Temat: PMS
Witam!
Kolejny weekend to i kolejny wyjazd kursowy. Kurs, niestety, skutecznie omija Beskid Mały, ale nic to - są na terenie uprawnień góry równie wymagające co podejście na Chrobaczą Łąkę. Właśnie na taką pojechaliśmy...
Nasza opowieść zaczyna się w piątek o 16:16 w odjeżdżającym właśnie pociągu z Katowic do Żywca. 15 minut później za oknem robi się już absolutnie ciemno co wyzwala we mnie potrzebę zwerbaliwania przemyśleń: "k***a, panowie, to jest kretynizm wcielony - jest po zachodzie słońca, a my nawet na pogórzu nie jesteśmy". "Panowie" ponieważ jedzie nas szalona grupa trzech osób - dwaj kursanci Marki i jeden przewodnik Bartek. W Żywcu przesiedliśmy się na PKS do Przyborowa i już po 19:00 byliśmy pod sklepem w Moczarkach, gdzie spokojnie złupaliśmy bronka i kupiliśmy jednego na Mędralową. Zostałem wyznaczony do prowadzenia tej jakże licznej grupy, opowiedziałem zatem co nieco o Przyborowie i znajdującej się tam kapliczce, po czym poszliśmy w góry. Zielony szlak wyprowadził nas na jakąś plankę, z której (obowiązkowo!) strzeliliśmy panoramkę i poszliśmy dalej na Mędralową Zachodnią, gdzie ponownie: kilka słów o Słowacji i ruchu turystycznym w strefie granicznej, a potem szybko do bacówki na Mędralowej. Problemów ze znalezieniem brak. W środku zastajemy dwóch turystów z Krakowa palących ogień. Niestety na 'poddaszu' taka wędzarnia, że decydujemy się spać na dole. Jeszcze tylko posiłek, piwo i do śpiworów przy opowieściach o ukochanych Wołochach. Słowo o śpiworze: kupiłem jakiś czas temu za szalone 110zł śpiwór syntetyczny Grizzly Troll 700. Teoretycznie ma komfort +2 stopnie. Teoretycznie, bo w nocy było przynajmniej -5 i się całkiem wyspałem budząc się tylko dwa razy, żeby się podciągnąć, bo spadałem z maty (kto spał na Mędralowej wie o czym mowa ;-)). Mata, na szczęście, nie była wysoka więc nic mi się nie stało.
Sobota zaczyna się od wyjrzenia z bacówki i stwierdzenia, że pada śnieg. Zbieramy się i lecimy na Markowe Szczawiny rozprawiając po drodze o mateczce Austrii na tych terenach, rodzie Komorowskich i innych takich ciekawostkach. I o ukochanym Głównym Beskidzkim, Górnym i Dolnym Płaju, etc. Spiżdżeni dotarliśmy do schroniska, gdzie spotkaliśmy się z resztą ekipy, szaloną liczbą pięciu sztuk, którzy wymiękli i nie chcieli spać na Mędralowej. Po spożyciu piwa, herbaty, kanapek i innych frykasów prowadzący wyjazd stwierdził na szczęście, że nie idziemy przez Akademicką Perć, a po bożemu - przez Bronę. Później jawiło się nam to chyba najlepszą decyzją tego dnia. W padającym bez litości drobnym śniegu wspięliśmy się na Przełęcz Brona (1408) i ruszyliśmy na Diablak. Rzeź niewiniątek zaczęła się jeszcze w kosówce. Wiatr około 100km/h, południowy, śnieg i widzialność na poziomie czubka nosa. Szczęśliwie Magda nie miała problemów z orientacją, co jednak nie zmienia faktu, że spiździało nas tego dnia po raz drugi. Śniegu na szczycie niewiele - kamienie nadal wystają. Jednak miejscami zapadaliśmy się powyżej kolan, żeby nie napisać że po jaja/jajniki. Wot, PMS Królowej Beskidów... Z szczytu zamiast panoramy było stwierdzenie, że spadamy. Prowadzenie przejął Michał i dość sprawnie sprowadził nas na poziom kosówki, a potem do lasu, gdzie było już spokojnie. Na tyle spokojnie, że trzeba było wyjąć czołówki, skoro zatem plecaki spadły z pleców to trzeba było też coś zjeść i tak chwila przerwy zrobiła się dłuższą. Gdy w końcu zeszliśmy do Rajsztadu (masakryczne zejście, ślisko jak fix, kolana cierpią na takich stromych zejściach) zaczął się wręcz bieg, ponieważ na tym wyjeździe pulpa miała być tematyczna: południe! Ostry sos, ser feta i mozzarella, kukurydza i fasolka. Wyszło godnie. Niestety, godnie kosztowało nas 30zł (ale gdybyśmy to chcieli robić w szałasie na palnikach to pewnie bym nie pisał tych słów tylko rzucał kur*ami w stronę "zimowej" mieszanki gazu... Na Mędralowej woda gotowała się tak cholernie długo, że masakra) w agroturystyce u bardzo miłych gospodarzy. Chwilę jeszcze pogadaliśmy, ale wszyscy popadali jak muchy, więc padlim i my.
Niedziela to spokojne przejście z miejsca naszego noclegu - Kiczor - do Orawskiego Parku Etnograficznej w Zubrzycy Górnej. Najpierw srogo bez szlaku, a potem znanym nam już rajsztagiem. Pogoda dzisiaj dopisała, więc faktycznie zrobiliśmy jakaś-tam panoramkę z zielonego szlaku schodzącego do Zubrzycy, kosztowało nas to opieprz od pani przewodniczki w skansenie, ponieważ spóźniliśmy się 10 minut ;-) Skansen polecam gorąco. Dawno nie byłem w tym w Zawoi Markowej, ale kojarzę, że był nudny jak sto pieronów. A w Zubrzycy całkiem przyjemnie. Mimo niezbyt przyjemnych współzwiedzających. Po nieco ponad godzinnej wycieczce postanowiliśmy się ogrzać (niby ładna pogoda, ale zimno jak skurczybyk) i spożyć termos herbaty wraz z tabliczką czekolady. Bartek i ja postanowiliśmy zaoszczędzić i wrócić stopem. W Zubrzycy złapaliśmy drugi przejeżdzający w stronę Zawoi samochód. Przyjemny kierowca podrzucił nas aż do Wideł, skąd w 15-20 minut złapaliśmy kolejnego stopa, w stylu "na czapkę", gdyż Bartek miał 30-letnią czapkę-uszatkę, identyczną jak kierowca. Pan podwiózł nas do skrzyżowania na Przysłop, gdzie złapaliśmy kolejnego stopa, do Suchej. Tym razem - na polary i stuptuty (turysta). W Suchej Beskidzkiej sterczeliśmy 45 minut aż zatrzymało się przyjemne małżeństwo, również turyści wracający z Babiej. Wielkim Mercedesem Vito zawieźli nas do samego Bielska, gdzie już pojechaliśmy pociągiem.
Na całym wyjeździe miałem włączony logger GPS i mam nadzieję, że powstał w miarę porządny log. Jutro się pewnie zbiorę do wrzucenia go w GPSies.
Pozdrawiam i dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż do tych słów nie uderzywszy wcześniej nosem w klawiatury.