Przyszła kolej , żebym i ja napisała coś o naszych sobotnich przygodach w górach
Nigdy nie miałam okazji wędrować po Beskidzie Wyspowym, kilka razy zjeżdżałam tam na nartach, a najczęściej to chyba podziwiałam „wysepkowe górki” z samochodu. O Luboniu Wielkim, osławionej już „górze z antenką” nasłuchałam się wiele od darkheusha, który to właśnie pierwszy polecił mi Perć Borkowskiego z gołoborzem i rezerwatem przyrody
. Oczywiście miał osobiście na tej trasie przewodzić, ale z racji nieszczęsnych klapek albo klapków
do tego nie doszło
. Trzeba było więc radzić sobie samemu. Umówiłam się wiec z naszą dzielną Jolantą, wiedząc, że przy niej w górach nie zginę na pewno
. Rzuciłyśmy hasło na forum i ku naszemu zdziwieniu ...
na początku nie było chętnych na wypad w szerszym gronie
. W końcu jednak dwóch odważnych Panów się znalazło
Ucieszyłyśmy się, bo jak wiadomo, w grupie zawsze raźniej i weselej
.
Nasza przygoda rozpoczęła się w potwornie upalną lipcową sobotę w Andrychowie, na stacji BP. Czekał tam na nas z ostatnimi wskazówkami i błogosławieństwem na drogę darkheush
w ... (ja zauważyłam
) obuwiu letnim
. Powitanie, wymiana lektur do czytania
, wspólny uśmiech do odkurzacza, czego efektem jest piękna fotka
i ruszamy w drogę
. Szkoda nam było bardzo zostawiać darkheusha w Andrychowie, ale się bestyja uparła
.

foto: Jolanta
Samej drogi do Rabki –Zaryte nie będę opisywać, bo zrobił to, ujmując bardzo trafnie w jedno zdanie Darek T.
.
Na miejscu jesteśmy ok. 9.30, mamy więc jakieś pół godziny opóźnienia, bo z czekającym na nas Piotrem umówiliśmy się na 9.00. Ostrzegliśmy jednak wcześniej Piotra, że możemy się „odrobinkę”
spóźnić, żeby cierpliwie na nas czekał . Jednak dziwne „sapanie” do słuchawki ... zbiło nas trochę z tropu, bo przez chwilę pomyśleliśmy, że Piotr już pewnie w drodze na Luboń XD
. Wzięliśmy jednak poprawkę na to, że przecież czeka na nas w potwornym upale
, więc wolno mu sapać
i mkniemy co sił do Rabki – Zaryte szukając po drodze jakiegoś zajazdu
(rekomendowanego przez darkheusha) albo „zielonego sklepiku”
. Zajazd owszem się znalazł, ale zobaczyliśmy daleko w tle jakiś czerwony pojazd i niecierpliwiącą się postać ... To był Piotr
. Zaparkował tuż pod zielonym sklepikiem, a my tuż obok niego
. A teraz ciiiiiii ... żeby się darkheush nie dowiedział, że nie zaparkowaliśmy przy zajeździe, to by dopiero było ... XD
. Miłe powitanie
i ruszamy w górę !. Ehm ... no i szło się rewelacyjnie !:D . A prawdę mówiąc skwar dawał się niestety na otwartej przestrzeni we znaki. Na szczęście tej było niedużo i po kilkunastu minutach wchodzimy w las i zbawienny cień drzew
. Niestety tu odezwał się mój żołądek
, który od razu przypomniał również Joli, że pora na śniadanie (dla mnie drugie
), którego jeszcze tego dnia nie jadła
Oj Jola <grozi paluszkiem>. Przystajemy więc, posilamy się nieco i wzmocnieni ruszamy pod górę
. Piotr cały czas mówi, że spokojnie zrobimy jeszcze dzisiaj Ćwilin, Śnieżnicę i Mogielicę
. Jesteśmy pełni podziwu dla jego optymizmu ... i wspinamy się dzielnie pod górę
. Idąc przez las, od czasu do czasu odsłaniają nam się piękne widoki
, czasami mijamy pełną kwiatów pachnącą letnią łąkę (przy każdej oczywiście obowiązkowy przystanek i krótka sesja zdjęciowa
) . Na szlaku sucho, jednak w pewnym momencie naszego Piotra próbuje pochłonąć ni stad ni zowąd wylazłe skądś „bagno”
. Dzielnie walcząc z błotem, uchodzi na szczęście z niego zwycięsko
. Mogę teraz śmiało powiedzieć, że moje słynne buty w porównaniu z „błotnistym Piotrem” to pikuś
. Idziemy dalej, po drodze Darek T. pokazuje nam, pteridologicznym lajkonikom (o matko, jaka trudna nazwa
) , różne gatunki paproci
i próbuje nam wskazać różnice miedzy nimi, niestety z marnym skutkiem
. Powiem Wam, nie wiem jak Darek T. to robi, ale najbardziej podziwiam go za rozpoznawanie gatunków nerecznic , które dla mnie wszystkie są takie same
. Brawo Darku! i jeszcze raz gratuluję takiego oka !
. W tym miejscu powtórzę zdanie Piotra, z którym się całkowicie zgadzam cyt: jego oko dostrzega niewidoczne dla nas "lajkoników" szczegóły
. No więc powiedzmy, że już wiemy jak wygląda nerecznica samcza , nerecznica górska, szerokolistną umiemy odróżnić od Borrera ( albo i nie
), ale z uśmiechem idziemy dalej pod górę
. Dochodzimy do słynnego gołoborza. Rumowisko skalne wygląda naprawdę imponująco
.

