A tak poważnie, to, czego się nauczyłeś, nie zginie. W życiu bywa różnie i nie wiadomo kiedy co nam się może przydać ...
.
Mam nadzieję, że nie zginie, ale mam też nadzieję, że nie będzie mi to potrzebne.
Nie jesteś zalogowany. Proszę się zalogować lub zarejestrować.
Forum Beskidu Małego » Posty przez marcus
A tak poważnie, to, czego się nauczyłeś, nie zginie. W życiu bywa różnie i nie wiadomo kiedy co nam się może przydać ...
.
Mam nadzieję, że nie zginie, ale mam też nadzieję, że nie będzie mi to potrzebne.
Co bieglejsi (i nie chodzi o prędkość chodzenia) w górach widzą zapewne pewną zbieżność "GPRP" z "GOPR". Otóż "GPRP" wzięło się właśnie po szkoleniu goprowskim, a skrót ów oznacza Górskie Przymusowe Pogotowie Ratunkowe.
Czemuż to przymusowe? Ponieważ, Panie i Panowie, ratowanie to straszna lipa i unikajcie tego, nie tylko jako ratujący, ale i ratowani.
Zaczęło się od tego, że w piątek rano pojechaliśmy do Korbielowa, ponieważ pojechaliśmy jako pierwsi spadł na nas średnio przyjemny obowiązek napalenia w piecu i takich tam. Już w samochodzie stwierdziliśmy, że nie chce nam się w dupówę ciągnąć przez Malorkę i Uszczawne, bo to byłaby sztuka dla sztuki a widoki dodupistyczne (ilość: brak). Wyciągnęliśmy się zatem na Halę Górową i zrobiliśmy swoje, po czym... Rzuciliśmy się spać o godzinie 16:00, na trzy godzinki. Około 19:30 zaczęła się schodzić ekipa, a sam pan goprowiec przypełzł o 20:57, przy wstępnym planie, że zaczynamy o 21:00. Plan zrealizowaliśmy bardzo dobrze, zaczęliśmy się szkolić teoretycznie o 23:00, dwie godziny szybko zleciały i dostaliśmy zadanie specjalne: podzielić się na 5 grup, zrobić improwizowaną deskę ortopedyczną ze wszystkiego, co trafiło na lewe lotnisko na Górowej, tak żeby przenieść osobę z urazem ręki, nogi i kręgosłupa na prawe lotnisko. Przepis: trzy plecaki, odcholery metrów folii do pakowania (tzw. strech), dwie-trzy karimaty, 20m liny, koc, trzy kijki trekkingowe.
Błagam Was, nie każcie mi tego improwizować na zlocie, ale wierzcie mi: da się zrobić z takiego "sprzętu" stabilną dechę ortopedyczną, dzięki której w awaryjnej sytuacji można przenieść kogoś, no... Z noszami to powiedzmy, że pewnie i kilka kilometrów. Przyjemność dla noszących i noszonego wątpliwa.
Najzabawniejszym elementem tego wieczoru było stwierdzenie koleżanki, którą "pakowała" moja grupa. Po zapakowaniu jej w takim stopniu, że rozpakowanie jej wymagało więcej roboty niż zakończenie pakowania stwierdziła, że musi do łazienki. Było to oczywiście obiektem żartów i podśmiechujek przez resztę szkolenia.
Po części oficjalnej, oczywiście, nastąpiła część nieoficjalna, a po niej (ponieważ zapowiedziano wcześniej śniadanie o 8:30...) szybka kima o 4:00.
Sobota zaczęła się od okrzyku: "pobudka!!!", na który śpiący obok mnie kolega odpowiedział pod nosem "pier**lta się...", jednak wszyscy, prędzej czy później, się podnieśli. Zaraz po śniadaniu, o godzinie 11:00 wyszliśmy. Szybki szpil na Buczynkę i tam dostaliśmy kolejne ciekawe zadanie: mieliśmy się dobrać w pary i przeprowadzić się nawzajem po lesie. Niby nic trudnego, ale jedna osoba miała dowodzić werbalnie, a druga iść. Iść polegając tylko na komendach osoby dowodzącej, ponieważ ta pierwsza miała oczy zakryte. Jaja były niesamowite, ale generalnie się udało i wszyscy mieli oczy (ba! Każdy miał swoje!). Na górzej Hali Jodłowcowej wybrani zostali dwaj pozoranci, a reszta ekipy miała uczynić deskę, nosze i iść. Po doświadczeniach dnia wczorajszego wiedzieliśmy jak zrobić dechę i to poszło od ręki, z noszami był większy problem. Stworzyliśmy je z... Sześciu gałęzi, a koleżanka na której je testowaliśmy miała śmierć w oczach w czasie testów, jednak wszyscy żyją i mają się dobrze (trauma pewnie została ;-)). Kolejną atrakcją było przeciągnięcie denata... Ekhm... Przepraszam. Poszkodowanego na skałki przy zielonym szlaku na Halę Miziową. Proponuję rzucić okiem na wschodnią część tej mapy: http://e-gory.pl/index.php/Mapy-online/ … odnia.html i znalezienie tam Buczynki, a na Buczynce Hali Jodłowcowej. Widzicie? Stamtąd do skałek szliśmy ponad godzinę, przedzierając się między innymi przez młodnik i mały wąwóz.
Następnym punktem była chwila zabawy na skałkach, między innymi: jak z dwóch 10-metrowych kawałków liny zrobić uprząż i spuścić się na niej kilka metrów, a dalej tylko przyjemność: kolejny denat... Ekhm. Ofiara. Poszkodowany w sensie trafił w nosze i dostaliśmy zadanie ultraspecjalne: spuścić się z noszami kawał w dół, zrobić trawers _pod_ skałkami, znów się spuścić i potem wyciągnąć nosze na szlak. Jak kiedyś się grupowo udamy w tamte okolice to Was tam przeciągnę...
