Dopiero teraz piszę, bo życie poza internetem dopada mnie ostatnio srodze.
Między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem postanowiłem udać się w góry. Padło na Beskidy różne, w tym na Beskid Mały. Od początku jednak...
Wtorek, 27 grudnia. Ruszamy jakoś nieludzko wcześnie z Katowic do Bielska-Białej, gdzie lądujemy jakoś nieco po ósmej. Pogoda dobra. W Bielsku wskakujemy w autobus do Lipnika i wychodzimy z Kopca na niebieski szlak na Gaiki. Wyjazd ten ma na celu pomoc Radkowi w aktualizacji przewodnika, więc towarzyszą nam (mi i koledze Marcinowi) papiery oraz przejściu kilku nieznanych szlaków. Pora roku... No, niby zima, ale nic na to nie wskazuje. Dopiero na grzbiecie pojawia się śnieg. Przy okazji warto podkreślić, że województwo Śląskie dostało dotację z UE na znakowanie szlaków - przy MSB widniała radosna tabliczka o pieniądzach na znakowanie i faktycznie je widać.
W przewodniku wprowadzamy drobne korekty - młodniki podrosły i ograniczają widoczność i takie tam. Następnie kawałek idziemy MSB i odbijamy na Nowy Świat. Do zielonego szlaku przez Nowy Świat miałem już chyba setkę podejść, ale w końcu się udało. Faktycznie, szlak przeprowadzony jest pięknie! Nad os. Nowy Świat odbijamy na niebieski szlak i schodzimy do Międzybrodzia Bialskiego. Tutaj znów warto wspomnieć o świeżutkim znakowaniu szlaku. Z Międzybrodzia Bialskiego podjeżdżamy autobusem do Międzybrodzia Żywieckiego i wychodzimy zielonym (nie widzę na mapie, a nie pamiętam, proszę o ewentualną poprawkę) szlakiem nad przeł. Isepnicką. Jest to kolejny piękny szlak, poprowadzony łagodnie, bez ostrzejszych podejść, ładny widokowo, przez piękny las dolnoreglowy. Około 15:00 docieramy na przeł. Kocierską. Tam szybko posilamy się żurem (ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy starter w postaci smalcu i chleba. Mniam! Żur również polecam), chociaż dotarcie do karczmy nie było takie proste. Pogoda zaczyna się robić nieciekawa, do tego stopnia, że gdy wychodzimy z karczmy jest haniebna mgła. Wracamy na MSB i tniemy pod Potrójną do chatki. W ciężkiej mgle szlak niestety gubimy, trafiamy jakoś na polanę szczytową Potrójnej i następnie srodze pieprzymy dalszą trasę - zaczęliśmy iść zielonym szlakiem (znakowanym ponoć przez Rafała). W końcu jednak trafiamy pod Potrójną, meldujemy się w chałupie, jemy, piję piwo, trochę gadamy z Olafem i spadamy spać.
Środa, 28 grudnia. Z ambitnego planu wstania o 7:00 i wyjścia o 8:00 wychodzą, jak zwykle, nici. Wstajemy jakoś o 8:30, zanim wybierzemy się z chatki jest 10:30. Warunki na szlakach dobre, acz mokry śnieg jest męczący, bo jeździ się na nim strasznie. Na rozstaju pod Anulą spotykamy Jarka z ekipą. Gadamy chwilę i rozchodzimy się każdy w swoją stronę. W trochę ponad dwie godziny schodzimy do Bramy Kocońskiej. W sklepie kupujemy sok i jedzenie, zaopatrujemy się w wiedzę nt busów ("następny za godzinę") i rozdzielamy się - Marcin idzie łapać stopa, a ja piję i jem pod sklepem. Chwilę po tym, jak Marcin odjechał, podjechał bus do Suchej Beskidzkiej... Postanowiłem nie ryzykować, tylko się w niego wpakować, bo nie wiadomo, kiedy trafi się następny oraz co będzie ze stopem. W Suchej bez problemy się spotykamy, dopadamy autobus do Zawoi Policznej. Po drodze przeklinamy pogodę (chwilę padał deszcz) ale i momentami oglądamy Babiuszkę. W Policznej jemy obiad i uderzamy do góry. Chwała Bogu, udaje się złapać stopa i nie musimy deptać asfaltu. Około 17:00 wychodzimy z Krowiarek na Górny Płaj. Po drodze spotykamy turystów, głównie narciarzy, około 19:00 trafiamy do schroniska na Markowych Szczawincach. Tam spotykamy znajomego GOPRowca...:
-o, kogo to ja widzę!