foto: Darek T.
Robimy tu małą przerwę na posiłek, wsłuchujemy się w jakiś rój owadów unoszących się nad naszymi głowami (oczywiście odrzucamy od siebie myśl ,że mogą to być osy albo inne szerszenie
) i tak po ok. 15 min. zaczynamy pokonywać gołoborze
. Okazało się , że żółty szlak, prowadzący przez gołoborze został usunięty i skierowany bardziej w prawo, w ten sposób go omijając. Prawdopodobnie chciano uchronić od dewastacji cenną geomorfologiczną atrakcję w Beskidach ( gołoborze na Luboniu Wielkim to rodzynek w Beskidach ) a także stanowiska rzadkiej i bardzo ciekawej pod względem morfologicznym paproci - zanokcicy północnej (Asplenium septentrionale (L.) , rosnącej tu wśród bloków skalnych. Oczywiście żądna przygód „Czwórka” wybrała jednak starą wersję szlaku czyli wspinaczkę po gołoborzu
. Dla mnie wspinaczka po blokach skalnych była chyba najłatwiejszą częścią szlaku i sprawiła mi najwięcej frajdy
. Szkoda, że gołoborzy nie było więcej
. Wbrew temu, co się wydawało u jego podnóża, samo wspinanie to tak jak wchodzenie po schodach
Nic trudnego
. Tylko kijki trekkingowe w tym momencie stają się zbędnym balastem
. Łatwiej po prostu asekurować się rękami .
Pokonujemy gołołoborze, a Darek T. w kosmicznym tempie odnajduje stanowisko zanokcicy północnej i śpieszy, żeby nam go pokazać
. Obowiązkowo „opstrykujemy” ową , jakże inną od wszystkich paproć i jesteśmy na szczycie gołoborza .

foto: nena
Przed nami dalsza część trasy czyli „Dziurawe Turnie”, a w nich podobno (czego naczytałyśmy się z Jolą przed wypadem
) dziury i jaskinie.

foto: Jolanta
Na szczycie gołoborza robimy pięciominutową przerwę , czas na łyk wody, zdjęcia bałwanków na niebie, owocującego dzikiego bzu czerwonego i mkniemy dalej w górę
. Nagle naszą sielankową wspinaczkę
przerywa głośny dźwięk telefonu – to darkheush śpieszy nam oznajmić, że wleczemy się jak ślimaki
( nie wiem skąd to niby wie
). Oczywiście nie damy mu poczuć się w pełni usatysfakcjonowanym
, no ba mało tego, utwierdzamy go w przekonaniu, że Luboń Wielki już dawno minęliśmy i że delektujemy się już złotym trunkiem w ulubionej knajpce
. Chyba dał się nabrać, bo odpisuje nam, że skoro tak to musimy być na pewno na Przełęczy Gruszowiec w "Barze pod Cyckiem". Nie zaprzeczamy
i ubaw mamy po pachy
.
Jesteśmy nad gołoborzem i oczom naszym rozpostarł się widok iście kamienisty. W skałach, które nam się ukazały, mają być dziury i jaskinie, więc próbujemy takowych tu szukać
.

