku a ja wskakuję w sandałki. Prawdziwa Grażyna. Po drodze turyści ratują nas kropelką i trytytkami, ale tu potrzebna jest niestety fabryka kropelki… Zawsze to coś, dzięki!
Po zejściu ze szlaku na drogę do Duszatyna podrzuca nas samotny turysta. Klapkujemy przez piękny las do rezerwatu Zwiezło, w którym w górnym jeziorku jacyś skończeni debile urządzili sobie akwen pływacki. To prawda – człowiek ze wsi wyjść może, wieś z człowieka nigdy – nie obrażając wsi… Smutne to, bo miejsce jest przepiękne, ale czemu zawsze znajdzie się buractwo, które musi takie zakątki sprofanować?...
Z uwagi na brak butów i wątpliwą jakość powrotu, nie wychodzimy na Chryszczatą, lecz zwalamy w dół. Krótki postój przy „Duszy Jeziorek”, klapking i kolejne męczenie kciuka, które wychodzi nam na dobre, ponieważ nad przełomem Osławy łapiemy sukę samuraia do Komańczy. A tam z tyłu sklepu bezrobotny lokals Piotruś puszcza muzykę z telefonu (już go znamy) i pije na sępa piwo. Tu się nic nie zmienia w tej kwestii od wczoraj. Egzystencjonalny constans…
Nazbieraliśmy grzybów, więc wieczorem jest co robić. Jeszcze trzeba przygotować kolację. Dziś kawał dzikiego mięcha, czyli filet z ziemniaczkami. Grzyby zapaskudziły pół kuchni, sprzątania jest sporo, ale za to jutro w dziczy będzie grzybowa…
Troszkę niepokoją nas prognozy na ICM… Czyżbyś Wiktor wyruszył z kuchenką w teren?
P.S. Odchodząc z tyłu sklepu słyszę: „Ta to chyba jest jakiś komandos… Ta czapka, dziary i ten plecak taki wielki…” Ómarła żem…
Dzień 7, 2 września, sobota
Bieszczadzkiej komunikacji część dalsza… Godzina z tabliczką i ruszamy do Wisłoka Wielkiego dzięki uprzejmości państwa prowadzącego tu agroturystykę „Przedbieszczady”.
Lokowanie produktu - http://www.przedbieszczady.pl/
Drugie pół zamierzonej do przeskoczenia drogi podrzucają nas „ziomale” z Cięciny z winem Bieszczady na tylnym siedzeniu i uśpionym dzieckiem w foteliku. Docieramy do Woli Niżnej. Tradycyjne piwko pod sklepem i Domem Ludowym, ostatnie zakupy lecimy do Woli Wyżnej. Cel na dziś to Jasiel – rozległa polana, na której istnieje formalne i bezpłatne pole namiotowe.
Od razu czuć ten inny klimat, klimat Beskidu Niskiego… Wysokie góry i tłumne szlaki zostały daleko za nami, teraz jest cisza, aż piszczy w uszach i urocza dolina w Rezerwacie Źródliska Jasiołki. Opuszczony PGR, a dalej jest już tylko coraz bardziej pusto a przy drodze pełnej wyrw i wykrotów pojawiają się przydrożne krzyże i bezkresne pejzaże tak inne niż do tej pory…
Tuż przed zmrokiem docieramy na Jasiel. Przywitanie z Markiem Rosiakiem, rezydującym tu w wiacie rokrocznie, wykładowcą filozofii UŁ. Symboliczny poczęstunek – chleb ze smalcem z borowikami. Są tu też chłopaki z koła łowieckiego i robi się mała impreza. Gotujemy grzybiankę, rozbijamy namiocik i dobranoc…
Dzień 8, 3 września, niedziela Mokry Jasiel
Koło 1 w nocy robi się Armagedon… Bębni, wali w namiot, nie da się spać, powoli i bardzo skutecznie podmoczony i zalany przez dziurawe okno w tropiku… O poranku już pływamy. Krótko mówiąc, „panta rhei”… Nie ma szans na wysuszenie, bo pod wiatki też zacina. Trzeba uciekać w dolinę, choć plan był inny, tym bardziej, że nadarza się okazja, bo myśliwi przyjadą po smalec, może nas zwiozą…? Udaje się. Tak więc w piątkę, dwa wory i trzy flinty, Małecki u mnie na kolanach, suzuki vitara i 7 km bezdroży. Kulamy się aż pod sklep w Posadzie Jaśliskiej. Dzięki chłopaki, uratowaliście nam tyłki! Chcemy im postawić flaszkę, ale Robert stwierdza – nie ma mowy, nie ma sprawy, przecież trzeba sobie pomagać… Piękne jest to podejście człowieka do człowieka tutaj. Właśnie tutaj…
Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki i zmarznięci. Namiot, śpiwory, ciuchy… Jedyne rozwiązanie – schronisko w Jaśliskach. Tam się rozwieszamy w agroturystyce „Zaścianek” u państwa Marii i Stanisława Lorenców.
Idziemy na obiad do baru „Czeremcha”. Jesteśmy w miejscu niemalże kultowym. To przecież tutaj Maciek Stuhr wjechał do knajpy po schodach traktorem w filmie „Wino truskawkowe”. Rozpoznajemy ten przystanek, ten ryneczek, niestety kiosku, w którym Luba sprzedawała pornole już nie ma…
W knajpie pyszne żarcie. Fasolka po bretońsku i żeberko. A ceny zatrzymały się tutaj gdzieś w latach 90. Wieczorem piwko, dosuszanie, dojadanie i tyle na dziś…
Ostatnio edytowany przez darkheush (2017-09-20 12:05:32)
Jan Himilsbach