Temat: Pół kilometra nad Małym Beskidem
Witam!
Koniec listopada i grudzień będą obfitować w wyjazdy nie tylko kursowe, wczoraj i dzisiaj odbył się drugi z pięciu, mianowicie: XXXVI Blachowanie.
Zamiast wstępu: Blachowanie, jak sama nazwa wskazuje, to impreza na której osoby kończące pozytywnie kurs przewodnicki SKPB Katowice zostają przyjęte w poczet członków Koła, gdyż członkami Koła mogą być tylko przewodnicy (w końcu Studenckie Koło PRZEWODNIKÓW Beskidzkich). Impreza odbywa się raz do roku, przeważnie w grudniu i statystyki wskazują, że najczęściej w bacówce na Jasieniu. W tym roku jednak Blachowanie zostało przeniesione do bacówki na Polanie Górowej (gdzie w sezonie stoi baza namiotowa), przez wzgląd na dojazd na Jasień - w Katowicach toć jeszcze w czwartek waliło śniegiem i generalnie przyjemnie nie było, a prognozy na piątek były niepewne. W sobotę rano dopadła mnie jeszcze praca, więc prosto z niej pojechałem do Mysłowic, gdzie po 20 minutach oczekiwania spotkałem się z Bartkiem, Rafałem i Mateuszem. Samochodem Bartka bez większych problemów dotarliśmy do Korbielowa Kamiennej, skąd szybko wskoczyliśmy bez szlaku na Polanę. Problemów orientacyjnych brak, bo droga cudnie przedeptana, po drodze nawet napisy na śniegu "SKPB Blachowanie 2010" i takie tam. Do bacówki dotarliśmy około 17:30 i zabraliśmy się za przygotowania, ponieważ mój kurs miał się zająć przystrojeniem 'sali'. W tym czasie Zarząd podejmuje decyzję, że część artystyczna będzie się odbędzie w kuchni bacówki, ze względu na temperaturę - -13 stopnie (w dolinie było -19 jak wychodziliśmy). Werbalizuję swój pomysł wyskoczenia rano na Pilsko - wyż wisi, zimno, więc widzialność będzie żyleta. Kilka osób potakuje - 'też o tym myśleliśmy'. Ustalamy początek ataku szczytowego na 6:00, co przekłada się na pobudkę o 5:30 najpóźniej... No nic, podsumowuję w myślach, że gatunek ludzki to debile i przy takich zagrywkach z samymi sobą wymrzemy szybciej niż dinozaury, po czym wracam do sklejania łańcuchów z bibuły. W koło goni herbata, bo Blachowanie to impreza absolutnie bezalkoholowa. Bardziej chyba dla ogrzania rąk, bo w bacówce piździ jak sto diabłów, ale atmosfera jest gorąca. O 19:00 zaczyna się wielka organizacja kuchni - wyeksmitowany zostaje stół, na podłogę trafiają tzw. lateksy i grupki po pięć osób są wpuszczane do kuchni, co by nie było rozpieprzu. Dostaje mi się wygodne miejsce pod ścianą. Najpierw następuje konkurs pod hasłem 'jaka to melodia' - na gitarze jeden z przewodników odgrywa kawałek piosenki turystycznej, po czym następuje zgadywanie przez Blachowanych. Drugi konkurs to złośliwienie się Blachowanych na Przewodników - pytania o abstrakcyjne panoramki i takie tam przyjemności. Oraz konkurs wiedzy o jużniestarszym kursie 2009/10, zorganizowany dla Szefowych kursu. Na końcu następują pytania wydumane przez Zarząd do Blachowanych. Zabawy jest co nie miara, padają pytania o (cytuję) "małżeństwa typu kursant-kursant... Eeee... Kursantka!" albo "małżeństwa-mezalianse, typu przewodnik-kursant", wiedzę o historii Koła, etc, etc. Nagrodą za dobrą odpowiedź (a tych pada ponoć wyjątkowo dużo) jest niewypicie tzw. Miksturki. Nagrodą za odpowiedź złą, oczywiście, wypicie łyżeczki miksturki. Po pierwszej łyżeczce jaka 'padła' od jednego z blachowanych pada tekst do organizatorów "jak ty to przyrządzałeś to nie chcę wiedzieć jakim jesteś kucharzem!" ;-) "Miksturka" to jakiś taki paskudny nazwijmytonapój, w tym roku złożony z: wody, kawy, barszczu z torebki, musztardy, pieprzu, soli i czegośtamjeszczeniepamiętam.
Po tym jakże zacnym konkursie Blachowani wychodzą na poszukiwanie sweterków z parzenicą, a reszta bierze się za rozpalanie watry, przy której następuje już Blachowanie właściwe - przypięcie trójkątnych blach kołowych, gratulacje od Prezesa, Przewodników i całej reszty ;-) Już z nowymi przewodnikami udaliśmy się ponownie do bacówki, gdzie zjedliśmy jasiernik (przepis na stronie SKPB.org) i tort przewodnicki, szefowski, czy jakoś tak, a następnie w kimę, bo godzina się zrobiła 1:40, a pobudka o 5:25 ustawiona. Za ścianą namiotu temperatura -15, w namiocie temperatura -15 stopni, na szczęście pożyczona puchówka i moja mata samopompująca w pełni izolują od zimna.
Niedziela zaczyna się od uświadomienia sobie, ze wyrzuciłem we śnie czapkę, bo było mi gorąco. Dramatyczne poszukiwania w śpiworze, wymiana baterii w czołówce, śniadanie do łóżka (!) i o 5:55 zakładam buty, a na nie stuptuty. Lekko wieje, ale widzialność jest nie z tej ziemi. Z bodaj sześciu albo siedmiu osób, które zapowiadały wstanie i pójście wstał tylko Bartek, mój kierowca ;-) Lecimy na Pilsko, zajmuje nam to 55 minut, po czym przez kosówkę przedzieramy się na słowacki wierzchołek, bo widać z niego więcej, przede wszystkim jest widok na zachód. Rozkminiamy panoramkę i ku naszemu zdziwieniu najwyższemu - widzimy Pieniny z wyraźną Wysoką. Słońce cudnie wyłazi znad Przełęczy Liliowe, nawet jakbym miał aparat to nie oddałbym tej gry światła... Uch! W pełni odbyłem sobie za zesztygodniową Babią, na której ledwie nos widziałem. Jeszcze rzut oka na Beskid Mały. Faktycznie, nie wydaje się duży, ale to i tak nic, bo Średni ginie w morzu mgieł. Postanowiliśmy wypić po kubeczku herbaty na szczycie, więc tak czynimy i spadamy, bo wieje jak fix. W drodze powrotnej mamy uciechę jak dzieci, brodzimy w śniegu po kolana, czasami zapadamy się po pas, Bartek na mój komentarz, że pewnie łatwiej by było szlakiem przedeptanym odpowiada z pełną powagą: "tylko Harnasie łażą przedeptanym. SKPB depcze dla Harnasi" (no offence angi), milknę zatem i mam ubaw w duchu, co chwilę zapadając się i zatrzymując przy okazji na podziwianie panoramy. O 8:30 trafiamy ponownie na Górową, gdzie parzymy kawę i po jej wypiciu lecimy na dół. Powrót w pełni spokojny.
Niech mi ktoś i tym razem napisze, że było śmiesznie...!