Do bacówki wróciliśmy na chwilę, zjedliśmy pulpę hawajską (ryż, dużo mięsa, ananas, kukurydza, sos pomidorowy) trochę pogadaliśmy i dalej do boju: tym razem stanęliśmy w sytuacji, że osoba po prostu zaginęła, ale nie wiemy gdzie dokładnie. W okolicy wspomniany wyżej skałek, po około półgodzinnym przeszukiwaniu, trafiliśmy w końcu na leżące denatki... Ekhm, pozorantki, świetne aktorki symulujące uszkodzenia kończyn górnych, wychłodzenie i generalny szok. Chociaż na początku byliśmy skłonni uznać, że jest im coś więcej (upadek z wysokości, etc.), a jeden z kolegów był mocno niezadowolony, że nie budujemy noszy ;-) Też żeby tak łatwo nie było, powtórzyliśmy wcześniejszy rzeźniczy trawers, z dwiema dziewczynami, które co chwilę pozorowały stratę przytomności, ataki paniki i generalnie wszystko co tylko się dało. Zamiast planowanych przez goprowca godziny-półtorej wyszła nam suma tych: 2,5h (ponownie odsyłam do mapy: z bacówki na Górowej do skałek i powrót), następnie pogadaliśmy trochę i chwilę po trzeciej rzuciłem się spać na godzin 6.
W niedzielę (dzisiaj) szybki i nieprzygodowy powrót do domu.
Streszczenie: byłem w górach i się uczyłem ratowania ludzi.
I jeszcze podsumowanie: uważajcie, kurde blaszka. Uważajcie, bo przyjemność dla ratujących wątpliwa, dla ratowanego jeszcze mniejsza.
Jednak trzeba zwrócić uwagę na jedno: to, czego nas (kursu) uczono w czasie tego weekendu zasadniczo w normalnych warunkach nie ma zastosowania, bo w Polsce nawet na największym, przepraszam, zadupiu jak już dodzwonimy się do GOPR to w czasie kilku-kilkunastu godzin dotrze do nas (turystów) pomoc, więc nie czeka nas ciąganie człowieka w noszach improwizowanych przez trzy dni.
Luźna sugestia, że pytanie na forum Beskidu Niskiego będzie lepsze, głównie dlatego, że to ich rejon, Beskid Mały jest trochę na zachód, jakieś 200km... Sugeruję http://www.beskid-niski.pl/
marcus napisał/a:(...) Streszczenie: byłem w górach.
... i trochę zwiedzałem
![]()
Ale tylko trochę! Poza tym i tak miałem plan przejść jakiś nieznany mi kawałek terenu, bo po co szlajać się po znanym terenie? ;-)
@Nena: tutaj zdjąłem z głowy kapelusz i wytwornie nim pomachałem, dając w ten sposób do zrozumienia, że przyjemność po mojej stronie. ;-)
Cześć i czołem!
W ostatni weekend zacząłem maraton wyjazdowy (w najbliższy weekend impreza na orientację, za tydzień szkolenie GOPRowskie, za dwa tygodnie obczajka trasy na Rajd Nocny, za cztery tygodnie wyjazd w Beskid Niski, za pięć tygodni Rajd Nocny, za sześć tygodni - zlot. Mam nadzieję), więc pozwolę sobie co nieco na temat Kwadratlonu.
Co to w ogóle jest Kwadratlon? Otóż, pszępaństwa, jest to ogólnopolski zlot Studenckich i Akademickich Kół Przewodników Różnych - Turystycznych (Gdańsk), Beskidzkich (Katowice, Rzeszów, Warszawa, Lublin, pewnie coś jeszcze), Górskich (Kraków, Gliwice, Óć) i Sudeckich (Breslau. Przepraszam: Wrocław). Poza oczywistą częścią integracyjną jest też dyskusja na temat zadany, w tym roku poruszone zostały między innymi sprawy dotyczące nowego rozporządzenia Ministerstwa Sportu i Turystyki o przewodnikach i pilotach (mówiąc krótko: jest lepiej, ale to i tak bubel prawny, którego głównym zadaniem jest utrudnianie życia ludziom). Ponieważ co roku Kwadratlon organizuje inne Koło, w tym roku był w górach, konkretniej: w Gorcach, jeszcze konkretniej: w paśmie Turbacza, jeszcze konkretniej: niemalże pod Gorcem. W Gosze, zwanej Gorczańską Chatą, zwanej niegdyś "Hawiarską Kolibą".
Moje spotkanie z Kwadratlonem zaczęło się w piątek o 4:30, kiedy to zadzwonił budzik... Moją pierwszą myślą było: "co ja robię, na Boga...!", potem było trochę lepiej. Szybko ogarnąłem co miałem ogarnąć i już o 5:44 siedziałem w busie do Krakowa, tam nastąpiła szybka przesiadka na busa do Rabki Zdroju, gdzie zacząłem się gubić, ale nie uprzedzajmy faktów. W Rabce szybko się odnalazłem niebieski szlak, którym to chciałem dostać się do Koninek. Nawet trochę nim szedłem, niestety marne oznaczenie sprawiło, że szybko szlak poszedł w swoją stronę, a ja w swoją... Jednak i tak pogoda była piękna, Luboń Wielki towarzyszył mi stale, Babia czasami wyzierała zza chmur. Koniec końców wylądowałem całkiem nieźle - na północ od Olszówki, między Szumiącą a Krzyżową, tam szybko złapałem stopa do Olszówki i poszedłem już po szlaku do Poręby Wielkiej, gdzie po posiłku udałem się asfaltem do Koninek (ruch taki, że na stopa nie było siły bo... Nic nie jechało
), tam trwał asfalting na grzbiet. Człowiek, który poprowadził tamtędy drogę był geniuszem, muszę tam trafić z rowerem, bo wygląda to zachęcająco - trudno jest iść, a co tu mówić o rowerze. Żółtym szlakiem wyskakuję do Orkanówki, niestety - jest zamknięte, a mnie goni nie tylko czas, ale i zjedzony jogurt (przez litość oszczędzę Wam szczegółów). Wysyłam kilka ciepłych, gorących wręcz, słów w stronę Sekcji Znakarskiej lokalnego oddziału PTTK i łupię masakryczne podejście na Turbaczyk... Tego dnia nie wziąłem pod uwagę jednej rzeczy, a uświadomiłem sobie ją dopiero pod Turbaczykiem w czasie postoju na kanapkę: po raz kolejny w Gorcach w ciągu jednego dnia zrobię ponad kilometr przewyższenia... Tup-tup-tup, dotarłem na Czoło Turbacza, gdzie absolutnie powalił mnie z nóg widok na Halę Turbacz... Ech, ona mnie zawsze rozczula. W schronisku pod Turbaczem wciągam porcję pierogów ruskich (pani zarzekała się, że są duże. Odnoszę wrażenie, że nie wie co znaczy "duży" pieróg), poprawiam krówkami, czekoladą i kabanosem, a potem udaję się po Halach Wolnica, Wzorowa i Długa pod Jaworzynę Kamieniecką, żeby na rozstaju szlaków udać się na Kiczorę. Tam podejmuję nieudaną próbę przejścia Wierchu Znaki. Niestety, szlak (w przeciwieństwie do innych na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego) oznaczony jest strasznie źle, wracam więc na grzbiet i depczę szlak czerwony, Głównym Beskidzkim zwany. Szybko uznałem, że nie ma sensu deptać go do przeł. Knurowskiej i uciekam na polanę Fiedorówkę, przez którą schodzę bez szlaku do Ochotnicy Górnej Bartoszówki i asfaltuję aż do Szpuntówki, gdzie (już po zmroku) łapię stopa, przyjemni ludzie podwożą mnie pod kościół w Ochotnicy Górnej. Tam szybkie jedzenie i dalej asfaltem przez Jamne do Gorczańskiej Chaty... Tam padam na pysk, ale i tak siedzimy jakoś do 1:00 ;-)
O reszcie imprezy i powrocie wspomnę w dwóch słowach, bo ma niewiele wspólnego z chodzeniem: trochę zabaw integracyjnych, impreza na orientację, pytania na wiedzę o kołach i terenie uprawnień (BTW: mam pomysł zaczerpnięty z tej imprezy i możemy do zrealizować na zlocie), a w niedzielę stopowy powrót z kolegą z Koła.