foto: nena
Jako pierwszy rusza Darek T. , żeby po chwili zaalarmować ,że właśnie znalazł dwie dziury. Do jednej trzeba się było zbliżać z daleka , jednak druga szczególnie spodobała się naszej Joli, która bez namysłu , ku mojemu przerażeniu
, ubrała czołówkę i wlazła do niej do połowy ( napisałam przerażeniu, bo ja bym nie weszła w taką dziurę choćby nie wiem co
). A dlaczego do połowy, to już wszyscy wiemy z relacji Darka T.
. Odwaga dzielnej Joli została wychwalona przez resztę drużyny i po chwili wspinania po rumoszu skalnym naszym oczom ukazała się w skalnym okienku figurka Matki Boskiej, na pewno Lubońskiej
i panorama Beskidu Wyspowego
. Obeszliśmy „szlak dziurowy” . Podziwiając i fotografując „Dziurawe Turnie” podchodzimy pod schronisko na Luboniu Wielkim
. Nie pamiętam, która jest godzina ( szczęśliwi czasu nie mierzą
), ale chyba coś koło 13.00. Pierwsza rzuca mi się w oczy piękna panorama ze szczytu
.

foto: Jolanta
Skwar leje się z nieba , pod schroniskiem trochę turystów się zebrało, ale cienia i dla nas starczyło
Pod daszkiem z grillem rozpakowujemy swoje plecaki i wyciągamy wszystkie wytargane na górę skarby.
Był pyszny placek z galaretką Joli, były kanapki i śliwki neny
, była pyszna kawusia, była też Pepsi i kolorowa limoniada
ze schroniska
. Schronisko zrobiło na mnie bardzo miłe wrażenie, jako budowla, ale również jego wystrój
. Myślę darkheush, że byłoby Ci tam dobrze
. Może kiedyś Ci się uda tam zamieszkać
. Najbardziej jednak ujęła mnie panorama z Lubonia Wielkiego
, której nie jestem w stanie opisać, jedynie mogę pokazać
. Były rozmowy, fotki przy schronisku i przy kapliczce, przy drzewie totemie
i na tle górek
.

foto: Piotr
Po jakimś godzinnym odpoczynku i obżarstwie
czas schodzić ... . Na powrót wybraliśmy wg mapy szlak niebieski a potem zielony
, albo na odwrót ? ( do teraz nie wiem ja to było z tymi szlakami
) . Tak czy owak gaworząc sobie miło schodzimy powolutku w dół . W pewnym momencie wydaje nam się , że zamiast po niebieskim idziemy po zielonym
. Postanawiamy więc zejść na właściwą drogę
. Darek T. robi za przewodnika i stwierdza , że najlepszym rozwiązaniem będzie jednak „chaszczing”, który ma nas wyprowadzić z powrotem na niebieski
, po czym ruszamy na przełaj przez las
. I tu, w samym środku dziczy
odkrywamy stanowisko nienotowanej w tym rejonie paproci – nerecznicy walijskiej (Dryopteris cambrensis) .

foto: nena
Muszę jednak uściślić, to Darek T ją odkrył, my się tylko razem z nim bardzo cieszyliśmy z odkrycia
, co nie znaczy , że nie czujemy się dumni z tego, że jesteśmy „współodkrywcami”
. Uwieczniamy odkrycie i przedzieramy się dalej. Zamiast kijów trekkingowych przydałaby się teraz bardziej maczeta albo inny sierp
. Była dżungla , jary, wąwozy i tym podobne przeszkody
, ale dzielnie dochodzimy do niejakiego Potoku Śmietankowego
. Kawy już nie mamy, więc na nic nam potok śmietankowy
. Niebieskiego jak nie było tak nie ma
. Postanawiamy iść w dół aż dojdziemy do skraju lasu , potem polami, łąkami aż do Rabki – Zaryte. Wychodząc z lasu ukazuje nam się pięknie ukwiecona dzika łąka
. Zanim w nią na dobre wdepniemy, zdążyliśmy wystraszyć jaszczurkę zwinkę, która przez nas straciła ogon
. Za to potem dajemy się ponieść owadziej makrofotografii
. Koniki polne , kraśniki, pokłonniki i inne latające mają nas już w pewnym momencie dosyć, a paź królowej wolał się od razu oddalić w bezpieczne miejsce
.

foto: nena
Dobrze, że roślinki nie uciekają, więc przynajmniej na tym polu możemy się pochwalić
. Po drodze próbujemy złapać w kadr błąkającego się po ścieżce zaskrońca . Ja w zagajniku osikowym znajduję dorodnego koźlarza czerwonego, a reszta nieopodal delektuje się smakiem leśnych poziomek
. Wychodzimy z lasu nie dając jeszcze spokoju pająkowi - lejkowcowi labiryntowemu
i wkraczamy już w pięknie kwitnące polne łąki
. Ni stąd, ni zowąd ukazuje nam się zielony znaczek na drzewie
. Czyżby zielony szlak
? Jesteśmy prawie na mecie, więc cóż, pozostaje nam tylko uśmiech od ucha do ucha
. Idąc wąską ścieżką ,wśród polnych kwiatów podziwiamy panoramę Gorców i pstrykamy fotki co ładniejszych roślinek
.


