Alpejskie krzyże... same wspomnienia:
2006 r. Rastkogel (2762 m) w Alpach Tuxertalskich (Austria). Solidny, drewniany, ze skrzynką na wpisy. Wtedy jeszcze chodziłem po górach w jeansach
:

2006 r. Hoher Riffler (3231 m) w Alpach Zillertalskich (Austria). Metalowy, z ładnymi odciągami. Jesteśmy tutaj tylko my i góry:

Nawiasem - to był naprawdę magiczny urlop w górach, który może się zdarzyć raz na wiele lat - 2 tygodnie ciągłej "lampy" z temperaturami w dolinach przekraczającym 30 stopni C i 17 stopni na 3000 m.
2008 r. Wildspitze (3774 m) w Alpach Oetztalskich (Austria). Też metalowy. Tutaj niestety tłoczno i bardzo mało miejsca:

2011 r. Similaun (3606 m) również w Alpach Oetztalskich. Kolejny metalowy. Szczyt popularny, ale udało się wstrzelić w moment, gdy nie było innych grup:

Przykłady można by mnożyć w zasadzie bez końca...
W sumie lubię górskie krzyże, bo dzięki nim łatwo odnaleźć wierzchołek i tworzą miłą, ludzką atmosferę w tej często dzikiej i nieprzyjaznej górskiej scenerii.