Streszczenie: byłem w górach.
Bibliografia:
http://e-gory.pl/index.php/Mapy-online/ … Gorce.html - stan na 28 marca 2011.
1. szymskim
2. darkheush (być może + 1)
Jak Bóg da i partia pozwoli (czyt.: jak mnie kobieta nie zabije po siedmiu weekendach z rzędu w górach) to przyjadę, więc:
3. marcus (wstępnie: rowerowo)
Wiesz, Adminie, tak naprawdę to sprawa zawsze rozbija się o towarzystwo, które z najnudniejszego wypadu potrafi zrobić fajną akcję, albo z najciekawszego wypadu na krańce świata totalną dupówę.
@Jola: czasem trzeba. ;-)
@nena: no... Krótko i na temat. ;-)
@Admin: mam nadzieję, że relacja równie ciekawa. :-)
Biwaking ziming, czyli kolejny z wyjazdów kursowych. Tym razem w tzw. Worek Raczański i okoliczności. Ad rem.
Przez jednego z kolegów (zwanego Kijkiem) wyjeżdżamy pociągiem o 11:00. Znaczy... Zaplanowaliśmy, że wyjeżdżamy o 11:00 z Katowic do Soli, a że sam Kijek się nie pojawił to inna sprawa (został później uderzony kijkiem i zrugany werbalnie w słowach, których - przez litość dla uszu. Tfu! oczu PT Czytelnika - nie przytoczę, gdyż wulgarne były wielce[1]). W Pszczynie do mnie, Adama i Roberta dosiadła się Asia i postanowiliśmy... Zmienić trasę. Z zaplanowanego spaceru z Soli na Łysicę i przeł. Kotarz, żeby w Ujsołach spotkać się z resztą ekipy, wysiedliśmy w Milówce i poszliśmy na Boraczy Wierch, gdzie w schronisku napisaliśmy SMSy do kogo się dało: "jak tylko możesz to weź raki, na szlakach rzeźnia". I, prawdziwie, rzeźnia była. Podejście na Halę Boraczą ociekało paniami lekkich obyczajów (często przy pracy[2]), gdyż szlak był cały w lodzie. Przy okazji pooglądaliśmy bardzo urokliwe efekty zeszłorocznych kilku powodzi, osuwiska i takie tam. Z tego co mówił Robert, wynikało że przebieg szlaku się zmienił, podobnie jak położenie mostów... No ale nic to. Wyciągnęliśmy się na Halę Boraczą gdzie postanowiliśmy się uraczyć piwem i żurem, żurem i piwem a potem iść dalej na Redykalny Wierch, skąd delikatnie łupiemy panoramkę, ale bez szału. Na północy wiszą ciężkie chmury i tylko czekamy, aż lunie, a na zachodzie delikatnie jawi się Barania Góra i Skrzyczne w chmurach, ale lekko widoczne. Generalnie: jest ładnie i dobrze. Spokojnie przez Zapolankę idziemy do Ujsoł. Gdy stanęliśmy na Kręcichwostach to ekipa wyjeżdżała z Katowic, co znaczyło, że mamy dużo czasu. Za dużo. Zeszliśmy do Ujsoł czarnym szlakiem, weszliśmy do sklepu, potem poznaliśmy lokalnego ekspunka, Wieśka. Bardzo przyjemny człowiek, poszedł obczaić, czy w knajpie po mordach nie dostaniemy, gdy wrócił i ustalił, że jest spokój poszliśmy na piwo i tam poznaliśmy kolejnego lokalsa - Mariusza. Pijany w sztok góral próbował z nami rozmawiać, ale tak bełkotał, że ledwie co rozumieliśmy, ale myślę że był blisko oświadczyn. Kilka minut po 21:00 przyjechała reszta ekipy, chwila gadania i poszliśmy. Przewodnicy, psia mać, oczywiście się pogubili i zamiast 1h30 do schroniska szliśmy 4h, brał mnie taki fkurf na prowadzącego, że "szczekałem" do wszystkich wkoło... W końcu dotarliśmy, przez chaszcze i inne takie przyjemności. Na Hali Krawculi nie wiało, więc rozstawiony na słowo honoru namiot (cztery śledzie i cztery biednie wbite szpilki [zamiast "nominalnych" 14]), gdyby lekko zawiało to namiot złożyłby się jak domek z kart.
