Temat: Historia pewnej miłości...
Historia pewnej miłości, czyli o poznaniu się z załogą spod Bereśnika. Tak brzmi pełny tytuł.
W środę, dnia drugiego miesiąca też drugiego udałem się pociągiem do Piwnicznej Zdroju. Pociąg wyjeżdżał o nieludzkiej 5:52, więc na dworzec trafiłem nieco wcześniej, jednak i tak z założeniem, że się spóźni, bo to pociąg relacji Gdynia Główna Osobowa - Krynica Zdrój. Ku mojemu poważnemu zdziwieniu, pociąg pojawił się raptem z 2-minutowym opóźnieniem, a ze spodziewanej "rzeźni" wyszło tyle, że w Jaworznie Szczakowej ze mną w wagonie (!!!) było osiem osób... Coś mi tu zaczynało śmierdzieć, no to przecież to PKP, instytucja za długiego składu tu nie istnieje. A jednak...
Do Piwnicznej pociąg dotarł z 20-minutowym opóźnieniem (ufff!), szybkie zakupy, szukanie szlaku i do boju, łapać stopa, bo co będę asfalt deptał. Po 30 minutach spaceru (w temperaturze około -6 stopni) zatrzymała się pani, która podrzuciła mnie zdrowo za dom, do którego jechała, ale "ludziom trza pomagać" jak sama powiedziała, w ten sposób 1h45' szlaku załatwiłem w 40 minut, miałem więc czas na myślenie i jedzenie. Jedzenie w bacówce pod Obidzą. Oj, polecam tamtejsze pierogi wiejskie (z kaszą gryczaną i mięsem)! Tylko żeby się porządnie najeść to by trzeba zjeść półtorej porcji. Przy cenie 9zł za 9 pierogów można sobie pozwolić. Spod Obidzy wyszedłem w stronę przełęczy Rozdziela. Dość szybko okazało się, że przyszły przewodnik się nie gubi. On zwiedza. Zamiast dojść do przełęczy Gromadzkiej i tam wejść na niebieski szlak, odbiłem bez większego zastanowienia na szlak zielony. Na Eliaszówkę. I nawet minąłem narciarską tabliczkę z napisem "Eliaszówka 3km ->", a potem jeszcze jedną: "Eliaszówka 1,5km ->". Na Eliaszówce stwierdziłem, że chyba idę w złą stronę, kiedy skonfrontowałem tę teorię z mapą uderzyłem głową w śnieg (nie polecam, można sobie głowę rozwalić, przytomność stracić, zamarznąć albo szram na mordzie się nabawić. Śniegu było po kostki raptem), siorbnąłem herbaty i począłem poznawanie szlaku w kierunku przeciwnym. Największą radość z tego miały psy, które postanowiły mnie poobszczekiwać w przysiółku Niedźwiedzie (dobrze, że tylko psy, a nie niedźwiedzie). Spokojnie wróciłem na przełęcz Gromadzką, gdzie odbiłem już na poprawny, niebieski szlak, w stronę przełęczy Rozdziela. Szlak bardzo ładny, pewnie gdyby widzialność się nie zrąbała to byłby jeszcze ładniejszy. Jednak dość trudny orientacyjnie. Generalnie tamtejsze oddziały PTTK poważnie olewają znakowanie szlaków, co w dobie wycinki drzew bywa problemem (a poważnym problemem okazało się dwa dni później, ale nie uprzedzajmy faktów). Z przełęczy Rozdziela zszedłem do Jaworek żółtym szlakiem, po drodze spotkałem grupę Anglików na rakietach (warunków na rakiety absolutnie nie było), ale co kto lubi. Zamieniłem z nimi kilka słów i poszedłem dalej, obserwować resztki łemkowskiej wsi Biała Woda oraz rezerwat geologiczny o tej samej nazwie (tutaj porada praktyczna: gdybyście trafili do Szczawnicy na jakiś dłuższy wypoczynek do skoczcie do Jaworek, przejdźcie żółtym szlakiem na Rozdzielę a potem granicznym na Durbaszkę przez Wysoką. Trasa na 4-5 godzin, piękna!). Ponieważ szlak przerodził się w deptanie asfaltu postanowiłem łapać stopa, a jakże. Udało