Temat: Jak z Magurki wyszła Kiczera
Październik powitałam na Kiczerze. Właściwie to jechaliśmy na Magurkę Wilkowicką, ale widząc w jakim stanie jest droga i ile czasu zajmuje teraz dojazd w kierunku Międzybrodzia Bialskiego i Żywieckiego postanowiliśmy zjechać w kierunku Żaru.
Samochód zostawiliśmy na ostatnim parkingu (za 15 zeta), tuż nad dolną stacją kolejki i spacerkiem asfaltem ruszyliśmy w górę. Osobiście asfaltingu bardzo nie lubię, ale w tej sytuacji innego wyjścia nie było.
Wyjechaliśmy grubo po południu. Było ciepło, praktycznie bezwietrznie, lekkie mgły unosiły się nad górami, słońce próbowało się przebić przez chmury. Była szansa, że przy zachodzie mu się to uda.
Pozmieniało się nieco na czerwonym szlaku.
W wielu miejscach jest mocno rozjeżdżony i błotnisty. W zagłębieniach utworzyły się rozległe kałuże.
Na drzewie, które, jak pamiętamy, podpalono, wisi nowa kapliczka.
Na Kiczerze, od strony zachodniej postawiono tablicę informacyjną, stoliki i ławeczki. Prawie przy każdej ławce jest palenisko. Pytanie, po co przy każdej, skoro na samym szczycie na polanie jest specjalnie w tym celu wybudowana wiata z przygotowanym miejscem na rozpalenie ogniska. Im więcej takich miejsc, tym niestety więcej też pozostawionych w nich po imprezach śmieci.
Udało się słoneczku przebić przez chmury, dlatego mogliśmy oglądać ładny zachód słońca i podziwiać na horyzoncie skąpane w złocistej poświacie szczyty Beskidu Śląskiego.
Po wschodniej stronie również było co oglądać.
Po zachodzie zmierzch zapada szybko i zanim doszliśmy do zbiornika na Żarze, było już ciemno.
Asfaltingu już nam się nie chciało powtarzać. Po krótkiej wizycie na szczycie Żaru, na którym spotkaliśmy głównie osoby mówiące po ukraińsku, zeszliśmy do samochodu wzdłuż wyciągu narciarskiego.