Po szalonych 5h snu (śpiwór nadal daje radę) pobudka w pełnym słońcu, aż chciało się wyjść z namiotu. Było cudnie, koszmar do panoramkowania, zbieraliśmy się jednak jak muchy w smole. Z zaplanowanego wyjścia o 8:30 wyszło wyjście o około 9:20, granicznym (słowackim) szlakiem na przeł. Glinka i dalej, spokojnie w stronę Jaworzyny. Spacer jakiś taki nieszałowy i spokojny. Aż do zejścia z Kaniówki, gdzie pada pierwsza ofiara tego wyjazdu - Ola się wywala i robi sobie ała, jednak nic groźnego, po szybkim opatrzeniu idziemy dalej na Oszus... To jest właśnie moment, kiedy należałoby wyjąć raki i czekany, podejście w śniegu wlecze się strasznie, a zejście to sama przyjemność, póki ktoś nie padnie w śnieg i nie zacznie się turlać ;-) Już po zmroku, kiedy morale pada na ryj a sił brak, gdy znajdujemy pod Świtkową dostaję prowadzenie. Szef uznaje, że wezmę ekipę za mordę i będzie dobrze. Nawet dobrze by mi poszło, gdyby tylko nie ogólny kryzys w grupie (sam ledwie deptałem, a rozpoznanie między osobami padającymi na twarze pokazało, że naprawdę jest marnie) i dodatkowe utrudnienia w postaci zawrotów głowy jednej z koleżanek. Szybko rozparcelowaliśmy jej plecak i została z prawie pustym na plecach, została wyekspediowana do przodu z poleceniem meldowania najmniejszego choćby zawrotu głowy. Podejrzewam, że straty w grupie sprawiłyby, że z ponad 20 punktów, które mam obecnie za prowadzenie, zeszedłbym to -1. ;-) Koniec końców jednak udało się dojść na Rycerzową, gdzie (w ramach obowiązków przewodnickich) dokonałem podziału obowiązków: ten załatwia gar na pulpę oraz negocjuje sprzedanie piwa, ta ogarnia nocleg osób w schronisku i meldunek, że przyszliśmy, grupa zaczyna ciąć kiełbasę na pulpę, a reszta ogarnia prywatne domki, po czym wszyscy idziemy do jadalni schroniskowej i dzielimy się dalej. Pulpę-fasolkę (a w zasadzie kiełbasę) po bretońsku ogarniamy w tipi. Wyszło tego chyba 12 puszek fasoli czerwonej, kiełbasy tyle, że aż się boję myśleć, kilkanaście puszeczek koncentratu pomidorowego i prawie cała torebka pieprzu. Wyszło całkiem zacne. Wróciliśmy do ciepłego schroniska i tam zaczęliśmy gadać o Rajdzie Nocnym. Znaczna cześć szczegółów jest już ogarnięta i zapewniam wszystkich potencjalnie zainteresowanych, że będzie _super_ :-) Około 1:00 wycieczka do śpiworów...
...na szalone 6h30 snu w czasie których budzę się raz, bo zimno mi w nos. ;-) Poranek z poziomu namiotu zapowiada się mało ciekawie, ale jak tylko otwieram "drzwi" namiotu rażą mnie promienie słońca odbijające się od śniegu na hali. Okazało się, że namiot stał w cieniu bacówki ;-) Po śniadaniu zawijam się na dół, bo jak nie trafię do Katowic na 21:00 to do d*py dojadę, a nie do domu. Czarnym szlakiem schodzimy (we czterech) do Soblówki i depczemy asfalt do Ujsoł, gdzie czekamy na autobus-widmo i łapiemy stopa. Błędem strategicznym jest łapanie we trzech (jeden się odłączył, bo spieszył się na pociąg), gdyby nie to, poszłoby znacznie sprawniej, czego dowód dość szybko mieliśmy w Rajczy: łapanie we trzech nie przyniosła skutku, gdy łapałem sam poszło szybko. Państwo podrzucili mnie do Żywca, gdzie w pewnym momencie pojawił się Kijek i busem, a następnie pociągiem, udaliśmy się do Katowic.
Zdjęć, tradycyjnie, nie będzie.
Streszczenie, tradycyjnie: byłem w górach.
Przypisy:
[1] został, między innymi, zwyzywany od wegetarian i warszawskich cyklistów, co na Kursie Mięsnym jest sporym bluzgiem.
[2] "k***a, ja pier**le!"
Ale tutaj w zasadzie nie ma co wielce przybliżać: chcę wleźć na najwyższe szczyty krajów leżących na półwyspie Bałkańskim (w wersji liczonej z Rumunią). Nie wiem jak będzie z czasem, a to jest główny problem nadchodzących wakacji (za dużo planów...) więc wstępnie liczę to na dwa lata. W tym roku może się uda najwyższy z nich - Musała i jakieś pomniejsze. Jak będę wyjeżdżał to będę wrzucał info o planach ;-)
A to też przylezę w ten wątek... Poza wyjazdami kursowymi planuję napad na MSB w wielkim stylu. Zobaczymy czy się uda (głównie problemem jest, wbrew pozorom, czas), pozwolicie, że na razie nie zdradzę szczegółów, powiem tyle: MSB w stylu alpejskim.
Planów wakacyjnych jeszcze niet, choć mam pomysł wyleźć na Musałę, może na Triglav i generalnie zacząć się bawić w "koronę" - Koronę Bałkanów.
Czy zabierasz go na Rogacz?
No... Miałem zabrać, ale ponieważ rozłożyło mnie paskudne grypsko (ledwie dowlekłem się do komputera, a to raptem 10 kroków) to nic z tego :-( Nie mam szczęścia do zlotów :-(
...czyli wiosenno-jesienny obóz zimowy w Beskidzie nie tylko Małym.
Był to kolejny z wyjazdów kursowych, tym razem na pięciodniowy wyjazd na obóz potocznie zwany zimówką. Zapowiedzi były poważne: rakiety ok, narty nie, niewiele piwa i generalnie spina.