foto: Jolanta
Ostatni odcinek trasy biegnie wśród zabudowań . Po przeciwnej stronie widać znaną Polczakówkę ze stokiem z wyciągiem narciarskim.
Dochodzimy do drogi asfaltowej i tu Darek T. oznajmia nam, że właśnie w Rabce –Zaryte, na torowisku nieczynnej już stacji kolejowej jest stanowisko rzadkiej rośliny – skrzypu gałęzistego (Equisetum ramosissimum Desf.), którego to zdjęcie chciałby bardzo mieć w swojej publikacji
. Spełniając jego życzenie kierujemy się tuż obok zielonego sklepiku w dół, w kierunku drewnianego kościółka w Rabce – Zarytym i niejakim torom
. W połowie drogi Darek T. przeprasza nas za pomyłkę... Skrzyp gałęzisty owszem rośnie, ale na torowisku w Rabie Niżnej
. Kościółek w Rabce –Zaryte wydał nam się z Jolą tak czy owak wart odwiedzenia dlatego postanawiamy kontynuować spacer i zaliczyć go mimo wszystko do dzisiejszej wycieczki
. Na niebie pojawiają się chmury, zaczyna już nieco pogrzmiewać i od czasu do czasu spadają z nieba pojedyncze kropelki. Jakby wrażeń było mało, na dachu jednego z domów stał sobie i śmiał się do nas ( albo z nas
) piękny bocian biały, ale, co dziwne, bez gniazda ... . Dochodząc do torowiska natknęłam się na ogromną kolczastą roślinę – popłocha pospolitego. Robiąc mu w popłochu
kilka fotek znalazłam się tuż u wrót zabytkowego kościoła
, gdzie reszta grupy już zaczęła zwiedzanie. Współgrająca z otoczeniem architektura kościoła i zadbane obejście zrobiło na nas miłe wrażenie
.
Wracamy z powrotem do zaparkowanych przy „zielonym sklepiku” samochodów. Krótka wizyta w sklepiku, woda i lody dla ochłody i przyszedł czas na pierwsze pożegnanie
. To tu właśnie żegnamy się z Piotrem, który wraca do Krakowa, a my jedziemy na torowisko do Raby Niżnej
.
A w Rabie Niżnej ...
zatrzymujemy się przy starej nieczynnej już stacji kolejowej i ruszamy z Darkiem T. wzdłuż torów w poszukiwaniu skrzypu gałęzistego
budząc sensację w pobliskich domach
. Myślałyśmy z Jolą, że zanosi się na romantyczny wieczorny spacer po torowisku a tu nie minęła minuta, a Darek T. już bieży nam oznajmić, że skrzyp owy znalazł
. Skrzyp okazał się bardzo niefotogeniczny, ale Darek T. z fotek był, o dziwo, zadowolony
. Napatrzyłyśmy się jeszcze na tych torach na puste skorupki muszelek ślimaków winniczków, wśród których udało mi się znaleźć jednego żywego
. Jakby tego było mało, spacer umilają nam dźwięki głośnej muzyki disco-polo z pobliskiego domu
. Zerknąwszy jeszcze okiem na zdewastowaną przez amatorów graffiti stację kolejową w Rabie Niżnej wsiadamy do samochodu i ruszamy do domu
. W Andrychowie żegnam się z Jolą i Darkiem T.
.
Szkoda, że wszystko co dobre tak szybko się kończy
, ale liczę na kolejne spotkanie i kolejne wrażenia !
Kto nie był z nami , niech żałuje
. Perć Borkowskiego to ciekawy szlak, warto go przejść 
Wszystkie panoramy to dzieło Jolanty
. Muszę przyznać , że pięknie jej się fotki skomponowały 
Albumik z wyprawy właśnie został skompletowny, więc go tu zostawiam
Chyba w ten sposób najlepiej przedstawić wrażenia 

foto: jakiś miły Pan
Mam nadzieję, że nie zawaliłam całego serwera i Admin mi wybaczy 
Ostatnio edytowany przez nena (2010-07-21 20:22:57)
"Tak jak zawsze, kiedy zdarza mi się widzieć coś niebywałego, żałowałem, że nie ma ze mną miłych sercu ludzi, żeby mogli oni też swoje zatroskane oczy widokiem czystym uradować i przemyć, zasługują przecież na to nie mniej niż ja, albo bardziej" /E. Stachura/