Temat: Mikrozlot, czyli o Fasolce
Witam!
Jakoś ostatnio czasu nie mam i dopiero teraz piszę kilka słów o długim weekendzie 6-9 stycznia, kiedy to w istebniańskiej "Zaolziance" odbywała się tegoroczna Fasolka, a przy jej okazji odbył się mikrozlot oraz atak na Beskid Węgierski (Egészségedre!).
Wszystko zaczęło się w czwartek, w święto Ofiarowania Pańskiego, szóstego dnia roku dwatysiące jedenastego. Wyleczywszy posylwestrowego kaca pojechałem w góry z Agatą. Plan nie był bardzo ambitny: chcieliśmy poszlajać się po paśmie Klimczoka oraz po Beskidzie Węgierskim (Egészségedre!). Zatem w czwartek (poszukując pod drodze jedzenia) dojechaliśmy około 18:00 do Brennej, gdzie zostawiliśmy samochód pod Żabką i udaliśmy się zielonym szlakiem do schroniska na Błatniej, nie bez przygód oczywiście. Najpierw wyzwaniem okazało się znalezienie szlaku, nikt nie potrafił nam pomóc, aż w końcu dwaj Mili Panowie w "sportowym" VW Golfie II stwierdzili "no, to musicie iść tam, tam jest Malwa! I za Malwą do góry! Ale tym autem tam nie wyjedziecie..." wskazując na Opla Corsę Agaty. Po informacji, że idziemy tam piechotą chwili się na za głowy, potem za te dwie butelki, które kupili w Żabce i odjechali. My skończyliśmy przepakowywanie się, odzialiśmy stuptuty, rozwinęliśmy kijki i na szlak. Z planowych 2:15 szliśmy 1:50 z dwoma przerwami na herbatę i papierosy (nie moje;)). Gdy dotarliśmy do schroniska było już zamknięte... Pięknie to świadczy o Błatniej, kurde blaszka. Jakby kto w środku nocy przyszedł, to by zamarzł u drzwi schroniska...
Nas nie spotkał taki los, a nawet gdyby zaczął nas spotykać to było na tyle ciepło, że gdybyśmy się tylko schronili przed wiatrem, byłoby spoko. A wiało okrutnie, halny zlizywał resztki śniegu. Dostaliśmy pokój, kupiłem sobie piwo i dość szybko rzuciliśmy się w śpiwory.
Tutaj warto wspomnieć o "delikatnej" różnicy między ubiorem moim i Agaty: ja wziąłem ze sobą śpiwór z komfortem 10 stopni (na plusie) ważący 0,8kg, HiMountain Superpack 800 i wskoczyłem do niego ubrany jedynie w bieliznę. Agata miała dość ciężki śpiwór Troll Grizzly 500 komfort około 0. Spała w nim ubrana w spodnie polarowe i jakieś dwie bluzy, było jej "chłodno"...
Siódmego dnia roku bieżącego pobudka szła okrutnie... Budziki ustawione na 7:00 najpierw zostały przestawione na 7:20, potem jeszcze o 10 minut. Ja się wywlekłem ze śpiworu próbowałem budzić Agatę, co mi nie szło (nienawidzę budzić ludzi...), więc się spakowałem i ustawiłem budzik w jej telefonie (głośny i przeraźliwy jak stopindziesiont) po czym uciekłem z pokoju do schroniskowej jadalni. Po 15 minutach przyczłapała Agata, pogadaliśmy z panią z obsługi (strasznie burkliwa...), z turystami... I udaliśmy się na szczyt Błotnego, panoramki absolutnie niet. Za to piździawa taka, że kapelusz mi chciało zwiać... Dość szybko dostaliśmy się na Klimczok i już o 11:45 zeszliśmy na przełęcz Karkoszczonka, gdzie czekała na nas Jola. Czekała od 10:30... Jeszcze raz okrutnie się kajamy, tak nam jakoś nie szło... Spotkanie z Jolą to też były jaja, szczególnie dla Niej - staliśmy z Agatą nad stolikiem, przy którym siedziała Jola i... Dzwoniłem do niej. Pewny nie byłem, że Ona to Ona, nooo! ;-)
Z Jolą udaliśmy się spokojnie przez Beskid Węgierski (Egészségedre!) w stronę Kotarza, jednak ponownie: okrutnie nam się nie szło, na Hyrcy stwierdziliśmy, że spadamy na dół. Cześć zeszliśmy, część... Zjechaliśmy na mapie "Beskid Śląski, Żywiecki i Mały" 1:100k, wyd. Compass, oklejonej taśmą klejącą. Nawet kawałek dała radę, ale stok tam, niestety, jest nieczynny i śnieg był dość mokry. Mapa poniosła niewielkie straty, czeka na poprawkę w klejeniu. Jak już wydostaliśmy się na asfalt szybko złapaliśmy stopa i pojechaliśmy do samochodu Joli, a jej samochodem - do samochodu Agaty. Szybko skoczyliśmy do Ustronia na obiad (naleśniki w "Delicjach" - mniam!) i przez przełęcz Kubalonka z postojem w supermarkecie udaliśmy się do schroniska młodzieżowego "Zaolzianka", gdzie powoli rozkręcała się impreza. Na wstępie każdy dostawał numerek, który później wymieniano na losowane prezenty. Śmiesznie było, gdy do każdego prezentu dokładano mapy Kaszub, Mazur czy innego Wciuljeziorza...
Ja dostałem magazyn "Góry" i autograf Oli Dzik pod rozmową z nią zamieszczoną w czasopiśmie. Tu slajdy, tam slajdy, a w międzyczasie kręciła się impreza. Ponieważ coś-tam w domu poczytałem, to postanowiłem się zgłosić do sobotniego prowadzenia. Krótka trasa na Ochodzitą, gdzie mieliśmy strzelić panoramkę. Bóg był łaskawy, widzialność była marna, więc na wyczucie powiedzieliśmy co gdzie i polecieliśmy na piwo grzane, które rozwinęło się w srogie żarcie. Żury, placki ziemniaczane, etc... Ech...! Z knajpy szybka ucieczka do Zaolzianki, część niebieskim szlakiem, a część nie. Brodzenie w mokrym śniegu jest marne... Przynajmniej tak myślę, bo tym razem szedłem na końcu, jako zamek. Po około trzech godzinach i bitwie śnieżnej (śnieg się dobrze kleił, to grzech było nie wykorzystać!) dotarliśmy do Zaolzianki. Tam, oczywiście, zamiast na slajdy trafiliśmy najpierw na piwo, potem na slajdy i licytację dla WOŚP, na której kupiliśmy (jako kurs) kubek kalendarz. O ile kubek się przyda na kawę, o tyle na kalendarzu się podpisaliśmy i sprzedaliśmy dalej, poszedł za około 50zł. Po wszystkich slajdach była, oczywiście, impreza.
W niedzielę spokojnie wróciliśmy na Śląsk. W posiadaniu zdjęć z soboty jest Jola.
A. To takie "egészségedre!" (czyt. "egesszegedre") znaczy po węgiersku "na zdrowie". I to jest jedyne co potrafię powiedzieć w tym języku. ;-)