Zaczęło się w środę. Wyjazd po ósmej z Katowic. Piękne słońce, w Katowicach zero śniegu, a wcześniejsze rozpoznanie pozwoliło mi z czystym sumieniem zostawić rakiety w domu. Kurzą się i wygląda, że się pokurzą do następnej zimy. :<
Jedzie nas niewiele, raptem osiem osób. Prowadzący wyjazd dosiada się dopiero w Bielsku, skąd jedziemy dalej do Żywca. W Żywcu na dworcu dostaję prowadzenie... Zatem kilka słów o Żywcu, wyznaczamy zamka, liczymy się i wio na autobus. Szczęśliwie w Żywcu się nie pogubiliśmy, w autobusie też nie. Na czuja wyłazimy na Łyskę, gdzie łupiemy panoramkę... Łupiemy i łupiemy. Chyba sześć osób powtarza panoramę, bo ma być metodycznie, tak żeby największy gupielok wiedział o którą górę chodzi. Jednym idzie lepiej (na przykład mnie, nie chwaląc się), innym gorzej, ale generalnie dajemy radę. Adam zaczyna wszędzie widzieć Jałowce ("to jest Jałowiec! A nie... Czekaj... Tamto! A może nie... Wiem, na 100% tamto!"), co już niedługo stanie się obiektem żartów, szczególnie na Jałowcu. Dalej schodzimy na Przełęcz Rychwałdzką, żeby wdrapać się na pipanty terenu uprawień, pokroju Ostrego Gronia, a na Przełęczy Ślemieńskiej dołącza do nas Marcin, zwany powszechnie Kijkiem (co również stanie się obiektem żartów, gdyż wraz z Marcinem przyjechała jego dziewczyna, więc zdanie "gdzie są moje kijki?" wywoływało zawsze uśmiech na twarzach
). Stamtąd udajemy się na Bąków i już żółtym szlakiem przez Bigoskę na Garlejów Groń, skąd ponownie (przymarzając do map) łupiemy panoramkę. Srogim chaszczem, pod przewodnictwem Kijka, schodzimy do Pewli Wielkiej, gdzie popełniamy błąd strategiczny: kupujemy tylko jedno piwo. Znaczy... Każdy po jednym, spokojnie (Darek... Mam nadzieję, że masz mocne serce i doczytałeś, że każdy po jednym). Następnie wyciągamy się na Łosek, a stamtąd już mocno po zmroku do chatki na Lasku. Klimatyczne miejsce, bardzo przyjemne, choć momentami wkur*iała nas (staruchów) młodzież tam imprezująca. Robimy pulpę na winie (co się nawinie to do gara), pijemy po piwie, trochę drzemy ryje do gitary, po czym udajemy się spać. Załogę młodzieży co chwilę uspokaja Lesiu, lokalny chatar ("zamknij ryj, kur*a!", "w dupie mam, że masz uje*any śpiwór, masz kur*a spać, bo jest cisza nocna!", "jeszcze trochę i wam tam jeb*ę polanem!"). Szacun za bezkompromisowość.
Czwartek wita mnie mroźną wycieczką do toalety (poddrzewnej). Czynimy kawę, śniadanie i wyłazimy. A w zasadzie to złazimy. Na pałę do Koszarawy. Tutaj łapiemy kolejnego towarzysza. Państwo Kijkowie mianowicie postanowili kupić sobie ciastka francuskie, do których dobrał się miejscowy pies-włóczęga, mimo że Groźny Kijek postanowił go pogonić, pies uznał to za przejaw przyjaźni i poszedł z nami. Z Lachów Gronia robimy panoramkę na Beskid Mały. Gdy Herman, prowadzący wyjazd, zobaczył na moim ramieniu naszywkę "Forum Beskidu Małego" stwierdził, że co jak co, ale nikt inny tego lepiej nie zrobi. Tak po prawdzie to trochę na czuja wskazywałem kolejne szczyty, ale jakoś poszło. Widzialność bardzo dobra, więc od ręki można było każdy pipant wskazać, więc teraz już wiem: Kościelec, Jaworzyna, Wielka Cisowa Grapa. Rozpieprzamy też panoramkę w drugą stronę (ponownie: "ma być metodycznie!"), na Żywiecki oraz wystające resztki Małej Fatry. Ponownie panoramką dostaje się każdemu. Chyba po godzinie (!) zaczynamy zejście na Czerniawę Suchą. Po drodze jednak spotykamy jezioro. Zamarznięte. I prowokacja w moim wydaniu okazuje się być skuteczną: "Adam, patrz! Zamarznięte i wytrzymałe!", na co Adam wszedł na lód, chwilę po nim pochodził a gdy przyszła reszta ekipy zaczął po nim podskakiwać ze słowami: "patrzcie, tam się jakieś bąbelki robią, ale jest wytrzymały!". Po tych słowach Adam zapadł się o pół metra i stał chwilę (sekundę-dwie) w tej kałuży po kolana. Szybko otrzeźwiał i wyskoczył. Dobre buty (polecamy Meindl) chłop ma, to niewiele się górą nalało tylko. Śmiechu było co niemiara, nawet Adam się z tego śmiał, szczególnie gdy później na widok jakiejkolwiek kałuży padało: "Adam! Patrz! Kałuża!". Z Czerwniawy Suchej przez Przełęcz Suchą wyszliśmy na Jałowiec, gdzie ponownie godzinę łupaliśmy panoramę. Godzinę. A potem w wiacie na Jałowcu zaczął się "taniec" pingwinów cesarskich, bo warunki były iście arktyczne. Jedyny zimowy aspekt obozu zimowego (poza nazwą, rzecz jasna). Szybki szpil na Przełęcz Cichą, gdzie bezskutecznie poszukiwaliśmy fundamentów niemieckiej strażnicy z czasów drugiej wojny (postawię tezę, że głównym powodem fiaska była ciemność ;-)), a potem to już tylko do pensjonaciku na Adamach. Tfu! Do chatki. Pod Solniskiem nawet (a powinno być: "pod Solniskami"), gdzie czekała na nas reszta ekipy. Machnęliśmy pulpę i kima, bo na Adamach piwa niet...
