Temat: XXXII Jesienne Bacowanie na Jasieniu...
...czyli o tym, jak bez sensu nosić 1,5kg szmaty w plecaku.
Witam!
Wróciłem coś wyjątkowo (za)wcześnie z wyjazdu kursowego, do siadam i piszę, ponudzę Was.
Akcję zaczynamy w składzie niewyspana Agata i niewyspany ja w piątek. O 6:40 spotykamy się na dworcu PKP w Krakowie. Agata (bardzo strategicznie...) postanowiła się nauczyć w środę jeździć na łyżwach, więc w piątek była cała poobijana i w sumie to miałem lęki, czy da radę. Przedyskutowaliśmy sprawę, przedstawiłem jej dwie opcje - albo z Obidowej na Stare Wierchy, do Rabki żółtym/zielonym i ponownie na Stare Wierchy czerwonym, albo z Lubienia przez Szczeble i Luboń Wielki do Rabki, a potem na Stare Wierchy (gdzie mieliśmy nocleg). Rabka była punktem koniecznym, ponieważ mieliśmy się tam spotkać z resztą ekipy. Agata stwierdziła, że da radę, a jak nie to podjedziemy stopem do Rabki (z przeł. Glisne).
O 7:55 wylądowaliśmy w Lubieniu, zjedliśmy po kanapce, napiliśmy się herbaty i asfalting czarnym szlakiem (który wtedy jeszcze miał kolor przezroczysty). Zimno z rana było tak, że cieszyłem się z spontanicznego wzięcia polaru (miałem w planie tylko bluzę joggingową i kurtkę) i planowego wzięcia czapki. Na podejściu pod Mały Szczebel Agata zaczyna odczuwać kolano, ale daje radę. Dość szybko się rozgrzewamy, więc szybki częściowy (:-() stripteas i leziemy. Niedaleko Małego Szczebla widzę jaskinię, która była oczywiście na mapie. Agata, ponieważ ma klaustrofobię, postanawia zostać na powierzchni. Ja w zasadzie też, ponieważ jaskinia jest zawaliskowa i zawalona. Drepczemy na Wielki Szczebel, trochę się gubiąc po drodze (przyszli przewodnicy, psia kostka...). Jak już lądujemy na górze, to ubieramy na siebie wszystko co tylko mamy. To było bardzo dobre wyjaśnienie skąd nazwa miesiąca - piździernik. Śmiejemy się trochę ze szlaku Jana Pawła II (JP2 samego w sobie oboje bardzo szanujemy. Ot, śmieszy nas nazywanie wszystkiego gdzie był, szlaków którymi chodził w '53, etc. jego imieniem). Gdy lądujemy na przełęczy Glisne jest 12:00, czyli jesteśmy pół godziny w plecy. Postanawiamy dokonać bardzo wymagającego i niesamowicie trudnego technicznie trekkingu dookoła Lubonia Wielkiego. Po 40 minutach dostałem SMSa od przewodniczki ekipy właściwej: "Za 15 minut mamy autobus z Krakowa, będziemy w Rabce około 17:00-17:30". Szybko rzucam panią lekkich obyczajów. Niestety, jest już za późno, żeby wrócić do szlaku na Luboń, a chaszczing nam się nie uśmiecha, szczególnie że stoki Beskidu Wyspowego nie należą do najwygodniejszych do podchodzenia. Spokojnie drepczemy do sklepu "U Paluszka", gdzie postanawiam złupać bronka (bez podtekstów politycznych!) i czipsy. Od sklepu do DK28 mamy 30 minut. Idziemy spacerkiem, łapiąc stopa. Nic z tego. Już na samej szosie podkarpackiej zatrzymuje się trzeci samochód. Przyjemna pani (pozdrawiam!) ubrana między innymi w sportowe rękawiczki samochodowe jedzie do Rabki. My też. :-) A pani jechała bardzo... Ekhm... Konkretnie. ;-) W Rabce się posilamy do godziny 14:30 po czym udajemy się na cmentarz, gdzie poszukujemy cmentarza wojskowego z I wojny światowej. Siedem mogił, większość bezimiennych. Koło siebie leżą Polacy, Węgrzy i Rosjanie.
Przy okazji cmentarza chciałem wyrazić swoje oburzenie. Na cmentarzu w Rabce stoi krzyż, na którym jest napis: "Starobielsk, Kozielsk, Ostaszków, 1939-45", a pod tym naklejone jest zdjęcia ś. p. Marii i Lecha Kaczyńskich... Chyba się komuś coś popierniczyło, żeby stawiać koło siebie śmierć w katastrofie lotniczej i masowe morderstwo z czasów wojny (tylko proszę mi po tym akapicie nie rozpisywać się na temat mojej antypolskości albo teorii spiskowych).
