Temat: Wielkanoc - Spisz i Podhale
Nie w naszym stylu przedświąteczna korba zakupowo-porządkowa. Nie w naszym stylu siedzenie za suto zastawionym stołem podczas świąt i marudzenie, że nic ciekawego w telewizorni a na fejsbuku same wierszyki ze sztucznymi życzeniami. Zamiast koszyczka do święcenia mamy zapakowany bagażnik w aucie, plecaki i sprzęt do dokumentowania. I Gałgana oczywiście.
Sobota rano. Wyruszamy z Bielska. Kierunek – Pieniny, a raczej Spiskie Zamagurze. Słońce razi w oczy i jest rześko. Na ekspresówce w kierunku Żywca pustki, można siec ile wlezie, Pomarańcza przeżywa drugą młodość. Na papierosku w Koconiu Pod Dębami stwierdzamy z żalem, że nie ma już sklepu pod barem… Jest za to dalej, w Kukowie, gdzie trzeba dokonać zakupu chleba. W kolejce stoi pani, która najwyraźniej jest zaopatrzeniowcem dla połowy okolicy. Ma kilka pokaźnych toreb, kilka list zakupowych, do każdej osobne pieniądze i osobny rachunek. Papierosy dla Krysi, pieniążki, reszta, paragon. Chleb dla Stasi, pieniążki, reszta, paragon. I jeszcze ta reszta pod ladę się skulała. A to nie jej woda, to kogo innego… Po kilku chwilach jest nareszcie po wszystkim i pani obładowana jak wielbłąd
wychodzi dziarsko ze sklepu wypełnionego już sporą klientelą.
Lecimy na Stryszawę, w kierunku Przysłopu. Moglibyśmy wprawdzie Zakopianką, ale biorąc pod uwagę, jak jest rozryta, nie chcemy ryzykować, więc aż do Zawoi mamy praktycznie pustą drogę. Z Przysłopu uśmiecha się do nas z daleka przykryta lśniącą czapą śniegu Babia Góra. Tutaj widok z Zawoi Podryzowanego:
Dalej przez Przeł. Lipnicką, Zubrzycę i Jabłonkę, szybko i sprawnie, z widokiem na zaśnieżone Tatry i szerokie połacie orawskich łąk, pól i lasów. Pierwszy punkt trasy osiągamy około 11:00, zaliczając kilka postojów.
Łopuszna. Tutaj zaczynamy. Na niebie żyleta, słońce przygrzewa, rześki wiaterek biega wśród pączkujących drzew. Na pierwszy ogień zwiedzania idzie zespół dworski, który na przełomie XVIII i XIXw. wybudował Romuald Lisicki, syn właściciela Łopusznej. Od roku 1824 właścicielem dworu i wsi był Leon Tetmajer, który ożenił się z córką Lisickiego, od tego czasu jest nazywany Dworkiem Tetmajerów. Obecnie działa tu Muzeum Kultury Szlacheckiej, które jest filią zakopiańskiego Muzeum Tatrzańskiego. W skład zespołu dworskiego wchodzą budynki: oficyny, obora, spichlerz, stajnia, wozownia i chałupa Stanisława Klamerusa z Łopusznej z 1887 r.. Wewnątrz urządzono ekspozycję pokazującą wnętrze domu chłopskiego z okresu międzywojennego.
A na tyłach dworu pasą się konie, niektóre przyjazne, z parciem na szkło.
Idziemy w stronę drewnianego kościoła pw. Świętej Trójcy i św. Antoniego Opata. Właśnie skończyła się msza i wychodzą zeń górale w swoich strojach regionalnych, całe rodziny począwszy od niemowlaków w wózkach przebrane po góralsku, z koszyczkami i kwiatami w garściach. Nad wszystkim czuwa z wysoka pan bocian przycupnięty w gnieździe na słupie.
Niedaleko Łopusznej we wsi Harklowa również znajduje się drewniany kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny z 1500 roku. Bardzo dobrze zachowała się jego gotycka bryła, elementy architektoniczne, i częściowo autentyczne polichromie z 1500 roku. Nie wykonujemy dużo zdjęć ani filmów, ponieważ trwa różaniec dla dzieci, więc nie wypada.
Kierujemy się zatem dalej, bo następny na trasie jest kościół pw. św. Michała Archanioła z 1490 r. wpisany w 2003 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO w Dębnie. Tu też okazuje się, że okolica to prawdziwa bocianolandia – pełno ich wszędzie i dzięki nim człowiek czuje się swojsko i polsko. Do tego malownicze łany i łąki ciągnące się po bezkres hektarami, przydrożne kapliczki bielejące z daleka i ten niepowtarzalny zapach starego, zbutwiałego drewna i kurzu, gdy przekracza się próg wiekowej świątyni.
