Maraton to było moje największe marzenie biegowe. Zmierzyć się z królewskim dystansem i go pokonać. Plan były prosty - przebiec maraton i zrobić to w jak najlepszym , realnym czasie. Jak już zdradził Piotr maraton udało się przebiec. Czas przebiegnięcia odbiegał trochę od założeń - 4:44, ale jestem z niego i tak bardzo zadowolony.
Musze to podkreślić, że maratony mają specyficzną oprawę i klimat. Żaden bieg, w którym miałem okazję biec wcześniej nie miał takiego klimatu. Na niemal całej rasie osoby dopingujące, specjalne strefy dopingu, setki wolontariuszy i walka z czasem, a później z samym sobą. Pogoda myśle, że nie była najgorsza, chociaż była duża wilgotność.
Pierwsze 21 kilometrów minęło całkiem szybko i wesoło. Wszystko za sprawą biegacza, z którym miałem okazję biec. Przegadaliśmy sporą część dystansu. Biegnąc cały czas przed balonikami na 4:00. Ania z Tatą dopingują mnie na trasie. Jednak około 25 km przyszedł pierwszy kryzys. Zaczęło również padać. Ale to akurat nie stanowiło problemu. Przy punkcie odżywczym pierwszy raz idę. Zaczynam tez czuć, że robi mi się odcisk. A w zasadzie dwa odciski. Biegnę dalej. Na 30km znowu widzę Ani i Tatę. To dodaje sił, jednak starcza ich na 2 km. Nigdy nie przebiegłem więcej niż 30 km. Więc jestem w strefie zupełnie innego świata. Przechodzę na mocno zmodyfikowaną wersję Gallowey'a - ide i biegnę na zmianę, z czego zaczynam więcej iść niż biec. Do tego odcisk na obu stopach jest już pokaźny. Każda próba biegu równa się ból. Po rozbieganiu odcisków można biec, ale tętno skacze i szybko się męczę. Za każdym razem gdy idę myślę, że biegnę dla Ani. I to motywuje mnie aby znowu biec, I tak do 39 kilometra. Idę i biegnę na zmianę. Pojawia się myśl aby ukończyć bieg w czasie poniżej 5 godzin. Na 30 km miałem czas około 3:00 h na 40 km jest 4:30 h. 10 minut na kilometr, mało czy dużo
Normalnie spokojnie biegam 5 minut na kilometr. Jednak po 39km cel nie jest taki oczywisty. Po raz kolejny myślę o Ani, zaciskam zęby, staram się nie myśleć o bólu. Dobiegam do 40km. Idę. Nagle zgarnia mnie ekipa pacemakerów biegnących na czas 4:45. Motywuje wszystkich idących, aby biec z nimi. Mówią, że nie daleko, że nie biegną szybko. Chyba wyzwoliło to we mnie jakąś wewnętrzną siłę. Rzeczywiście nie biegną szybką, cały czas trzymam się pacemakera. Mam nawet siłę na krótką rozmowę. Ostatnie 2 km biegnie mi się rewelacyjnie, na podbiegu przed rynkiem zaczynam trochę przyspieszać i wyprzedzać. Jest rynek, jest meta. Ręce uniesione do góry. Łza kręci się w oku. Z trudem ją powstrzymuje. Jest Ania, dla której biegłem. Tego uczucia nie da się ogarnąć!

