Temat: Ślůnsko masakra odśniežarko mechanično
Witam!
Ten wyjazd miał być uwerturą do kolejnego wyjazdu kursowego, niestety skończył się nieco wcześniej, dlaczego - za chwilę.
Pobudka o 4:20, szybkie golenie się i zebranie ostatnich potrzebnych rzeczy, śniadanie, herbata do termosu, kanapki, a o 5:35 już siedziałem w ciepłym autobusie do Katowic. Po godzinei snu obudził mnie krzyk kierowcy: "Panie, pan do Jaworzna wracasz?". Grzecznie podziękowałem za obudzenie, wypłaciłem pieniądze i polazłem na kawę do McD's, bo do pociągu miałem prawie godzinę.
Rozpieprz na dworcu w Katowicach pominę przez litość, wpływ zimy (wręcz: jej nagłego ataku, który zaczął się tydzień temu, a dzisiaj rano nie padało już prawie dobę) na PKP też. Odjeżdżam do Bielska, w Tychach dosiada się Ewa. W Bielsku przesiadka do autobusu linii 16, w którym się przewyjściowo posilamy, co by nie tracić czasu, bo już prawie 10:00!
Zabawa zaczęła się w okolicach Jeziora Wielka Łąka. Śnieg do kolan, ostre podejście. Ja dawałem radę, Ewa już mniej, bo jest znacznie mniejsza ode mnie, więc skakała w moich śladach. Prawdziwa zabawa zaczęła się na trawersie Palenicy (szlak niebieski z Wapienicy na Błotny), nawiane zaspy sprawiały że śnieg do połowy uda znacznie nas spowalniał, ale się idzie i gada to tak tego nie czuć. Po dwóch godzinach usiedliśmy na Kopanym, z widokiem na Beskid Mały (:-)), kilka słów o panoramie, czekolada, herbata i idziemy dalej. Prawdziwa rzeź niewiniątek zaczęła się przy podejściu na Przykrą. Ostatnie metry to walka ze śniegiem do wysokości około 140cm... W schronisku stanęliśmy o 14:00, mimo że szlakowskaz na dole twierdził, że godzin dwie. Jak się okazało później, to była tylko uwertura do koncertu. W schronisku zjadłem kwaśnicę z mięsem (bez szału jak na cenę - 9zł), posililiśmy się jeszcze innymi frykasami i wróciliśmy na szlak w stronę Klimczoka. Początkowo szło się bardzo dobrze, choć trafiały się zaspy po pół metra, ale szlak był przejechany skuterem śnieżnym. Gdy od żółtego szlaku odbija czerwony narciarski szlak na Karkoszczonkę wróciliśmy do brodzenia w śniegu, ponieważ skuter pojechał do Szczyrku (jak się dowiedzieliśmy w schronisku). Na Trzech Kopcach postanowiliśmy strawersować Klimczok i odpuścić (ponoć genialny) sernik w schronisku pod Klimczokiem na rzecz schroniska na Szyndzielni. Mapa wskazywała, że idzie się tam 15 minut, więc założyliśmy że pójdziemy 20, może 25. Założenie okazało się błędne. Na pokonanie kilometra z hakiem (1,3km? Nie mam pod ręką mapy Compassu, a na e-górach nie ma odległości bezpośrednio podanych) potrzebowaliśmy 50 minut, co absolutnie ubiło głównie moje morale, gdyż była to siódma godzina torowania (z 35-minutową przerwą na Błatniej). Zaczynam rozpatrywać powrót do domu, jestem przemarznięty na kość, głodny i generalnie no - kryzys pełną gębą. Odwołuję dołączenie się do jutrzejszej załogi (kurs jechał na wigilię kołową), dzwonię do domu. Ewa załatwia nam transport - naszego wspólnego znajomego. Po 80 minutach walki ze śniegiem docieramy wreszcie do schroniska (normalnie to 35 minut), gdzie się posilamy, udzielamy informacji parze, która chciała iść na Błatnią (nam zajęło to pięć godzin), dostajemy informację o zejściu. Z odnowionymi siłami, ale nadal bez przekonania do wyjazdu na wigilię, schodzimy do Bielska, gdzie kompletnie przypadkiem spotykamy Łukasza, z którym byliśmy umówieni.
Wyjazd w takiej formie uważam za, przepraszam, kur*wnie trudny. Praktycznie NIC nie było przetarte, zimno, wiatr... Kocham zimę w górach (bo nie spotkaliśmy _nikogo_ poza wspomnianą parą na Szyndzielni), ale nie gdy siedem godzin cięgiem toruję. Był jeden moment, że poważnie myślałem o wyjęciu telefonu i wybraniu skostniałą łapą 601 100 300... Na szczęście pomyślałem wtedy, że musiałbym zdjąć rękawiczkę, co przeważyło. ;-)
Pozdrawiam i zapraszam na przedeptany szlak, bo jest _pięknie_!