W Dębnie nie wolno wykonywać zdjęć w środku. Pewnie byśmy bezbożnie ten zakaz złamali, gdyby nie przyglądali nam się strażnicy grobu pańskiego. Cóż, ściany kościoła od wewnątrz zdobią unikatowe malowidła - polichromia z XV-XVI w., zawierająca motywy geometryczne i roślinne w układzie pasmowym. Wewnątrz kościoła zobaczyć można m.in. późnogotycki tryptyk w ołtarzu głównym z pocz. XVI w., zabytkowy krzyż z 1380 r., unikatowe cymbałki z XV w. oraz tabernakulum z pocz. XIV w. Tajemnic kościoła strzegą oczywiście dwa bociany a w tle Gorce z Lubaniem na pierwszym planie.
Ruszamy dalej na wschód, na Półwysep Stylchyn. Przed zalaniem w 1994 roku terenu wsi Czorsztyn, Kluszkowiec i części Maniów na potrzeby utworzenia Jeziora Czorsztyńskiego część starych zabudowań, cenniejszych zabytków drewnianych obu wsi dostało drugie życie. Powstała tutaj Osada Turystyczna Czorsztyn. W skład osady wchodzi 9 zabytkowych drewnianych pensjonatów i willi, 11 wiejskich chałup i budynków gospodarskich oraz 11 kamiennych piwniczek z drewnianym lamusami nad nimi. Wszystkie obiekty pochodzą z XIX i początku XX wieku. Kompleks składa się z 2 części: skansenu etnograficznego i części willowej – uzdrowiskowej, gdzie w XIX i XX-wiecznych willach znamienitych w okolicy osobistości można sobie za niemały pieniądz wynająć apartament.
Piwniczki z drewnianymi lamusami XIX i XX wiek:
Dwór Drohojowskich z Czorsztyna 1880r.
Willa Leopolda Szperlinga 1847r.
Willa Basia II (dawniej "Pieniny") lekarza Bogusława Okuliara, lata 30. XX w.
Willa Teofila Sanoka, nauczyciela i pszczelarza, 1922r.
Basia II - willa dr Kulczyckiego, lata 30. XX w.
Osobiście dla mnie to ciekawy pomysł, jednak mam mieszane uczucia. Ciekawie i dostojnie prezentują się te przepiękne wille, zwłaszcza była „Restauracja Pieniny” Leopolda Szperlinga, kontrastują z pewnością ze skromnymi zagrodami chłopskimi. Wszystko jednak na razie wygląda tak, jakby dopiero ktoś postawił tu te domy, dodał dźwig, rozgrzebany plac budowy i niech się dzieje wola nieba. Położone to wszystko jest niezwykle malowniczo, nad samym brzegiem jeziora, niedaleko przystani, funkcjonuje tu również pensjonacik z restauracją, ale trzeba też było to piękne założenie architektoniczne zepsuć jakimś nowoczesnym apartamentowcem wielkości Hiltona zasłaniającym pół widoku. Na szczęście jest tu na tyle pięknie, że gdziekolwiek by się człowiek nie obrócił, tam wpadnie w zachwyt. Są święta, więc nie ma tu żywego ducha, pewnie już w majówkę się tu zaroi od ludzi. Ja tylko w duchu trzymam kciuki, by udało się tu zachować mimo wszystko choć trochę atmosfery minionych lat a nie zepsuć wszystkiego komercją i pogonią za pieniądzem. Na początek niech postawią jakieś ławki i zbudują chodniki ![]()
Z Osady kierujemy się na Czorsztyn, mając nadzieję, że w Wielką Sobotę zamek może być otwarty.
Niegdyś zwany Wroninem, zamek Czorsztyn wzniesiony jest na Zamkowej Górze (588 m) zbudowanej z czerwonego wapienia, prawie 100 metrów ponad taflą Jeziora Czorsztyńskiego (wcześniej rzeki Dunajec), wcześniej prawdopodobnie był tutaj drewniany gród. Zamek murowany powstał w XIV w. za czasów Kazimierza Wielkiego, który przejeżdżał tedy jadąc do Węgier i prawdopodobnie gościł na zamku w 1335r. Od XVIII wieku zamek stopniowo niszczał, był plądrowany, w końcu jego część spłonęła od uderzenia pioruna. Obecnie zamek, z częściowo odbudowanym zamkiem górnym i średnim, można zwiedzać indywidualnie (bilet 6 zł). I moja subiektywna ocena: dobrze to zrobili. Nie bije w oczy kontrast między nadbudową a starym zakonserwowanym murem. Są co prawda sztuczne umocnienia, kotwy i dobudówki, jednak w całości budowla prezentuje się bardzo dobrze. A widoki z murów górnego zamku są – można powiedzieć – oszałamiające.
Teraz obieramy kierunek na Jaworki. Z prostych przyczyn. Stoi tam dawna łemkowska cerkiew greckokatolicka św. Jana Chryzostoma, zbudowana w 1798r. na miejscu dawnej cerkwi z XVII wieku. Sklepienie i ściany świątyni pokrywa polichromia wykonana w roku 1926 roku, najcenniejszym elementem wystroju kościoła jest ikonostas pochodzący z końca XVIII wieku. Stanowi on przegrodę, oddzielającą od wiernych część świątyni z ołtarzem, w której mogli przebywać tylko duchowni. Uwagę zwraca ikona chramowa (patronacka), na której znajduje się św. Jan Chryzostom oraz jeszcze –o dziwo – dwóch gości. Są to św. Bazyli i Grzegorz z Nazjanzu, czyli trzej Wielcy Doktorzy Kościoła Na Wschodzie. Na przełomie lat 1946/1947 w ramach akcji „Wisła”, miejscową ludność – uznaną za sprzymierzeńców nacjonalistów ukraińskich z UPA – wysiedlono na te¬reny zachodniej Polski. Od 1946 roku cerkiew objął kościół rzymskokatolicki i powstała parafia w Szlachtowej z kościołem filialnym w Jaworkach pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.
