Temat: Błatnia, Klimczok, Szyndzielnia (14.05.2013)
Poprzednia solówka skończyła się bardzo pechowo. Schodząc ze Skrzycznego potknęłam się i upadłam w taki sposób ,że trochę się potłukłam i ułamałam dwa zęby. Jedynkę i dwójkę, żeby było śmieszniej. Dentystka musiała poczekać kilka dni zanim wszystko się zagoiło, żeby mogła zacząć naprawiać, co zepsułam. Musiałam wziąć tydzień urlopu i obiecać rodzinie ,że już nigdy więcej nie pójdę sama w góry. Wtedy naprawdę tak myślałam. Ale kobiece myśli są zmienne jak pogoda w górach. Dosyć szybko doszłam do wniosku ,że czyjeś towarzystwo na szlaku nic by nie zmieniło, poza wsparciem psychicznym. Zresztą, wydaje mi się, że limit pecha na jakiś czas wyczerpałam.
Szykował mi się dzień wolnego w środku tygodnia, a pogoda akurat miała się poprawić. Idealna okazja do tego żeby wybrać się na spacer w góry. A żeby było jeszcze przyjemniej, na końcu drogi miał na mnie czekać Marcin.
Z Katowic-Piotrowic jadę pociągiem do Skoczowa. Idąc z dworca PKP do dworca autobusowego, przyglądam się miasteczku, w którym nigdy tak naprawdę nie byłam, choć wiele razy przez nie przejeżdżałam.
Jest czyste i zadbane. Podoba mi się to, że budynki, które mijam są niskie i nie przytłaczają tak, jak wysokie kamienice.
Szybko docieram do miejsca, z którego odjeżdża autobus do Brennej. Rozmieniam pieniądze w kiosku kupując tic tac - tylko 2 kalorie. Rozmawiam z kobietą, która wraca z Bielska-Białej. Narzeka na zmiany w rozkładzie jazdy:
- Widzi pani ile tych pospiesznych kursów zlikwidowali? Do Krakowa nic już nie jeździ, do Katowic też dużo mniej połączeń. Coraz gorzej...
Próbuje mnie namawiać żebym wysiadła przystanek za centrum, a będę miała bliżej na Błatnią. Ale ja wolę trzymać się swojego planu i zielonego szlaku.
Brenna wita mnie chłodnym wiatrem. Zakładam bluzę i szukam ul. Jatny, z której prowadzi szlak. Kiedy jestem już w odpowiednim miejscu, wysyłam grzecznie smsa do mamy i Marcina. Patrzę na zegarek – nigdy tego nie robię jak chodzę z kimś – za ok. 2h powinnam być na szczycie.
Szlak od początku pnie się w górę, a kiedy mijam zabudowania, odsłaniają się zielone polany.
A gdyby tak rozłożyć sobie koc i położyć się na chwilę, wdychać zapach trawy... Nie, nie. To dopiero na Błatniej. Wędrując w pojedynkę jestem jakoś tak dziwnie zdyscyplinowana, jakby czas mnie ciągle gonił. Też tak macie?
Mijam ranczo i schronisko, wolę podejść jeszcze trochę i odpocząć na szczycie. Teraz mogę zrobić sobie mini-piknik. Zjadam jedyną kanapkę jaką ze sobą wzięłam i trochę czekolady. Przyłącza się do mnie Jarek z Wadowic, idziemy w tym samym kierunku więc dotrzymujemy sobie towarzystwa na odcinku Błatnia – Klimczok. Pogoda jest idealna. Niebo umiarkowanie zachmurzone, jest ciepło, ale nie gorąco.
Na Klimczoku chwilę odpoczywamy. Jarek idzie jeszcze do schroniska, nie spieszy mu się, a w planie ma zejście do Olszówki Górnej przez Szyndzielnię i Dębowiec. Ja idę od razu w kierunku Szyndzielni i wybieram krótkie zejście zielonym szlakiem do Bystrej.
Ten fragment trasy to teren zwózki drzewa i jedno wielkie błoto. Przeklinam pod nosem ale nie tracę dobrego humoru, bo wiem ,że na dole ktoś na mnie czeka ![]()
Album pod linkiem: https://picasaweb.google.com/1092111295 … directlink
Ostatnio edytowany przez Hanuś (2013-05-15 15:20:20)
"Jakże ja mam o tym opowiadać, skoro to jest moje? Jest to moje bogactwo, to, czego mi nikt nie odbierze." Jerzy Kukuczka