Temat: [SLO/HR] Korona Bałkanów
Witam!
Ostatnio z czasem dla forum kiepsko - wakacje wszak w pełni, a student w czasie wakacji czasu nie ma ;-) Teraz jednak byczę się przed komputerem po spędzeniu kilku godzin w samochodzie, więc skrobnę parę słów.
Po pierwsze: co to jest "Korona Bałkanów"? Są to najwyższe szczyty Półwyspu Bałkańskiego, w skład tegoż wchodzą:
-Słowenia (Triglav, 2864)
-Chorwacja (Dinara, 1831)
-Bośnia i Hercegowina (Maglić, 2386)
-Macedonia, Albania (Korab, 2753 - szczyt graniczny)
-Czarnogóra (Zla Kalata, 2534)
-Serbia (Midżur, 2168)
-Kosowo (Daravica, 2658)
-Bułgaria (Musala, 2925)
-Grecja (Olimp, 2918)
-Turcja (Mahya Daǧι, 1031 - szczyt w części europejskiej)
-Rumunia (Moldoveanu, 2543)
Po drugie: dlaczego akurat taka korona? Bo jest realna do zdobycia we względnie krótkim czasie (planujemy dwa lata). A poza tym, Bałkany to taka moja mała geograficzna miłostka. :-)
Co się działo?
Postanowiliśmy zacząć od szczytu najtrudniejszego (?) technicznie - Triglavu. Wraz z kolegą Bartkiem (zwanym też Bakerem) w niedzielę, 21 sierpnia, ustaliliśmy że przed Triglavem jedziemy jeszcze do Chorwacji. Taka rozgrzewka, jednak nie wiedzieliśmy jeszcze, że dosłownie... W poniedziałek, 22 sierpnia, około godziny 14:00 wyjechaliśmy w stronę polsko-czeskiej granicy. Po drodze kupiliśmy słowacką winietę i szybko przejechaliśmy przez Słowację, następnie trochę pobłądziliśmy po Węgrzech (piękny kraj i piękny język! Brrr...) i kupiwszy gaz do samochodu (tankowanie co 300km to katorga...) wskoczyliśmy za TIRa, za którym przejechaliśmy niemal do samej węgiersko-słoweńskiej granicy. Tam uciekliśmy z autostrady (błąd!) i bocznymi drogami pojechaliśmy do Chorwacji, gdzie już autostradami pojechaliśmy mocno na południe - do Šibenika niemal, tam odbiliśmy na Knin i już o 7:00 staliśmy pod naszym dzisiejszym celem - Dinarą. Gdy o 7:30 wychodziliśmy na bardzo dobrze oznaczony szlak, termometr przy domu, przy którym zostawiliśmy samochód (dokładnie tutaj) pokazywał 25 stopni, co zapowiadało prawdziwą _rozgrzewkę_! Przygotowani na brak wody w górach zabraliśmy każdy po 3 litry wody. Po 90 minutach (szlakowskaz zapowiadał 2h) dotarliśmy do rozstaju szlaku, gdzie postanowiliśmy udać się do chaty pasterskiej/schronu turystycznego. Ot tak, rzucić okiem co tam. Ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że przy schronie są dwie studnie. Niestety, woda nie wyglądała najlepiej, więc po prostu schłodziliśmy w niej posiadaną wodę (na której spokojnie można było parzyć już herbatę), pooglądaliśmy trochę teren okoliczny i poszliśmy dalej w stronę "vrha", jak wskazywał szlakowskaz. Tym razem zabawa się skończyła - temperatura sięgnęła pewnie 40 stopni w cieniu, a my poruszaliśmy się w słońcu, zaczęło się konkretne podejście (tego dnia pokonaliśmy około 1300m w górę i tyleż samo w dół) - może nawet nie za bardzo strome, ale stale po skałach. Jednak nie błądziliśmy za dużo (dwa razy zeszliśmy ze szlaku), ponieważ jest on naprawdę dobrze oznaczony. O godzinie 12:10 stanęliśmy na najwyższym szczycie Chorwacji. Pooglądaliśmy piękną panoramę na dwa kraje (Chorwację i Bośnię), na puszkę z książką "meldunkową" (coś a'la księga wyjść - ma ułatwiać ewentualne poszukiwania i pomaga w robieniu statystyk) nakleiliśmy naklejkę SKPB Katowice, dokonaliśmy wpisu do księgi, zjedliśmy co nieco, a następnie zaczęła się rzeźnia - zejście. 4 godziny w potężnym upale i stale w dół. Około godziny od samochodu stopy zaczęły mi chyba odpadać, było naprawdę makabrycznie gorąco, woda była gorąca, a my pociliśmy się jak, pardą, świnie (trochę naturalizmu: zacieki z soli, pochodzącej z potu, na bokserkach to chyba najlepszy dowód...). Gdy w końcu dotarliśmy do "schroniska" (innego niż to w drodze na szczyt) wylaliśmy na siebie sam-nie-wiem-ile wiader wody ze studni i dopiero byliśmy w stanie wsiąść do samochodu, jednak cały czas jechaliśmy z myślą: "sklep! Zimne napoje!" Po pół godzinie jazdy dotarliśmy do sklepu, pod którym wypiliśmy 1,5-litrową butelkę Schwepssa cytrynowego, drugą kupiliśmy do samochodu i udaliśmy się na północ...
...w nadziei, że będzie chłodniej. No i o poranku nawet było - 13 stopni było, gdy się obudziliśmy. Ja spałem w samochodzie, a Baker przed nim. Na parkingu przy autostradzie ;-) Jakoś dostaliśmy się do doliny Vrata, gdzie nasz trekking na Triglav zaczęliśmy od... Piwa w schronisku Aljažev Dom, obejrzeliśmy dokładnie mapę, obgadaliśmy strategię, obejrzeliśmy północną ścianę Triglavu i wróciliśmy do samochodu, spakowaliśmy co trzeba (szpej, jedzenie, wodę, śpiwór) i co nie trzeba (karimatę, ubrania) i ruszyliśmy do schronu pod przeł. Luknja (Bivak pod Luknjo), przypadkowo jednak wyszliśmy za wysoko i musieliśmy do niego schodzić... W schronie (bardzo ładny, czysty domek, woda - filtrowana deszczówka, piliśmy surową i nie mieliśmy problemów żołądkowych) zastaliśmy czwórkę Niemców, jednak jacyś dziwni - mało obyci z geografią, chyba nie mieli pojęcia gdzie są, bo pytali co to Triglav. Zjedliśmy co nieco, pogadaliśmy z Niemcami, wypiliśmy piwo i poszliśmy spać, ponieważ pobudkę zaplanowaliśmy na godzinę 5:00.
