Temat: Z Rusinowej na Gęsią Szyję czyli jak Rodzynki rozpoczęły sezon zimowy
Nie ma jak dobrze rozpocząć sezon zimowy i mnie z Jolą się to wczoraj udało, z czego jesteśmy obie bardzo zadowolone
. Sobota zapowiadała się bardzo ładna, ale też bardzo mroźna, o czym przekonałyśmy się rankiem patrząc na termometr za oknem. U mnie -11, u Joli -17. Najważniejsze jednak, że samochód odpalił
. Mkniemy więc bladym świtem co sił na Zazadnią, co nam się prawie udaje
i ok. 10:00 po obfitym drugim śniadanku wychodzimy z samochodu na ….. o rety
! -21 stopni …
. Tyle bowiem wynosiła temperatura tego dnia rankiem w Zakopanem. W zamian dostajemy zerową prędkość wiatru i przetarty idealnie szlak, więc nie ma mowy o jakimkolwiek marudzeniu
.
Nie pomagają rękawiczki, dłonie marzną w sekundzie, trzeba na nie dmuchać, chuchać i masować.
Naszą wycieczkę zaczynamy w Dolinie Filipka. Pierwszym naszym celem są Wiktorówki z Sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr, gdzie postanawiamy na chwilę się zatrzymać i ogrzać u Dominikanów.
Tuż przed Wiktorówkami wydaje nam się, że mróz nieco zelżał i jak się później okazuje, tego dnia rzeczywiście mamy do czynienie z dosyć dużą inwersją . Na Wiktorówkach bowiem jest -12 stopni. Zdecydowanie daje się to odczuć. Zwiedzamy drewniany kościółek, po czym wraz z kotem gospodarzem, w którym od pierwszego wejrzenia zakochała się Jola, zresztą, ze wzajemnością
, udajemy się na gorącą herbatę do braciszków.
Na figlach i zabawach z przesympatycznym zwierzakiem oraz ogrzewaniu spędzamy dobre pół godziny, po czym ruszamy w kierunku Rusinowej Polany.
A Rusinowa tego dnia w świeżym śnieżnym puchu wyglądała przecudnie. Nie oszczędziła nam też pięknych widoków
. Wprawdzie słońce nie wyjrzało tego dnia zupełnie zza chmur, ale bladą poświatą spowiło tatrzańskie szczyty, którymi można się było zachwycać do woli
.
Z Rusinowej Polany schodzimy czarnym leśnym szlakiem do Doliny pod Wołoszynem. Raz po raz mijamy powalone przez wiatr halny drzewa. Widok takiego lasu jest przygnębiający
.
Spod Wołoszyna udajemy się czerwonym w kierunku Równi Waksmundzkiej. Chcemy tego dnia zahaczyć jeszcze o Gęsią Szyję.
Szlak ten biegnie częściowo po „leśnym rumowisku”, jednak od czasu do czasu wyzierają zza drzew pięknie ośnieżone szczyty
. Poza tym idziemy przez świeżo zasypany śniegiem las, więc czujemy się jakbyśmy były w bajkowym lesie wyjętym prosto z krainy Narni.
Niestety dzień mamy krótki. Tuż przed zmrokiem udaje nam się osiągnąć Gęsią Szyję, z której widoki powalają nas na kolana
. Naprawdę nie chciało się stamtąd odchodzić. Skąpane w kolorach zachodzącego słońca szczyty Tatr to widok pozostający na długo w pamięci
.
Prawie o zmroku schodzimy z powrotem na Rusinową Polanę.


Całkiem po ciemku dochodzimy do Wiktorówek, gdzie jeszcze raz korzystamy z gościnności Dominikanów. Trzeba po całodziennej wędrówce ogrzać się i coś zjeść. Temperatura po zmroku zaczęła bowiem szybko spadać. Do Zazadniej, gdzie zostawiłyśmy samochód, mamy jeszcze ok. 45 min. Braciszkowie przestrzegają nas przed misiem, który ok. 300 m od sanktuarium wybudował sobie gawrę i ani myśli, żeby się położyć … – notabene te tereny słyną z baraszkujących niedźwiedzi, dają krzyżyk na drogę i wskazówki na wypadek spotkania z dużym zwierzem. W Zazadniej jesteśmy ok. 17.30, całe, zdrowe i na szczęście bez niedźwiedzia w plecaku.
![]()
Jolu, bardzo dziękuję za towarzystwo i cudownie spędzoną razem sobotę
. Wspaniale było razem wędrować po zaśnieżonej tatrzańskiej krainie
. Dziękuję, jak zawsze, za transport
.
Reszta zdjęć z wczorajszej tatrzańskiej wycieczki po kliku na fotkę poniżej ![]()