Z cmentarza wracamy na Główny Szlak Beskidzki i wychodzimy na Maciejową, żeby zalec przy bacówce. 45 minut rozkminiamy panoramkę na Tatry, które widać jak na dłoni. Fajnie się tak patrzy i myśli: "O, a tam byłem trzy tygodnie temu". :-) Ponieważ musi być trudniej, a nie łatwiej, zamiast jak biali ludzie iść dalej GSB na Stare Wierchy, złazimy zielonym szlakiem do Jasionowa, dość długo szukamy odbicia na żółty szlak wiodący na przełęcz Pośrednie. W końcu zaczynamy przy pełni księżyca wyłazić na przełęcz. W schronisku lądujemy jako pierwsi, robimy jedzenie, kupuję piwo i czekamy. Po około 45 minutach przychodzi Remik z synem. Okazało się, że szli tym samym szlakiem co my. :-) Pół godziny za Remikiem przychodzi reszta ekipy. Ściorani życiem straszliwie. Chwilę gadamy, pijemy herbatę i rzucamy się spać.
Sobota zaczyna się od pytania Mikołaja (syna Remika) do taty, dokąd dzisiaj idziemy. Moja dusza krzyczała "spaaaaaaaaać!". Nie dało się. Spokojnie zrobiliśmy śniadanie, herbatę i udaliśmy się na szlak. Pod dowództwem Mateusza udajemy się na Turbacz. Mateusz stara się odpowiadać na różne pytania Remika, ale średnio mu idzie. Na niektóre pytania odpowiadam ja ;-)). Wleczemy się jakoś okrutnie. Około południa na Turbaczu odbywamy regularną bitwę na śnieżki. Gdy już każdy obił każdego poszliśmy do schroniska. Tutaj dowiedzieliśmy się, że istnieje taka jednostka czasu jak "piwo". Przerwa trwała jedno piwo (i talerz pierogów). Następnie z niesamowitym szczęściem na twarzy obserwowałem jak Mateusz próbuje opanować lawinę pytań od przewodników. Na Przełęczy Borek prowadzenie przejmuje Asia. Z nią idzie się po prostu źle. Popełnia elementarne błędy w prowadzeniu, które dołują dwie osoby w grupie (Asia wycięła do przodu, a z tyłu zostałem ja, jako zamek, i dwie koleżanki). Aż szkoda pisać. Z Kudłonia, chyba na dobicie, słyszymy średniej jakości panoramkę. Przynajmniej ładnie wyglądała. Nie zamierzam się dużo pastwić. Około 22:00 przyszliśmy na Jasień, a tam impreza na całego, różne trunki się leją. Zanim dotarłem do bigosu zostałem uraczony słowacką, oryginalną, Borowiczką i Jasiem Wędrowniczkiem. Potem do bigosu otwarlim po piwie i w zasadzie na tym się skończyło spożycie, bo byłem padnięty niemożebnie. Trochę się poobijaliśmy, pogadaliśmy o przyszłorocznym śpiewniku na Bacowanie (bo będzie je organizował mój kurs), będzie on zawierał tę jakże zacną pieśń, z którą część kursu się utożsamia.
Około 1:00 przy głosach ogniskowych, darciu mordy i gitarze kładę się spać. W ramach testów wskoczyłem w nowy śpiwór. Muszę powiedzieć, że mój nowy nabytek - Grizzly Troll 700 - spisał się znakomicie. Spałem w bieliźnie oraz w cienkiej bluzie joggingowej. Było mi aż za ciepło, a było zimno.
Niedziela to spokojny powrót do domu, samochodem z Bakerem. Powrót co prawda przerodził się w srogie pytanie. Było cienko, ale i tak Asia nie wiedziała znacznie więcej ;-))
No i krzepki wschód słońca nad Beskidem Wyspowym... Nie jestem w stanie go opisać. To po prostu trzeba zobaczyć. Widzialność żyleta, ponoć z samego grzbietu było widać Tatry... Ech.
Należy się jeszcze wyjaśnienie podtytułu: otóż. Agata przetrzymywała w swoim samochodzie mój namiot, który miała zabrać na Jasień. No niestety, wzięła namiot i szpilki. Stelaż został w serwisie Opla, gdzie trafił samochód Agaty po zmasakrowaniu przez TIRa. Że tak powiem: epic fail i 1,5kg dodatkowo na plecach (Bergson Ultralight 2 waży raptem 1,8kg, z czego 300 gramów to stelaż. Na szczęście tylko tyle waży).
Ostatnio edytowany przez marcus (2010-10-24 15:00:16)