I tak też zrobiliśmy - obudziliśmy się o 5:00, stwierdziliśmy jednak, że jeszcze pół godziny, przestawiliśmy budziki i po pół godzinie się zwlekliśmy. Poranek był dość rześki, ale nie przestraszyło nas to. O 7:30 staliśmy już na przełęczy Luknja i szpejowaliśmy się. Jeszcze tylko szybki kurs obsługi via ferraty (dalej również VF)dla Bartka i idziemy. Lina za liną, klamra za klamrą... Na początku trochę się obawiałem, ponieważ nie jestem fanem ekspozycji, jednak świadomość, że nawet jak się poślizgnę (na szczęście nowe buty - Scarpa ZG65 - mają bardzo przyczepną podeszwę Vibram) to trzyma mnie lina, która podniesie samochód, dawała mi trochę komfortu psychicznego. Szczęśliwie odbyło się bez takich atrakcji, jednak droga Bambera, którą wybraliśmy ma kilka słabych rozwiązań - tam gdzie via ferrata by się przydała po prostu jej nie ma, a tam gdzie spokojnie można iść i bez niej - jest. Wróćmy do trasy - po przejściu pierwszej ściany wyszliśmy na dłuuuugie i wlekące się plateau, w czasie którego przekroczyć trzeba lodowczyk Triglavski. Na nim Bartek postanawia ulepić bałwana, uzupełniamy też zapasy wody. Woda tam jest niezbędna, ponieważ wszędzie unosi się wapienny pył, po 15 minutach od napicia się, człowiek znów ma sucho w gardle! Po mniej-więcej półtoragodzinnym spacerze po plateau docieramy pod kopułę szczytową. Matko i córko! Z daleka robi niesamowite wrażenie, ale jak staje się pod nią, to naprawdę szczęka opada... Powoli, mozolnie mocno eksponowaną VF, częściowo po sztucznych stopniach, dochodzimy do żlebu, gdzie dopiero zaczyna się rzeź - każdy krok trzeba mocno ważyć, ponieważ ściana ma nachylenie 80 stopni i jest niesamowicie luźna. Na szczęście daleko za nami jest dwóch panów i nawet jeżeli coś poleciało w dół (świadom jestem, że strąciłem jedną lawinkę kamieni), to ich nie trafiło, bo potem widzieliśmy ich na szczycie. Ze żlebu dostajemy się już bezpośrednio w miejsce, gdzie widać domek (ekhm... Duże słowo jak na stalową puszkę) na szczycie. I dzikie chordy ludzi, jak na Giewoncie. Bo Triglav to taki trochę Giewont - każdy prawdziwy Słoweniec musi tam choć raz w życiu wyjść. Pół godziny podejścia w pełnej ekspozycji, w większości bez potrzeby wpinania się w VF i stajemy na szczycie. Tam, oczywiście, zdjęcia, jedzenie, trochę obśmiechujemy tę całą szopkę, jednak cieszymy się - dla mnie i dla Bartka to nowy rekord wysokości - 2864 m npm, no i przede wszystkim (przynajmniej dla mnie) to najtrudniejsza góra w życiu. Zostaje jednak zejście przez Mali Triglav, na który z Triglava idzie się grzebieniem szerokości może 1m, a po środku jest stalowa linka, do której (o dziwo) wpinają się nieliczni... Cała zabawa z zejściem zaczyna się jednak przy zejściu z Malego Triglava do schroniska Triglavski Dom na Kredaricy (2541) - trasa jest naprawdę wymagająca technicznie i w znacznej części nie jest ubezpieczona, dodatkowo te całe chordy ludzi które siedzą człowiekowi na karku nie ułatwiają zadania. Koniec końców o 16:00 stanęliśmy przy schornisku, gdzie spędziliśmy około godziny na jedzeniu, SMSach (na szczycie nie ma zasięgu), obserwacjach socjologicznych (dzieciaki po wejściu na Triglav dostają od rodziców piwo), rozmowie... W końcu zbieramy się na dół, do doliny Vrata, skąd zaczęliśmy. Wybieramy drogę przez Prag ("Próg"), która ponoć jest łatwiejsza. No i pewnie nawet jest, ale ciągnie się strasznie (o 21:30 docieramy do auta) i ma pewne pionowe momenty - dość wąskie, 15-metrowe, pionowe zejście. Ubezpieczone co prawda VF, jednak zdjęliśmy już wtedy uprzęże, bo stwierdziliśmy, że najwyżej ubierzemy je jeszcze raz, czego (oczywiście) nie zrobiliśmy odpowiednio wcześnie, a potem nie było jak... Wszystko poszło jednak OK. Aaaa... Po drodze jeszcze pooglądaliśmy kozice. Skubane, że też one się nie boją... Jak już pisałem: o 21:30 dotarliśmy do samochodu, około 2h później, po kolacji, rzuciliśmy się spać w samochodzie na stacji benzynowej, żeby następnego dnia wrócić do domu. Było pięknie... A ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi. Czeka na nas jeszcze kilka szczytów :-)
Ostatnio edytowany przez marcus (2011-08-28 21:21:09)