Żeby się skończyły narzekania na brak relacji... Ale ostatnio mi to naprawdę kiepsko idzie...
Wszystko zaczęło się od telefonu Krisa piątkowym przedpołudniem ("Jest plan na niedzielę"). Długo mnie nie musiał namawiać, jednak groziła mi odsiadka w kołchozie w sobotę lub niedzielę. Kołchoz wybrał sobotę, więc decyzja zapadła.
4:30 rano, niedziela. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że mnie jednak zdrowo poebało. Zamiast słodko śnić o dupie Maryny zrywam się z wygodnego barłogu, aplikuję szybką kawusię, zaliczam całodobowy i kilka minut przed szóstą już gnamy wojewódzką 781 w stronę )( Kocierskiej i dalej na Żywiec i Złatną. Pogoda taka sobie. Słonecznie, lazur nieba, 25 stopni w plusie... Nie no kogo ja chcę oszukać... Mgła, że oko wykol, woda prawie zamarza 
Jednak na miejscu w Złatnej robi się ładnie. Choć nie zmienia to faktu, że piździ. Ruszamy. I tu zaliczam pierwsze ździwko. Myślałem, że pójdziemy jak Pan Nasz przykazał niebieskim na Lipowską. Gdzie tam... Kris wymyśla jakiś betoning rowerowym na Zapolankę. Może i nawet lepiej, bo widoki są.

Dobijamy do żółtego z Rajczy na Lipowską i co rusz fotografujemy szadziowe cudeńka.
Redykalna, Bieguńska. Uwielbiam te żywieckie hale. Jedyne co może się z nimi równać to hale gorczańskie.
Na Bieguńskiej się komuś wyraźnie nudziło i wystrugał w śniegu kilka rzeźb tym samym prowokując mnie do uwiecznienia ten jeden jedyny raz zmotoryzowanego darkheush'a w górach 
foto by Kris
Robi się upalnie. Krótki rękawek na tle śniegu wygląda przeuroczo
Lipowska. Przelatujemy koło schronu bez postoju. W końcu to tylko 10 min od Rysianki gdzie fundujemy sobie dłuższy rest. I pierogi z mięchem. I piwo. A kto bogatemu zabroni??? 
W drodze na Trzy Kopce ciąg dalszy szadziowych cudeniek.
W końcu dobijamy do granicy. Teraz tylko 180 metrów podejścia na Grubą Buczynę. Pilsko jakby miało zamiar się pokazać.
Obiadek (o ile obiadkiem można nazwać kilka kajzerek z hipermarketu z jakąś chabaniną) fundujemy sobie na Krawculi. Pod krzyżem. Bo do bacówy nie wchodzimy.
Teraz zostaje wrócić ku autku. Robi się popołudnie i zaczyna pizgać. Krótkie rękawki zostają wstydliwie zakryte polarem. W końcu to kuffa luty :-D Schodzimy doliną potoku Straceniec. Jak straceńcy. Większą część szlaku po asfalcie. Jednak w dole już widać wiosnę. Kwitną pierwsze lepiężniki nazywane przez mego znajomego "kapustą pekińską" 
Reszta bez historii. Auto, kilometry, dom. Jeszcze tylko w drodze powrotnej podziwiamy niesamowity, przerażający i zapierający dech w piersi widok na Mt. Grojec (8 612 m. n.p.m.).
Blisko 25 km w dupie urobione w niespełna 8 godzin. To chyba nieźle jak na pierwszy, poważny raz w tym roku...
Zdjęcia już były. Kilka postów wyżej 
"Picie wódki, to jest wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości."
Jan Himilsbach