Temat: Góry Szczawnickie, 30.03-1.04.2012
Cześć!
Tydzień wcześniej marznąc w chałupie Cabanka w Górach Kremnickich, przeklinając "wiosnę" z Bożej łaski, napisałem do kolegi Sławka SMSa o treści mniej-więcej: "Sławek, bierz wolne na następny piątek, jedziemy w góry środkowej Słowacji". Dwie godziny później obudził mnie SMS o treści mniej-więcej: "czekam na szczegóły". Mówiąc szczerze do końca nie wierzyłem, że Sławek przyjedzie, ale jednak.
A początek był ciężki... Najpierw pakowanie do 23:00, bo strasznie nie mogłem się do niego zebrać (wpływ na to miała głównie prognoza pogody, wedle której miało padać cały weekend i miało być - przepraszam - pizgawicznie zimno), potem niecałe 5h snu, pobudka o 3:50, 5-minutowa drzemka i już jestem na nogach. Ponieważ wyjazd był zaplanowany jako namiotowy prysznic odwlekałem do ostatniej chwili ;-) O 4:50 już siedziałem w autobusie do centrum Bratysławy, a Sławek właśnie do niej dojeżdżał. Okazało się, że był szybciej, trochę poczekał na mnie na dworcu i wskoczyliśmy w autobus, po cichu modląc się o jakieś komunikaty jaka będzie następna stacja (na szczęście tak było, bo jak tylko usiedliśmy tak padliśmy obydwaj jak muchy). Autobus do Brezna już w Bratysławie był pełny, jednak skład wokół nas dość często się zmieniał. Około 8:45 dojechaliśmy do Zvolena, gdzie mieliśmy pół godziny na przesiadkę do autobusu z Bańskiej Bystrzycy do Krupiny. W tak zwanym międzyczasie znaleźliśmy bankomat (Sławek kompletnie zapomniał, że na Słowacji nie płaci się złotówkami...) i Lidla, gdzie zaopatrzyliśmy się w drugie śniadanie (wciągnięte niemal natychmiast na dworcu autobusowym). Autobus przyjechał punktualnie, ludzi niewielu, a większość i tak wysiadła po drodze. Już w autobusie wiedziałem, że plan nam się zmieni - strasznie wiało, padał przelotny deszcz (zapowiadany zresztą na cały weekend), a ja nauczony poprzednim tygodniem byłem przygotowany jak na wojnę przynajmniej z Lodowym Szczytem albo innym Durnym: w plecaku do rzeczy nieużytych (na szczęście) należały: stuptuty, spodnie membranowe, kalesony, kurtka primaloftowa, dodatkowa bluza polarowa, skarpety zimowe. Wracając do samego wyjazdu... Około 10:00 wylądowaliśmy w Krupinie na rynku, piękne słońce w twarz, lekki wiatr sprawiał, że szło się przyjemnie. Na początek poszliśmy zielonym szlakiem z Krupiny do Žibritova obok zbiornika wodnego Bebrava. Szlak nie jest forsowny, zrobiliśmy do w około 2h, a jest piękny, mnóstwo odkrywek geologicznych, polany, potok(i)...
W ogóle góry środkowej Słowacji, pasmo Rudaw Słowackich znacznie różni się kształtem od znanych nam Beskidów. Rudawy to pozostałość po wulkanach, co rusz spotkać można zastygłe jęzory lawy sprzed milionów lat, skały magmowe (głównie wylewowe, acz metamorficzne też się zdarzają), a góry... Góry wyglądają trochę jak Beskid Wyspowy, tylko są bardziej ze sobą połączone i tworzą pasma (lub raczej: pasemka) o sporym przewyższeniu.
...a mimo tego, że góry niewysokie i doliny niegłębokie to nie są zaludione. Trafiliśmy do Žibritova, spróbowaliśmy wejść do kościoła (barokowy, z wierzchu paskudny), niestety był zamknięty. Zatem udaliśmy się na asfalt, który przyszło nam deptać spory kawałek, gdyż naszym następnym celem był kasztel w Svätom Antone, obiekt wpisany na listę zabytków kultury Słowacji. W okolicy przełęczy pod Bukoviną udało nam się złapać stopa. Sympatyczni ludzie odwieźli nas pod sam kasztel, życzyli miłego dnia i bardzo się dziwili dwóm rzeczom: że Polacy jeżdżą w góry Słowacji (i nie w Tatry), oraz że studiuję filologię słowacką. ;-) Po zwiedzeniu kasztela zjedliśmy co nieco i udaliśmy się znów zielonym (acz innym) szlakiem do miejscowości Ilija, tam wypiliśmy kufel Kofoli, pogadaliśmy z miejscowymi pijaczkami i udaliśmy się dalej w stronę najwyższego szczytu Gór Szczawnickich - Sitno (1009). Góra towarzyszyła nam niemal cały dzień, charakterystyczna niczym Skrzyczne - z masztem. Oraz piękną panoramą na Javorie, Ostrôžky, Poľanę, Góry Kremnickie, Nizinę Naddunajską... Przy naprawdę dobrej widzialności powinna być widoczna i Wielka Fatra. Niestety, na Sitne - przepraszam - piździało jak na dworcu w Kielcach. Zjedliśmy czekoladę i postanowiliśmy się czym prędzej schować. Do tego dochodziła jeszcze kwestia znalezienia miejsca na namiot, ponieważ uznaliśmy, że kemping to nie nasz klimat. Zeszliśmy z Sitna niebieskim szlakiem, który po chwili zmienił się w zielony (w kierunku Počúvadlianskeho jazera), rozbiliśmy się w okolicy źródła, zaraz na granicy rezerwatu.
