Temat: GPRP
Co bieglejsi (i nie chodzi o prędkość chodzenia) w górach widzą zapewne pewną zbieżność "GPRP" z "GOPR". Otóż "GPRP" wzięło się właśnie po szkoleniu goprowskim, a skrót ów oznacza Górskie Przymusowe Pogotowie Ratunkowe.
Czemuż to przymusowe? Ponieważ, Panie i Panowie, ratowanie to straszna lipa i unikajcie tego, nie tylko jako ratujący, ale i ratowani.
Zaczęło się od tego, że w piątek rano pojechaliśmy do Korbielowa, ponieważ pojechaliśmy jako pierwsi spadł na nas średnio przyjemny obowiązek napalenia w piecu i takich tam. Już w samochodzie stwierdziliśmy, że nie chce nam się w dupówę ciągnąć przez Malorkę i Uszczawne, bo to byłaby sztuka dla sztuki a widoki dodupistyczne (ilość: brak). Wyciągnęliśmy się zatem na Halę Górową i zrobiliśmy swoje, po czym... Rzuciliśmy się spać o godzinie 16:00, na trzy godzinki. Około 19:30 zaczęła się schodzić ekipa, a sam pan goprowiec przypełzł o 20:57, przy wstępnym planie, że zaczynamy o 21:00. Plan zrealizowaliśmy bardzo dobrze, zaczęliśmy się szkolić teoretycznie o 23:00, dwie godziny szybko zleciały i dostaliśmy zadanie specjalne: podzielić się na 5 grup, zrobić improwizowaną deskę ortopedyczną ze wszystkiego, co trafiło na lewe lotnisko na Górowej, tak żeby przenieść osobę z urazem ręki, nogi i kręgosłupa na prawe lotnisko. Przepis: trzy plecaki, odcholery metrów folii do pakowania (tzw. strech), dwie-trzy karimaty, 20m liny, koc, trzy kijki trekkingowe.
Błagam Was, nie każcie mi tego improwizować na zlocie, ale wierzcie mi: da się zrobić z takiego "sprzętu" stabilną dechę ortopedyczną, dzięki której w awaryjnej sytuacji można przenieść kogoś, no... Z noszami to powiedzmy, że pewnie i kilka kilometrów. Przyjemność dla noszących i noszonego wątpliwa.
Najzabawniejszym elementem tego wieczoru było stwierdzenie koleżanki, którą "pakowała" moja grupa. Po zapakowaniu jej w takim stopniu, że rozpakowanie jej wymagało więcej roboty niż zakończenie pakowania stwierdziła, że musi do łazienki. Było to oczywiście obiektem żartów i podśmiechujek przez resztę szkolenia.
Po części oficjalnej, oczywiście, nastąpiła część nieoficjalna, a po niej (ponieważ zapowiedziano wcześniej śniadanie o 8:30...) szybka kima o 4:00.
Sobota zaczęła się od okrzyku: "pobudka!!!", na który śpiący obok mnie kolega odpowiedział pod nosem "pier**lta się...", jednak wszyscy, prędzej czy później, się podnieśli. Zaraz po śniadaniu, o godzinie 11:00 wyszliśmy. Szybki szpil na Buczynkę i tam dostaliśmy kolejne ciekawe zadanie: mieliśmy się dobrać w pary i przeprowadzić się nawzajem po lesie. Niby nic trudnego, ale jedna osoba miała dowodzić werbalnie, a druga iść. Iść polegając tylko na komendach osoby dowodzącej, ponieważ ta pierwsza miała oczy zakryte. Jaja były niesamowite, ale generalnie się udało i wszyscy mieli oczy (ba! Każdy miał swoje!). Na górzej Hali Jodłowcowej wybrani zostali dwaj pozoranci, a reszta ekipy miała uczynić deskę, nosze i iść. Po doświadczeniach dnia wczorajszego wiedzieliśmy jak zrobić dechę i to poszło od ręki, z noszami był większy problem. Stworzyliśmy je z... Sześciu gałęzi, a koleżanka na której je testowaliśmy miała śmierć w oczach w czasie testów, jednak wszyscy żyją i mają się dobrze (trauma pewnie została ;-)). Kolejną atrakcją było przeciągnięcie denata... Ekhm... Przepraszam. Poszkodowanego na skałki przy zielonym szlaku na Halę Miziową. Proponuję rzucić okiem na wschodnią część tej mapy: http://e-gory.pl/index.php/Mapy-online/ … odnia.html i znalezienie tam Buczynki, a na Buczynce Hali Jodłowcowej. Widzicie? Stamtąd do skałek szliśmy ponad godzinę, przedzierając się między innymi przez młodnik i mały wąwóz.
Następnym punktem była chwila zabawy na skałkach, między innymi: jak z dwóch 10-metrowych kawałków liny zrobić uprząż i spuścić się na niej kilka metrów, a dalej tylko przyjemność: kolejny denat... Ekhm. Ofiara. Poszkodowany w sensie trafił w nosze i dostaliśmy zadanie ultraspecjalne: spuścić się z noszami kawał w dół, zrobić trawers _pod_ skałkami, znów się spuścić i potem wyciągnąć nosze na szlak. Jak kiedyś się grupowo udamy w tamte okolice to Was tam przeciągnę...
Do bacówki wróciliśmy na chwilę, zjedliśmy pulpę hawajską (ryż, dużo mięsa, ananas, kukurydza, sos pomidorowy) trochę pogadaliśmy i dalej do boju: tym razem stanęliśmy w sytuacji, że osoba po prostu zaginęła, ale nie wiemy gdzie dokładnie. W okolicy wspomniany wyżej skałek, po około półgodzinnym przeszukiwaniu, trafiliśmy w końcu na leżące denatki... Ekhm, pozorantki, świetne aktorki symulujące uszkodzenia kończyn górnych, wychłodzenie i generalny szok. Chociaż na początku byliśmy skłonni uznać, że jest im coś więcej (upadek z wysokości, etc.), a jeden z kolegów był mocno niezadowolony, że nie budujemy noszy ;-) Też żeby tak łatwo nie było, powtórzyliśmy wcześniejszy rzeźniczy trawers, z dwiema dziewczynami, które co chwilę pozorowały stratę przytomności, ataki paniki i generalnie wszystko co tylko się dało. Zamiast planowanych przez goprowca godziny-półtorej wyszła nam suma tych: 2,5h (ponownie odsyłam do mapy: z bacówki na Górowej do skałek i powrót), następnie pogadaliśmy trochę i chwilę po trzeciej rzuciłem się spać na godzin 6.
W niedzielę (dzisiaj) szybki i nieprzygodowy powrót do domu.
Streszczenie: byłem w górach i się uczyłem ratowania ludzi.
I jeszcze podsumowanie: uważajcie, kurde blaszka. Uważajcie, bo przyjemność dla ratujących wątpliwa, dla ratowanego jeszcze mniejsza.
Jednak trzeba zwrócić uwagę na jedno: to, czego nas (kursu) uczono w czasie tego weekendu zasadniczo w normalnych warunkach nie ma zastosowania, bo w Polsce nawet na największym, przepraszam, zadupiu jak już dodzwonimy się do GOPR to w czasie kilku-kilkunastu godzin dotrze do nas (turystów) pomoc, więc nie czeka nas ciąganie człowieka w noszach improwizowanych przez trzy dni.