Witajcie!
Ten wątek nosi wprawdzie nazwę Zamknięcie sezonu na Babiej Górze, ale mnie jakoś ta nazwa zupełnie nie pasuje. Mam nadzieję, że nie obrazisz się Maurycy, ale jest ona dla mnie nieco banalna, a poza tym, czy nasz sezon się zamyka? Mój na pewno nie. O ile będzie czas i będą siły to nadal będę chodzić w góry i myślę, że również dla Ciebie nie jest to żadne zamknięcie. Dlatego pozwolę sobie jednak zatytułować moją relację:
"W pogoni za Anią"
A było tak - w ciągu tygodnia pojawiła się propozycja, żeby wykorzystać jeszcze piękną październikową aurę i pojechać w góry. Maurycy wziął urlop, a ja wykorzystałem wolne, które przysługiwało mi za czas spędzony na Targach Książki w Krakowie. W międzyczasie wyjazdem zainteresował się też Kisiel, który wraz z kompanami - Anią i Łukaszem został zabrany przez Maurycego z Andrychowa w drodze do Zawoi. Bez specjalnego tracenia czasu ruszamy z Zawoi Markowej do góry. Szlak jest pusty, pogoda stabilna i nikt nie pobiera opłat za parking tudzież za wstęp do Babiogórskiego Parku Narodowego. Po prostu "żyć nie umierać". Szybko też następuje podział naszej grupy na charty - Anię, której ledwo dotrzymywał kroku Łukasz oraz na nas dziadków, którzyśmy wlekli się z tyłu posapując jak stare zajeżdżone szkapy. Trzeba jednak dla ścisłości dodać, że młodzież czekała na nas od czasu do czasu, więc grupa się nam nie rozleciała kompletnie. Bez zbędnych ceregieli dochodzimy do schroniska na Markowych Szczawinach, tam robimy postój i ruszamy Percią Akademików na Babią. Perć szturmujemy w głębokim cieniu i na szczycie Babiej stajemy po jakichś 2 godzinach i 10 minutach od wyjścia z parkingu w Zawoi Markowej. Tzn. ściślej rzecz biorąc ja staję po tym czasie, bo Ania była tam już co najmniej 10 minut wcześniej i to tylko dlatego, że zrobiła sobie z Łukaszem postój przed szczytem. Na szczycie świeci słoneczko, wiatr jest ledwo wyczuwalny, więc nikomu nie chce się schodzić. Ponieważ jest jeszcze wcześnie i do zmroku zostało dużo czasu, więc pada propozycja, żeby odwiedzić nieodległą przecież Małą Babią Górę. Czemu nie, skoro nam tak dobrze idzie? Dochodzimy więc do Małej Babiej, robimy kolejny piknik, ciesząc oczy widokami, a duszę ciszą i tym, że jesteśmy tam zupełnie sami. Pierwotnie mieliśmy schodzić na Jałowiecką Przełęcz i stamtąd do Zawoi Czatoży, ale Ania proponuje, żebyśmy pokonali jedyny szlak w okolicy, którym jeszcze nie szła, czyli fragment GSB od rozstajów pod Małą Babią Górą do schroniska na Markowych Szczawinach. Tak też robimy i zatrzymujemy się po raz drugi w schronisku, żeby przekąsić coś ciepłego. A potem schodzimy już tradycyjnie zielonym szlakiem do Zawoi Markowej i w zachodzącym słońcu opuszczamy Beskid Żywiecki.
A teraz kilka moich zdjęć:

Pozdrawiam Piotrek