Noc minęła spokojnie, choć nad ranem było mi... Za ciepło w stopy a za zimno w nos. Rano pozbieraliśmy bety i szybko uciekliśmy do doliny. Udało nam się "jak w mordę strzelił", bo jak tylko znaleźlismy (20 minut od biwaku) miejsce na śniadanie zaczął padać deszcz. Szczęśliwie gdy śniadanie skończyliśmy wyszło słońce. Od Počúvadlianskeho jazera szliśmy (niestety) piechotą po asfalcie do samej Bańskiej Szczawnicy, jednego z kilku (jeszcze: Levoča, Bardejov, Kremnica) miast wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, ale jako jedynego słowackiego - wpisane w całości. Sławek na początku się temu dziwił, no bo jak to całe miasto... Potem jednak szybko zrozumiał, bo gdzie w tym małym mieście się nie ruszyliśmy, tam było pięknie (niestety, paskudne blokowiska też są na Liście UNESCO...). Zjedliśmy obiad, zrobiliśmy zakupy i stwierdziliśmy, że mamy czasu a czasu, więc udaliśmy się jeszcze na popołudniową kawę do kawiarni Divná Páni. Knajpka ma niesamowitą atmosferę. Tak nam się udało, że tam przeczekaliśmy kolejny szybki deszcz. Dalej oglądając tajchy (sztuczne jeziora wybudowane, żeby energię uzyskaną ze zrzutu wody wyrzkorzystać do wypompowania wody z głębszych pokładów srebra), stare górnicze domy... Dość sprawnie doszliśmy na przełęcz Červená studňa, tam weszliśmy na szlak im. Andreja Kmeťa - lokalnego księdza i przyrodnika, miłośnika Gór Szczawnickich. Gadając, a czasami będąc zwiewanymi ze szlaku przeszliśmy na Hadovą, a następnie na przełęcz Kerling, gdzie na gigantycznej polanie najpierw (pod daszkiem, gdyż zaczęło padać) wypiliśmy piwo, a potem rozłożyliśmy namiot i poszliśmy spać. w nocy spadło około 1cm śniegu, momentami padał naprawdę gęsto, co było słychać na namiocie.
Niedziela zaczęła się dość wcześnie, bo już o 5:30. 10 minut drzemki i budzik-morderca nie daje żyć. Zwijamy się czym prędzej, bez gotowania herbaty uwinęliśmy się w 45 minut, po czym... Srodze się zgubiliśmy. Po prostu przeoczyliśmy rozwidlenie szlaków i poszliśmy dalej niebieskim, a mieliśmy zejść żółtym do Žarnovicy... szybka nawigacja, stwierdzenia na chybił-trafił i jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że zgubieniem się zaoszczędziliśmy dobre pół godziny, które przeznalczyliśmy na zakupy. Powrót przebiegł spokojnie...
Niestety, zdjęć na razie nie mam, a jest ich niewiele - pogoda nie zachęcała do fotografowania niestety. Mam kilka panoram, a w mojej galerii można zleźć kilka zdjęć z niektórych Bańskich Wolnych Miast Królewskich, jest też zdjęcie z Divnej Panej.
A zdjęć z tego wyjazdu na razie nie mam, gdyż nie miałem czasu ich przegrać, a aparat został w Bratysławie...
Wszystkim, którzy dotarli do tego momentu gratuluję wytrwałości, bo mi się rozciągnęło i przynudziło chyba nieco...
Pozdrawiam i tym, którzy świętują niedługo - wesołych świat. A całej reszcie - przyjemnego dłuższego weekendu (jeżeli szukacie pomysłu na 3-4 dni spacerów to polecam Góry Szczawnickie, serio!)
I jeszcze, ku jasności: do nawigacji używaliśmy mapy nr 138 wydawnictwa VKU Harmanec a.s.
Ostatnio edytowany przez marcus (2012-04-04 21:42:34)