-cześć, cześć. Jak tam? Spokój?
-tak, spokój. Gdzie śpicie chłopaki?
-w jedynce.
-ok, to będę po was uderzał gdyby się coś działo.
Przyznaję, że to był mało smaczny żart, bo niby dużo nie przeszliśmy, ale wykończony byłem jak nie wiem... Na szczęście noc przebiegła spokojnie.
Czwartek, 29 grudnia. Przy śniadaniu poznajemy Dobrochnę. Jej facet wymyślił, że pójdzie na Babią Percią Akademików, a ona nie ma szpeju, więc postanowiliśmy ją przygarnąć. Jeszcze rano pogoda jest piękna, z okien schroniska widać nawet Babiuszkę. Niestety, gdy wychodzimy ze schroniska (około 9:00) zaczyna się robić zadymka, na Bronie wieje niesamowicie, do tego stopnia, że przychodzi mi założyć kurtkę ze sztucznym puchem (przy okazji: serdecznie polecam: http://www.tuttu.pl/ocieplane,kurtka-al … 896-6131-p - to był mój pierwszy w życiu zimowy wyjazd bez grubego polaru i ta kurtka sprawdziła się bardzo dobrze przy bardzo silnym wietrze) i w niej idę już do końca dnia. Na szczycie Babiej Góry jesteśmy około 11:00. Szybko pijemy herbatę, zjadam batonik musli i spadam, bo do zachodu słońca zostały jakieś 4-5h. Na szczycie dość poważny tłum, w tym 10-osobowa grupa Czechów. Na szczycie się rozdzielamy: ja uderzam do Zakopanego, a Marcin musi się dostać na Górową (pod Pilsko). Uderzam na zielony szlak, prowadzący do Rajsztagu na Orawie. Na szczycie widzialność pokroju 10 metrów i orientacja nie należy do najłatwiejszych co powoduje szybką zmianą taktyki z "zejścia zielonym szlakiem" na "zwiedzanie BgPN". Szlak jest oznaczony na 1:45h, ja do drogi szedłem około 4h30, głównie brnąć w kosówce wyższej ode mnie oraz w śniegu do pasa, głównie nie mając pojęcia gdzie jestem (poza truizmami pokroju "w lesie", "na południowych stokach Babiej", "w kosówce", "w dupie"...), przyznaję że sytuacja była dramatyczna, a gdy zobaczyłem w końcu zasypane śniegiem ślady samochodu (?!) rzuciłem się na ziemię i chciałem śnieg całować... Nogi wchodziły mi do tyłka, byłem poobijany i miałem dość wszystkiego. Pół godziny przerwy ubiegły na próbie ustalenia gdzie jestem (za pomocą GPS w telefonie), wypiciu połowy termosu herbaty i zjedzeniu paczki żurawiny. Ustalenia pozycji niewiele pomogły, ale jakie było moje szczęście, gdy 10 minut od miejsca, w którym siedziałem znalazłem zielony szlak - nie da się tego opisać! Około 16:00 trafiłem do Lipnicy Wielkiej. Tam ponownie zasięgnąłem języka o busach, próbowałem połapać stopa, jednak dotarłem około 18:00 do Zakopanego, gdzie byłem umówiony ze znajomym a około 22:00 miałem pociąg. Zjadłem obiad w mojej ulubionej zakopiańskiej knajpie (Fabryka Dobrego Nastroju), wypiłem piwo, spotkałem się ze znajomym, wypiliśmy jeszcze jedno piwo... A potem czekała mnie trauma - spacer Krupówkami... Co ci wszyscy ludzie tam widzą - nie wiem. A do pełni "egzotyki" brakowało mi tylko kogoś w butach wysokogórskich z całym szpejem przytroczonym do plecaka, bo widziałem chyba wszystko... Pociąg też był przygodowy. Około 23:00 pociąg jadący przed nami, w okolicy Rabki Zdroju potrącił człowieka. Około 3:45 mój pociąg przyjechał do Suchej Beskidzkiej (ja w tym czasie spałem w najlepsze), obudziłem się, gdy do przedziału wchodziło dwóch facetów, podniosłem głowę, pytam:
-gdzie jesteśmy, Panowi?
-w Suchej Beskidzkiej, k...a
-gdzie?!
-pociąg jest cztery godziny w dupę...
-o w dupę...
Napisałem szybko SMSa do dziewczyny, żeby spała ile może, bo będę 4h później i wróciłem do spania...