Piątek wita nas żeglarską pogodą: woda i wiatr. Aż się z chatki nie chce wychodzić. I długo próbujemy przekonać szefową, że wychodzenie z chatki nie ma sensu, że będziemy jej podawać herbatę i rozpieprzymy panoramkę z okna. A nawet ze wszystkich okiem. Jest nieugięta, więc wychodzimy, szczęśliwie na lekko - powrót będzie do chatki. Na dobry początek gubimy jedną osobę, ale szybko się sama odnajduje. Wychodzimy na Chrząszczową Górę, żeby potem z niej zejść i zdobyć Bacową Przełączkę praktycznie od poziomu Lachowic, a potem udać się na Capią Górkę, skąd zeszliśmy już spokojnie do Krzeszowa (szefowa odpuściła nam Żurawnicę) i asfalting do Stryszawy, skąd złapaliśmy busa do Lachowic. Tam szybkie zakupy, ogarnięcie ostatnich kwestii logistycznych do piątkowej pulpy carbonara oraz żarcia na następne dwa dni. Szybki powrót do chatki i zamiast panoramek męka z grzbietówkami, która szybko się kończy bo wszyscy głodni. I teraz: pulpa carbonara, proporcje dla 20 osób:
-3kg makaronu
-trzy stołowe łyżki soli
-14 jajek
-kilogram śmietanki (30%)
-400 gramów parmezanu
-15 gramów bazylii
-8 gramów oregano
-20 gramów pieprzu
-1,5kg boczku
-250ml oliwy z oliwek
Taka porada praktyczna, jak to w moich relacjach. Żeby przygotować taką pulpę trzeba około godziny, do jej stworzenia potrzeba dwóch chłopa i przynajmniej jednej drobnej kobietki (jeden trzyma gar z makaronem, drugi dzierży warzechę i miesza, drobna kobietka powoli wlewa sos). Potem to już tylko tańce, hulanki i swawole. ;-)
Sobota też wina nas opadem. Tym razem - opadem śniegu. Gdy się obudziliśmy (dzięki genialnemu Markowi 40 minut później niż planowaliśmy), śnieg porządek padał, niestety szybko mu przeszło i, ku naszemu zdziwieniu, zamienił się w piękne słońce, które towarzyszyło nam do końca wyjazdu. Na dobry początek Marek poszedł dobrym szlakiem, ale w złym kierunku, co jednak w żaden sposób nie przeszkodziło mu w zgubieniu szlaku i zamiast w stronę Przełęczy Hucisko poszliśmy w stronę Adamów ponownie... Jednak nic to, jakoś w końcu trafiliśmy na szlak i na przełęcz, pogoda była wyśmienita, a szefostwo oszczędziło nam panoramek. Aż do podejścia na Gachowiznę, gdzie nastąpiła kolejna prowokacja w stosunku do Adama: "Adam, to nie jest Jaworzyna, to jest Mędralowa jak BYK!" stwierdziła Agnieszka-przewodniczka, na co Adam rezolutnie odpowiedział: "anienienie! To jest Jaworzyna i daję za to głowę!". Jak się okazało, Adam miał rację, a dziewczyny (Aga i Ania) robiły tylko ordynarną prowokację, ponieważ później było: "dobra, to teraz metodycznie: gdzie jest Mędralowa?". W Ślemieniu dopadliśmy knajpę, gdzie zeżarliśmy co nieco i wypiliśmy po piwie, a drugie (a w zasadzie to trzecie tego dnia, bo jedno w sobie, a drugie w plecakach) kupiliśmy w zamykającym się Hillu w Ślemieniu. Czarnym szlakiem oraz chaszczem udaliśmy się na Gibasówkę, gdzie wypiliśmy piwo, stworzyliśmy pulpę rybną. Staszek jakoś niechętnie na to patrzył, podobnie jak na grzane wino. Chwilę pogadaliśmy i ciepliśmy się spać, bo pobudka miała nastąpić srodze...
...ale nastąpiła dopiero o 8:00. Widzialność nas zabiła: Tatry, Fatra na wyciągnięcie ręki, Beskidy wszelakie jak okiem sięgnąć...! Pięknie! Panoramka ciągnęła się nieludzko... Na Czarnych Działach dostałem prowadzenie, żeby z Patykowej Polany strzelić małą panoramę na Potrójną, Wielką Bukową, Złotą Górę i Bukowski Groń, a następnie poprzedstawiać panoramę z Przłęczy Płonnej. Doszliśmy do Zamczyska (robi wrażenie!) i tam się odłączyliśmy w składzie osób czterech: Asia, Ania, Magda i ja. Magda odłączyła się przy DW 946 i poszła do Żywca, a Asia, Ania i ja złapaliśmy stopa - małżeństwo jadące do Gliwic (mam szczęście do stopów, nie ma co!), z Anią wysiedliśmy w Bieruniu i stopem (czwarty samochód jaki koło nas przejechał) do Imielina, a dalej autobusem miejskim do domów. Mnie powrót kosztował 4,50zł :-)
Streszczenie: byłem w górach.
Dobra, a ja robię konkurencję do trasy Darka: wyjazd o 9:00 z dworca autobusowego, autobusem w kierunku Czernichowa do Międzybrodzia Bialskiego, trasa bez zmian.
Brombella napisał/a:@Akall, wleczemy ze sobą pierdziworek, ognistą wodę i stopery, bo Ufok chrapie
a żarcie?!?!?! przecie muszę coś żreć!!! czy mam żyć chwilą i widokami?
Alkohol ma dość dużo kalorii... ;-)
Darku T. - czy na dworcu PKP w BB można się gdzieś zatrzymać samochodem?
Z tego co wiem to przy samym dworcu może być biednie, ale jak pokombinujesz po starym Bielsku to coś znajdziesz.
Organizatorze, czy trzeba ciągnąć ze sobą jakąś matę, czy można w to miejsce wsadzić do plecaka (jeszcze) dwa piwa?
Piotrze: jest lajtowa póki czegoś nie popieprzę i nie trafię przypadkiem na Straconkę :-P
marcus jak zawsze przechyla szalę w stronę EXTRRREMUM
E, nie... Znaczy... Jakby Darek i Kaper się ze mną wybierali to mogłoby być ekstremalnie przez wzgląd na spożyte po drodze piwo :-P
O, a ja machnąłem mapkę dotarcia na zlot. Proszę się zapoznać i poinformować mnie, czy by kto nie chciał się wybrać taką pochrzanioną trasą.![]()
A ja skoczę przez Nowy Świat i Przegibek, chyba że napadnie mnie, co by coś machnąć bez szlaku. No i cały czas zanoszę do wszystkich bóstw modlitwy o śnieg, bo nowiutkie rakiety mi się w szafie kurzą :-(
@nena: nie tylko po ścieżkach. Po bezścieżach też... ;-)
@Jolanta, Admin i baca: dzięki :-)
@Jolanta: może nie ze śmiertelnie poważną miną, ale nie piszę swoich relacji w celach satyrycznych (poza elementami związanymi z PKP ;-))
@Piotr: bo ja czegoś takiego szczerze nienawidzę, że skrobię relację, skrobię, a ktoś przyłazi i pół-żartem, pół-serio wrzuca prośbę o streszczenie, no.
Ech... Ja tam byłem drugi raz w ciągu trzech miesięcy, a w sumie to po raz czwarty i polecam zawsze wszystkim, szczególnie jak ktoś mi mówi: "no, żeby tak... Ładnie było!", wysyłam wtedy zawsze w Pieniny i Beskid Sądecki, Gorce też dają radę (ale trochę małe są i niektóre kawałki szlaków znam powoli na pamięć...)
A jak dobrze trafić na Wysokiej to panorama taka, że pół dnia nie starczy, żeby ją opisać. W listopadzie trafiła nam się wyżowa żyleta, widzialność prawie 200km! Babia i Pilsko to tam... Było widać wschodnisłowacki Vihorlat i to dopiero był szok! Na Tatrach można było każdy pipancik rozpykać, Bieszczady i Beskid Niski wyzierały na wschodzie... Ech!
