Tytułem wstępu: O wrzucenie tej relacji prosiła mnie nena więc prośbę spełniam, tym bardziej, że dziewczyny były w górach tylko w sobotę, a ja trzy dni. Jednocześnie dziękuję Piotrowi za reaktywowanie konta, co nie oznacza wcale, że wracam tu na stałe. Jednocześnie pragnę poinformować, że jest to ugrzeczniona wersja relacji, która ukazała się na łamach Forum Klubu Chimalajowego oraz Forum NPM.
Piątek. 10 stycznia Roku Pańskiego 2014. Matki Boskiej Pieniężnej. A ja mam wolne za nadpracowane. Decyzja jest jedna i jedynie słuszna, niczym program Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zbieraj dziadu dupę w troki i marsz. Tylko pomysłu nie ma, a pora dość późna - południe. Kombinuję jak cygan w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej i nagle wpadam na genialny w swej prostocie pomysł. Przecież mam zaproszenie do Lucjana (byłego chatara Pod Potrójną, który osiadł w Kocierzu Basiach) - od niemal 2 i pół roku, więc dlaczego by nie skorzystać. Szybki telefon celem upewnienia się, że chatar siedzi u siebie i nieśpiesznie ruszam wyciągiem w stronę Chatki pod Potrójną. I tu przeżywam szok. Na wyciągu leżą resztki czegoś białego, co onegdaj w naszych okolicach nazywane było śniegiem i było w styczniu zjawiskiem dość powszechnym.
Zaczynam żałować, że nie wziąłem raków, jednak widok kolesia łojącego wyciąg na żelaziwie musiałby być dość (delikatnie rzecz ujmując) oryginalny
Nic to. Po piętnastej glebie przestaję liczyć bliskie spotkania ryja z tym czymś białym i zimnym. W końcu doczłapuję. Wiadomo gdzie
Krótka pogawędka z chatkowym Mariuszem i zmykam słoneczkami do Kocierza Basi. Powoli robi się ćmok, więc po dojściu na końcowy przystanek PKS otwieram browarka i drę te 2,5 km asfaltu w dół. W końcu odnajduję chatę Lucjana. Serdeczne przywitanie z gospodarzem i Leszkiem (też przez krótki czas chatar Pod Potrójną), Lucjan oprowadza mnie po swoich włościach i zasiadamy do biesiady. Wieczór i kawałek nocy mija nam na wspominkach, pogaduchach, krupniku (i bynajmniej nie jest to zupa
) jajecznicy na boczku i kiełbasie i "śnie o Victorii".
Sobotni poranek. Wstyd się przyznać, ale jak w domu budzę się bez pomocy budzika około 4:15, tak tam śpię słodko do niemalże 10. Szybka kawusia rozruchowa, browarek i około południa czas pożegnać gościnne progi. Wpierw miałem zdymać asfalcik aż pod szlaban i odwiedzić Stacha na Gibasach. Ale mnie się odechciało
Odwiedziłem za to nowe żeremia bobrowe na Kocierzance i potuptałem słoneczkami pod Zbójeckie Okno.
W nocy musiało z deka pizgać
Po drodze dostaję jeszcze sms-a od Przema, że idzie do Anki i Rafała na szczyt i jakbym był w okolicy, to mam wbijać. Tak, jestem w okolicy od wczoraj
No i miałem zamiar wbić
Tylko, że muszę na dziada czekać na chacie ponad trzy godziny. Zanim się ta pijaczyna doturla z Zembrzyc. No ale siedząc na tarasie chaty mam takie widoki.
W międzyczasie do chaty dociera jeszcze trójca (nie)przenajświętsza w osobach Neny, Joli oraz Darka T.. Rzecz jasna jestem w stosunku do nich niezmiernie złośliwy i szyderczy, za co chcą mnie potraktować święconką. Egzorcyzmy jednak nie dają rezultatu i Trójca ucieka w dolinę. A kysz!!!
Wieczór i pół nocy z Przemem oraz dwiema świeżo poznanymi koleżankami ze... Szczecina upływa nam na pogaduchach i tradycyjnym topieniu robaka. Rano fajnie jest. Choć polemizowałbym. Rura pali.
I czas wracać do cywilizacji. A śniegiem napierdziela jak przed wojną.
I to chyba na tyle.
Komplet zdjęć będzie, może, kiedyś. Jak mnie się zechce to ogarnąć. A już dawno mnie się tak nie chciało, więc nie obiecuję. Dziękuję za uwagę. Dobranoc.