się i ponownie skróciłem sobie przejście, z 45 minut do 25. Z Jaworek miałem masterplan dostać się do Szczawnicy, wciągnąć drugi tego dnia obiad i wyjść do bacówki pod Bereśnikiem. Masterplan okazał się trudniejszy w realizacji niż mogłoby się wydawać, bo bus o 16:00 postanowił mnie olać. Bus o 16:25 podobnie, a stop nie chciał się złapać. W końcu złapała się para narciarzy z Kielc, opowiedziałem im trochę o Rusi Szlachtowskiej, o Białej Wodzie i w chwilę byłem w Szczawnicy, gdzie mój masterplan nabierał kształtów. Tym razem były to kształty kotleta schabowego z ziemniaczkami i zestawem surówek. Tutaj polecam jadłodajnię... Hm... Ona się chyba "pod sierkierami" nazywa. Po zmroku płacę i wychodzę na żółty szlak do Bacówki. Ponownie: trochę jestem zamyślony i najpierw się gubię... Ee... Zwiedzam, a potem postanawiam, że przejście bez szlaku będzie szybsze. Oczywiście, że było... Gdy docieram do Bacówki nie ma tam nikogo poza obsługą (trzy osoby, pies i kot). Dostaję wrzątek, dostaję ciasto i łóżko. Chwilę gadam z opiekunem, a potem przychodzi jakiś jeszcze jeden człowiek. Mówi się trudno... Chwilę gadam z panem, który okazuje się być dość poważnym podróżnikiem i górołazem. Dość szybko rzucam się spać, bo poprzedniej nocy spałem 3h30' plus ze dwie godziny w pociągu.
Czwartkowy poranek budzi mnie cudownym widokiem na Tatry Bielskie, Beskid Sądecki i Pieniny... Ech! Pakuję się i zwlekam na śniadanie. Postanawiam oszczędzaj swoją żywność i inwestuję w podbereśnikową wyżerę: jajecznica na boczku ("nie mamy boczku, ale mogę ci wkroić kiełbasy") i tosty z oscypkiem. Do tego niewielkie wiaderko herbaty i myślałem, że nie wstanę od stołu. No i ten widok... No ale nic, trza się ruszać, bo Łącko do mnie samo nie przyjdzie. Przez Cieluszki i Kotelnicę docieram do Dzwonkówki, gdzie robię chwilę przerwy. Generalnie dzień miał być raczej leniwy. Próbuję rozkminić panoramkę, ale jakoś nie chce mi się sięgać po mapę, co tam widzę to sobie opisuję. Pogoda nadal dopisuje. Na Dzwonkówce prace leśne, ale delikatne, niemniej nie zamierzam słuchać piły mechanicznej. Wystarczy, że niesie się po górach. Szlak mi się straszliwie ciągnie pod Błyszcz, gdzie czas na kolejną przerwę herbaciano-kaloryczną, a kolejną tuż przed samą Okrąglicą Północną. Tutaj też trzeba uważać, szlak jest średnio oznaczony. Około 16:00 schodzę do Łącka. Przeprawiam się przez Dunajec łódką wątpliwej jakości (ale przynajmniej przewoźnik był trzeźwy, co się ponoć często nie zdarza) i szybko zakładam, że gdzie kościół tam rynek, a na rynku miałem nocleg załatwiony u znajomego. Okazało się to jednak nie być prawdą. Otóż, w Łącku gdzie kościół, tam ulica Kościelna, a rynek swoją drogą. Pytanie w sklepie i już jestem. Miałem jeszcze skoczyć do Izby Regionalnej, ale głód wziął górę. Za poleceniem Leszka i jego brata poszedłem do Oberży. Tutaj również polecam pierogi. Jednak knajpa ma swój klimat. Gdy otworzyłem drzwi rozmowy zamilkły i wszyscy popatrzyli na mnie. Podchodzę na baru, przychodzi chwiejnym krokiem barman:
-co dla pana?
-yyy... Zjadłbym coś!
-a co?
-jakieś pierogi?
-są.
-a z czym?
Tutaj barman odchodzi i krzyczy do kuchni: "Krysiaaaaa! Z czym mamy pierogi?", pani Krysia odkrzykuje: "z mięsem... Z kapustą i grzybaaaaami... Z owocami...!"