Streszczenie: byłem w górach.
Historia pewnej miłości, czyli o poznaniu się z załogą spod Bereśnika. Tak brzmi pełny tytuł.
W środę, dnia drugiego miesiąca też drugiego udałem się pociągiem do Piwnicznej Zdroju. Pociąg wyjeżdżał o nieludzkiej 5:52, więc na dworzec trafiłem nieco wcześniej, jednak i tak z założeniem, że się spóźni, bo to pociąg relacji Gdynia Główna Osobowa - Krynica Zdrój. Ku mojemu poważnemu zdziwieniu, pociąg pojawił się raptem z 2-minutowym opóźnieniem, a ze spodziewanej "rzeźni" wyszło tyle, że w Jaworznie Szczakowej ze mną w wagonie (!!!) było osiem osób... Coś mi tu zaczynało śmierdzieć, no to przecież to PKP, instytucja za długiego składu tu nie istnieje. A jednak...
Do Piwnicznej pociąg dotarł z 20-minutowym opóźnieniem (ufff!), szybkie zakupy, szukanie szlaku i do boju, łapać stopa, bo co będę asfalt deptał. Po 30 minutach spaceru (w temperaturze około -6 stopni) zatrzymała się pani, która podrzuciła mnie zdrowo za dom, do którego jechała, ale "ludziom trza pomagać" jak sama powiedziała, w ten sposób 1h45' szlaku załatwiłem w 40 minut, miałem więc czas na myślenie i jedzenie. Jedzenie w bacówce pod Obidzą. Oj, polecam tamtejsze pierogi wiejskie (z kaszą gryczaną i mięsem)! Tylko żeby się porządnie najeść to by trzeba zjeść półtorej porcji. Przy cenie 9zł za 9 pierogów można sobie pozwolić. Spod Obidzy wyszedłem w stronę przełęczy Rozdziela. Dość szybko okazało się, że przyszły przewodnik się nie gubi. On zwiedza. Zamiast dojść do przełęczy Gromadzkiej i tam wejść na niebieski szlak, odbiłem bez większego zastanowienia na szlak zielony. Na Eliaszówkę. I nawet minąłem narciarską tabliczkę z napisem "Eliaszówka 3km ->", a potem jeszcze jedną: "Eliaszówka 1,5km ->". Na Eliaszówce stwierdziłem, że chyba idę w złą stronę, kiedy skonfrontowałem tę teorię z mapą uderzyłem głową w śnieg (nie polecam, można sobie głowę rozwalić, przytomność stracić, zamarznąć albo szram na mordzie się nabawić. Śniegu było po kostki raptem), siorbnąłem herbaty i począłem poznawanie szlaku w kierunku przeciwnym. Największą radość z tego miały psy, które postanowiły mnie poobszczekiwać w przysiółku Niedźwiedzie (dobrze, że tylko psy, a nie niedźwiedzie). Spokojnie wróciłem na przełęcz Gromadzką, gdzie odbiłem już na poprawny, niebieski szlak, w stronę przełęczy Rozdziela. Szlak bardzo ładny, pewnie gdyby widzialność się nie zrąbała to byłby jeszcze ładniejszy. Jednak dość trudny orientacyjnie. Generalnie tamtejsze oddziały PTTK poważnie olewają znakowanie szlaków, co w dobie wycinki drzew bywa problemem (a poważnym problemem okazało się dwa dni później, ale nie uprzedzajmy faktów). Z przełęczy Rozdziela zszedłem do Jaworek żółtym szlakiem, po drodze spotkałem grupę Anglików na rakietach (warunków na rakiety absolutnie nie było), ale co kto lubi. Zamieniłem z nimi kilka słów i poszedłem dalej, obserwować resztki łemkowskiej wsi Biała Woda oraz rezerwat geologiczny o tej samej nazwie (tutaj porada praktyczna: gdybyście trafili do Szczawnicy na jakiś dłuższy wypoczynek do skoczcie do Jaworek, przejdźcie żółtym szlakiem na Rozdzielę a potem granicznym na Durbaszkę przez Wysoką. Trasa na 4-5 godzin, piękna!). Ponieważ szlak przerodził się w deptanie asfaltu postanowiłem łapać stopa, a jakże. Udało się i ponownie skróciłem sobie przejście, z 45 minut do 25. Z Jaworek miałem masterplan dostać się do Szczawnicy, wciągnąć drugi tego dnia obiad i wyjść do bacówki pod Bereśnikiem. Masterplan okazał się trudniejszy w realizacji niż mogłoby się wydawać, bo bus o 16:00 postanowił mnie olać. Bus o 16:25 podobnie, a stop nie chciał się złapać. W końcu złapała się para narciarzy z Kielc, opowiedziałem im trochę o Rusi Szlachtowskiej, o Białej Wodzie i w chwilę byłem w Szczawnicy, gdzie mój masterplan nabierał kształtów. Tym razem były to kształty kotleta schabowego z ziemniaczkami i zestawem surówek. Tutaj polecam jadłodajnię... Hm... Ona się chyba "pod sierkierami" nazywa. Po zmroku płacę i wychodzę na żółty szlak do Bacówki. Ponownie: trochę jestem zamyślony i najpierw się gubię... Ee... Zwiedzam, a potem postanawiam, że przejście bez szlaku będzie szybsze. Oczywiście, że było... Gdy docieram do Bacówki nie ma tam nikogo poza obsługą (trzy osoby, pies i kot). Dostaję wrzątek, dostaję ciasto i łóżko. Chwilę gadam z opiekunem, a potem przychodzi jakiś jeszcze jeden człowiek. Mówi się trudno... Chwilę gadam z panem, który okazuje się być dość poważnym podróżnikiem i górołazem. Dość szybko rzucam się spać, bo poprzedniej nocy spałem 3h30' plus ze dwie godziny w pociągu.