Szlachtowa była najdalej na zachód wysuniętą enklawą łemkowską w Polsce. Sama miejscowość jest pozostałością po wsi rusińskiej, co odzwierciedla również sama bryła dawnej cerkwi, która pełni teraz funkcję kościoła katolickiego pod wezwaniem Matki Boskiej Pośredniczki Łask. Kościół ten zbudowany został na przełomie XIX i XX wieku, na planie krzyża greckiego, w miejscu pozostałości po poprzedniej cerkwi. Wewnątrz zachowała się polichromia figuralna z ok. 1919 roku (dzieło malarzy z Szkoły Lwowskiej) prezentująca sceny z Nowego Testamentu. Warto także zwrócić uwagę na ikonostas, który wykonano na płótnie, a nie jak zaleca tradycja, na deskach. Ponadto przedstawione na ikonach postacie są ubrane w typowo polskie stroje, co jest rzadko spotykane na tego typu obrazach. W ołtarzu ukrytym w głębi sacrum znajduje się kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z Jasnej Góry.

Przebicie się przez Szczawnicę obstawioną z obu stron ulicy autami to nie lada wyzwanie. Na szczęście skupisko turystyczne omijamy i lecimy z powrotem w kierunku Czorsztyna, a właściwie Niedzicy, gdzie planujemy wstępnie nocleg i rozglądamy się za dogodnym miejscem na rozstawienie kratki grillowej, bo pora mocno obiadowa. Jeszcze zatem jeden obiekt po drodze do odwiedzenia…
Mianowicie kościół św. Marcina w Grywałdzie –drewniany kościół parafialny pw. św. Marcina, wzniesiony w II połowie XV wieku, który zachował do dziś swój pierwotny, gotycki charakter. Jest to świątynia orientowana, trójdzielna, obita i pokryta gontem. Niestety nie udało się wejść do środka, ponieważ jest zamknięty a pora popołudniowa na wiosce w Wielką Sobotę to raczej czas pieczenia ciasta i przyrządzania sałatki warzywnej niż oprowadzanie turystów po kościółku. Zatem piękną i malowniczą drogą wśród pienińskich wzgórz, z widokiem na Tatry i połowę świata zmierzamy powrotem do Niedzicy.
Głód zwycięża nad zwiedzaniem, uprzedzę fakty i oznajmię, że na zamku w Niedzicy z przyczyn trywialnych po prostu nie byliśmy tym razem. Z murów Czorsztyna wypatrzyliśmy sobie natomiast miejscówkę na obiad na cyplu Rezerwatu Zielone Skałki. Miejsce i na biwak szlachetne, jedna ekipa się tu już rozbiła, zajeżdżamy nad taflę Jeziora Czorsztyńskiego, na plażę, z widokiem na okoliczne wzgórza i oba zamki –Czorsztyn i „Dunajec” w Niedzicy. Nawet Gałgan jest szczęśliwy i postanowił się poopalać
Wielkopostne udka z kurczaka z grilla i pomału szukamy noclegu dla naszej zielonej zdezelowanej i deszczogennej (tym razem przymrozkogennej) budki. Niedzica odpadła w przedbiegach, Zielone Skałki zajęte, trafiamy na kemping „Łęg” za Frydmanem, urocze i zaciszne miejsce nad Białką, ale niestety jeszcze nieczynne. Próbujemy namówić właściciela na odstępstwo od reguły, ale w kulturalny sposób nam odmawia, jednak daje namiary na pewniaka na bicie śledzia na dziko – na nieczynnym kempingu przy jeziorze i wykorzystujemy to oczywiście.
Pusto, cicho, jakiś facet tylko z pontonem, kilka dzieciaków na randce i połacie ciszy, pustki i malowniczego spokoju nad samym brzegiem jeziora pod Frydmanem. Rozwalamy się w otoczeniu krzaków zieleniejącej wikliny. Wieczór jest ciepły, cichutki, spokojny, DJ Gałgan zapuszcza klasyki rocka z mp3, słońce niży w dół i kładzie malownicze ciepłe cienie na wody jeziora, na plażę i Pieniny w oddali… Kiełbaska z ogniska i Bob Dylan nad Lubaniem, zabawy wieczorne ze światłem i czas złożyć łby ku zimnej pościeli…
C.D.N.
Jan Himilsbach






































































