-to z owocami!
-co?
-pierogi z owocami proszę. I piwo.
-jakie?
-lane.
I wszystko wróciło do normy. Pierogi chwilę się gotowały, a ja w tym czasie posłuchałem miejscowych rozmów. W pamięć zapadła mi opinia na temat byłego wójta, pana Franciszka. Cytuję "no, komunista był, nie powiem. Ale dobry, a nie skurwysyn jak reszta. Dobrze chciał!". Rozmowy miały poważny rozrzut tematyczny, od polityki lokalnej do ogólnoświatowej. I pewnie skupiałbym się na nich jeszcze trochę, gdyby mnie sumienie nie ruszyło, że skoro mam dostać obiad, to wypadałoby do niego ziemniaki obrać (u Leszka w domu). Obrałem, pogadaliśmy chwilę, wypiliśmy piwo, drugie, trzecie... Stwierdziliśmy, że pada śnieg, więc pora do wora. Śpi-wora.
Piątkowy poranek szybko mija, pakuję bety, robię herbatę i sio na przystanek PKSu. Próba zaoszczędzenia 2,50zł na bilecie spełza na niczem (czyt.: nici ze stopa), więc kupuję bilet do Rzeki (ekhm... Do Tylmanowej-Rzeki), gdzie szybko czynię zakupy i do boju, gubić się w paśmie Lubania! To jest dopiero rzeźnia. Najpierw prawie trzy godziny ciągłego podejścia na wyczucie, ale 850m w pionie czuć w nogach. Około 13:30 staję na Lubaniu, oglądam resztki panoramy Tatr, ale szybko się stamtąd zwijam, bo wieje jak diabli. Czerwony szlak (Główny Szlak Beskidzki!) oznaczony jest makabrycznie. Rozejścia ścieżek bez znaków, no generalnie: rzeźnia. W pewnym momencie zaczynam schodzić, jak wynikało z mapy, w stronę Kluszkowców przez Łysą Górę (co to z łysością ma tyle wspólnego co ja). Co to, to nie. Jest 14:30, jest dość zimno, a ja jestem w czarnej dupie. Postanawiam zejść do Ochotnicy i asfaltować na przełęcz Knurowską, gdzie mam nocleg. Ku mojemu poważnemu zdziwieniu trafiam jednak na szlak i dalej depczę czyjeś ślady. Już nie tylko w duchu przeklinam PTTK o. Krościenko n/Dunajcem, bo znakowanie tego szlaku pamięta wczesnego Gierka, a drzewostan od tamtego czasu nieco się zmienił. Około 16:00 dopada mnie kryzys seksualno-turystyczny ("pier*olę te góry!"), ale depczę dalej w przekonaniu, że jeszcze godzina, może półtorej. O 18:30 docieram do Studzionek, już planuję tam zostać, ale absolutnym przypadkiem znajduję szlak, którym mam dotrzeć na przełęcz Knurowską, więc resztkami sił wlokę się dalej. Po drodze pada mi czołówka, w absolutnych ciemnościach wymieniam baterie. Niby jestem przyzwyczajony do chodzenia nocą po górach, ale nie samemu ;-) Około 19:30 staję na przełęczy, gdzie widzę "znak": "Noclegi 500m". Myślę sobie, że to o 500m za dużo i z dwoma krótkimi przystankami po drodze wlokę się dalej. 1300m w pionie jednego dnia to stanowczo za dużo jak dla mnie. W pensjonacie gotuję obiad, deser i wiaderko herbaty, rzucam okiem na mapę...
...po to, żeby w sobotę o poranku stwierdzić, że jednak źle się czuję, mam zakwasy a do tego wiatr się nie uspokoił. Wracam więc do domu. To jakieś fatum, bo drugi raz śpię na przełęczy Knurowskiej i drugi raz wracam stamtąd z gór... Swoją drogą, drugi raz stopem. Najpierw dwóch młodych góroli mnie podwozi do Nowego Targu, a potem para z Olsztyna zawozi mnie niemalże pod dom.
Zdjęć, tradycyjnie, niet. I gratuluję wszystkim, którzy dotarli do tych słów. ;-)