Czwartkowy poranek budzi mnie cudownym widokiem na Tatry Bielskie, Beskid Sądecki i Pieniny... Ech! Pakuję się i zwlekam na śniadanie. Postanawiam oszczędzaj swoją żywność i inwestuję w podbereśnikową wyżerę: jajecznica na boczku ("nie mamy boczku, ale mogę ci wkroić kiełbasy") i tosty z oscypkiem. Do tego niewielkie wiaderko herbaty i myślałem, że nie wstanę od stołu. No i ten widok... No ale nic, trza się ruszać, bo Łącko do mnie samo nie przyjdzie. Przez Cieluszki i Kotelnicę docieram do Dzwonkówki, gdzie robię chwilę przerwy. Generalnie dzień miał być raczej leniwy. Próbuję rozkminić panoramkę, ale jakoś nie chce mi się sięgać po mapę, co tam widzę to sobie opisuję. Pogoda nadal dopisuje. Na Dzwonkówce prace leśne, ale delikatne, niemniej nie zamierzam słuchać piły mechanicznej. Wystarczy, że niesie się po górach. Szlak mi się straszliwie ciągnie pod Błyszcz, gdzie czas na kolejną przerwę herbaciano-kaloryczną, a kolejną tuż przed samą Okrąglicą Północną. Tutaj też trzeba uważać, szlak jest średnio oznaczony. Około 16:00 schodzę do Łącka. Przeprawiam się przez Dunajec łódką wątpliwej jakości (ale przynajmniej przewoźnik był trzeźwy, co się ponoć często nie zdarza) i szybko zakładam, że gdzie kościół tam rynek, a na rynku miałem nocleg załatwiony u znajomego. Okazało się to jednak nie być prawdą. Otóż, w Łącku gdzie kościół, tam ulica Kościelna, a rynek swoją drogą. Pytanie w sklepie i już jestem. Miałem jeszcze skoczyć do Izby Regionalnej, ale głód wziął górę. Za poleceniem Leszka i jego brata poszedłem do Oberży. Tutaj również polecam pierogi. Jednak knajpa ma swój klimat. Gdy otworzyłem drzwi rozmowy zamilkły i wszyscy popatrzyli na mnie. Podchodzę na baru, przychodzi chwiejnym krokiem barman:
-co dla pana?
-yyy... Zjadłbym coś!
-a co?
-jakieś pierogi?
-są.
-a z czym?
Tutaj barman odchodzi i krzyczy do kuchni: "Krysiaaaaa! Z czym mamy pierogi?", pani Krysia odkrzykuje: "z mięsem... Z kapustą i grzybaaaaami... Z owocami...!"
-to z owocami!
-co?
-pierogi z owocami proszę. I piwo.
-jakie?
-lane.
I wszystko wróciło do normy. Pierogi chwilę się gotowały, a ja w tym czasie posłuchałem miejscowych rozmów. W pamięć zapadła mi opinia na temat byłego wójta, pana Franciszka. Cytuję "no, komunista był, nie powiem. Ale dobry, a nie skurwysyn jak reszta. Dobrze chciał!". Rozmowy miały poważny rozrzut tematyczny, od polityki lokalnej do ogólnoświatowej. I pewnie skupiałbym się na nich jeszcze trochę, gdyby mnie sumienie nie ruszyło, że skoro mam dostać obiad, to wypadałoby do niego ziemniaki obrać (u Leszka w domu). Obrałem, pogadaliśmy chwilę, wypiliśmy piwo, drugie, trzecie... Stwierdziliśmy, że pada śnieg, więc pora do wora. Śpi-wora.
Piątkowy poranek szybko mija, pakuję bety, robię herbatę i sio na przystanek PKSu. Próba zaoszczędzenia 2,50zł na bilecie spełza na niczem (czyt.: nici ze stopa), więc kupuję bilet do Rzeki (ekhm... Do Tylmanowej-Rzeki), gdzie szybko czynię zakupy i do boju, gubić się w paśmie Lubania! To jest dopiero rzeźnia. Najpierw prawie trzy godziny ciągłego podejścia na wyczucie, ale 850m w pionie czuć w nogach. Około 13:30 staję na Lubaniu, oglądam resztki panoramy Tatr, ale szybko się stamtąd zwijam, bo wieje jak diabli. Czerwony szlak (Główny Szlak Beskidzki!) oznaczony jest makabrycznie. Rozejścia ścieżek bez znaków, no generalnie: rzeźnia. W pewnym momencie zaczynam schodzić, jak wynikało z mapy, w stronę Kluszkowców przez Łysą Górę (co to z łysością ma tyle wspólnego co ja). Co to, to nie. Jest 14:30, jest dość zimno, a ja jestem w czarnej dupie. Postanawiam zejść do Ochotnicy i asfaltować na przełęcz Knurowską, gdzie mam nocleg. Ku mojemu poważnemu zdziwieniu trafiam jednak na szlak i dalej depczę czyjeś ślady. Już nie tylko w duchu przeklinam PTTK o. Krościenko n/Dunajcem, bo znakowanie tego szlaku pamięta wczesnego Gierka, a drzewostan od tamtego czasu nieco się zmienił. Około 16:00 dopada mnie kryzys seksualno-turystyczny ("pier*olę te góry!"), ale depczę dalej w przekonaniu, że jeszcze godzina, może półtorej. O 18:30 docieram do Studzionek, już planuję tam zostać, ale absolutnym przypadkiem znajduję szlak, którym mam dotrzeć na przełęcz Knurowską, więc resztkami sił wlokę się dalej. Po drodze pada mi czołówka, w absolutnych ciemnościach wymieniam baterie. Niby jestem przyzwyczajony do chodzenia nocą po górach, ale nie samemu ;-) Około 19:30 staję na przełęczy, gdzie widzę "znak": "Noclegi 500m". Myślę sobie, że to o 500m za dużo i z dwoma krótkimi przystankami po drodze wlokę się dalej. 1300m w pionie jednego dnia to stanowczo za dużo jak dla mnie. W pensjonacie gotuję obiad, deser i wiaderko herbaty, rzucam okiem na mapę...
...po to, żeby w sobotę o poranku stwierdzić, że jednak źle się czuję, mam zakwasy a do tego wiatr się nie uspokoił. Wracam więc do domu. To jakieś fatum, bo drugi raz śpię na przełęczy Knurowskiej i drugi raz wracam stamtąd z gór... Swoją drogą, drugi raz stopem. Najpierw dwóch młodych góroli mnie podwozi do Nowego Targu, a potem para z Olsztyna zawozi mnie niemalże pod dom.
Zdjęć, tradycyjnie, niet. I gratuluję wszystkim, którzy dotarli do tych słów. ;-)
Forum Beskidu Małego » Posty przez marcus
[ Wygenerowano w 0.051 sekund, wykonano 5 zapytań ]